Abp Michalik: Potrzeba dziś radykalnego świadectwa w duchu Ewangelii

– Jan Paweł II przypomniał w Krakowie, że biskupi na pierwszym miejscu winni być zaangażowani w życie Kościoła, a dopiero potem w życie społeczne i polityczne. Jaka jest istota posługi biskupiej w dzisiejszych warunkach? Czy potrzebna jest jakaś redefinicja sposobu pełnienia posługi przez biskupów?

– Życie Kościoła jest bezpośrednio i nierozłącznie związane z poprawnym wpisywaniem w życie społeczne i polityczne zasad Ewangelii, ba, nawet myślenia i „pragnienia” wg. Ewangelii. I w tym duchu uważam, że im więcej wymagań będą sobie stawiać biskupi albo będzie stawianych biskupom w duchu Ewangelii, to tym lepiej.
Wymagania, jakie stają przed biskupami, z pokolenia na pokolenie stają się bardziej radykalne i wymagające. Chrystus pokazał wzorzec tej służby umywając nogi apostołom. Nie ma lepszego i bardziej aktualnego wzorca posługi biskupiej. Niekiedy odchodzono od niego, na rzecz budowania autorytetu biskupa w nawiązaniu do innych wzorców. Tymczasem biskup jest ponad wszystko i na pierwszym miejscu sługą Ewangelii. Nigdy nie powinien o tym zapominać. Będąc biskupem trzeba „pilnować” więc najpierw Pana Boga i ludzi, czyli duszpasterstwa.
Kościół jednak nie może odwracać się od życia społecznego, pełniąc wobec niego rolę służebną poprzez formowanie krytycznego sumienia. W żadnym jednak wypadku nie może uczestniczyć w wąsko rozumianej polityce, proponowanej jako partyjność. Winno to być zaangażowanie na poziomie głoszonych i realizowanych, fundamentalnych zasad etycznych oraz wielkich programów wychowawczych, cywilizacyjnych, kulturotwórczych, charytatywnych itp..
Nie można uznać za poprawne tego, że jakieś ugrupowanie polityczne (bez zgody Kościoła) deklaruje się jako grupa ” katolicko-narodowa”, bo to, co jest „katolickie” jest powszechne a nie „narodowe” i dlatego można by wprawdzie uznać, że jakiś naród czuje się „katolicki”, ale nie można przyjąć, że Kościół jest „narodowy” np. polski, ukraiński, amerykański itp. To absurd, który przeciwstawia się koncepcji uniwersalności Kościoła. Zasady katolickiej nauki społecznej można realizować w bardzo różny sposób i nikt nie ma na to monopolu. Nikt też, angażując się w politykę partyjną, nie może korzystać z autorytetu, chociaż może się inspirować nauką Kościoła. Mogą przecież istnieć różne partie odwołujące się do społecznej nauki Kościoła (np. do idei pomocniczości, solidarności, troski o słabych), ale niezrozumiałe i nieuzasadnione, i nieroztropne byłoby propagowanie jakiejś jednej partii, popieranej przez hierarchię.
Ostatni zwyczajny Synod Biskupów (2001) poświęcony był właśnie osobie, funkcji i zadaniom biskupa w Kościele. Temat to bardzo aktualny i ważny dla całego Kościoła.

– A co Ksiądz Arcybiskup sądzi o modelu partii chadeckiej? Czy w Polsce taka formacja może być aktualna i potrzebna?

– Kiedy przybyłem do Polski z Rzymu, po licznych doświadczeniach i latach pracy z katolickim laikatem, widziałem rodzącą się demokrację i uważałem, że trzeba pomóc temu procesowi, poprzez promocję różnych form zaangażowania świeckich w życie społeczno-polityczne, bez wyznaczania ograniczeń. Dojrzali ludzie maja prawo iść w życie publiczne, także w kierunku o jakim Pan mówi, byle w tym byli uczciwi. Przypomnijmy jednak, że założyciel popularnej partii chrześcijańskiej we Włoszech ks. Sturzo nie nazwał jej partią „katolicką”, lecz „ludową”.
W dzisiejszym świecie jest miejsce na polityczny nurt demokracji chrześcijańskich, co rozumiem jako próbę przepojenia demokracji chrześcijaństwem (rzecz nie do przyjęcia dla liberałów!). Życie publiczne zyska poprzez promocję humanizmu ewangelicznego. Dokonywać się to jednak musi na odpowiedzialność tych, którzy chcą to zrobić. Gdyby więc w mojej diecezji powstała taka partia i chciała, abym utożsamił się z nią, ze względu na moje miejsce w Kościele, a także ze względu na szacunek do świeckich członków tej partii oraz ze względu na wierzących, ale nie należących do tej partii, stanowczo odmówię. Funkcją pasterza jest przestrzegać przed niebezpieczeństwami, jednoczyć, a nie dzielić.
W Polsce trzeba jednak mówić na ten temat i pomagać w rozwoju środowiska politycznego, także o inspiracji prawdziwie chrześcijańskiej, które byłoby dostatecznie dojrzałe do swojej roli. Jeśli Ewangelię uznajemy za naukę życia, a Jezusa za swojego Nauczyciela, a ja to uznaję, to uważam, że On ma wiele do powiedzenia także społecznikom i politykom. Jawi się to jako zadanie dla naszych elit, które jak dotąd nie miały okazji wykazać się dojrzałością polityczną na miarę Tomasza Morusa.

– Ksiądz Arcybiskup wielokrotnie zwracał uwagę na słabość formacji społecznej Polaków i uważa, że za to odpowiedzialność ponoszą katolickie elity. W niedawnym wykładzie w Płocku mówił Ksiądz o braku katolickich elit, które umiałyby realizować wspólnotową odpowiedzialność za uchwalenie praw i zasad społecznego życia. Dlaczego nie ma takich elit? Może to skutek katolicyzmu masowego…

– Fakty mówią za siebie. Można jednak spróbować je interpretować, wyważyć sąd czy spytać o przyczyny. Sytuacja w Polsce powojennej, przez dziesiątki lat, była chora. Ciekawą interpretację życia i etyki powojennych elit można znaleźć w publikowanych ostatnio pamiętnikach np. Kisiela, M. Dąbrowskiej, M. Jastruna czy innych ludzi kultury, którzy w zaciszu serca byli często inni niż mieli odwagę być w życiu publicznym. A kiedy wolność wybuchła, nagle znalazło się wielu jej ojców. Problem w tym, że głównym „ojcem” wolności ogłosiło się jedno środowisko dalekie od chrześcijaństwa, które próbowało tę wolność zawłaszczyć. A ludzie ci wyrośli z przedwojennego środowiska inteligencji socjalistycznej, która w istocie była antyreligijna. Z kolei elity katolickie, które sprzymierzyły się z tym środowiskiem, nie spełniły funkcji profetycznej obrony prawdy i wierności samym sobie. Myślę, że nie pomogli socjalistom zobaczyć czystego i pięknego oblicza Kościoła żyjącego w nich. Może tylko z wyjątkiem kilku ludzi, jednym z nich jest dla mnie Jan Strzelecki.

– Nie zgodzę się. Przecież KIK – i, „ZNAK”, „Więź” a później i „Chrześcijanin w świecie” wychowały całe pokolenie inteligencji katolickiej. Jest to zjawisko na skalę europejską, a zupełnie nie znane w innych krajach komunistycznych?

– Owszem, były różne próby unowocześnienia katolicyzmu, dobre i nieudane. Taką negatywną, a nawet chorą próbą był najpierw „PAX”, „księża patrioci”, a później w pewnym sensie „ZNAK”, który na znak choroby czy braku jedności szybko się podzielił. Pamiętamy też z uznaniem i wdzięcznością wieloletnie zmaganie się z totalitarnym systemem ze strony „Tygodnika Powszechnego”, który zrobił wiele i zdobył sobie wielki autorytet. Przekreślił to społeczne zaufanie po 1989 roku, kiedy fascynacja władzą pokazała, jak trudno jest być wiernym głoszonym zasadom czy ideałom. Cóż dziś zostało z tej wielkiej spuścizny „Tygodnika”? Zredukowana liczba czytelników jest odpowiedzią na nowy „kierunek” pisma. Dziś środowisko to reprezentuje jedną linię z antyklerykalną, chociaż fachowo redagowaną, „Gazetą Wyborczą”. Doceniam zdrową chęć posiadania przez te środowiska przyjaciół także wśród ludzi niewierzących, ale nie może być to „przyjaźń” za cenę utraty własnego myślenia i tożsamości. Jestem przekonany, że ludzie niewierzący, czy należący do innych religii, orientacji czy przekonań, mają prawo do naszego szczerego szacunku, ale nie pragną nieautentycznej ugodowości czy ucieczki od własnych przekonań. Pluralizm domaga się budowania różnych pomostów pomiędzy Kościołem a środowiskami od niego odległymi, ale w oparciu o pokorę, szczerość, szacunek do odmiennych punktów widzenia, przekonań czy nawet zachowań. Bez rozmywania jednak własnej tożsamości, prawdy czy hierarchii wartości. Konformizm „postępowców” (progresistów) jest równie niemiły – a chyba i niekatolicki – jak zacietrzewienie tradycjonalistów (integrystów). Żal ludzi z obydwu tych orientacji.
Przyczyną tego stanu rzeczy bywa fałszywa koncepcja zorganizowania chrześcijańskiego laikatu – w oparciu o kryteria polityczne. Widać i dzisiaj niezdrowe „ciągoty” polityczne niektórych środowisk katolickich. Z tych to środowisk wyszły nieszczere manifestacje przeciwko koncepcji Kościoła realizowanej w Polsce w bardzo trudnych warunkach. Chociażby sprzeciw i propaganda przeciwko nauczaniu religii w szkołach. Ujawniło się to i wcześniej na II Soborze Watykańskim. Ludzie ci mieli prawo, a może i obowiązek dzielić się swymi obawami o Kościół, ale powinni to uczynić we własnym domu, wobec biskupów, w szczerej rozmowie. Ich metoda sprawiła, że w jakiś sposób stanęli w opozycji wobec Kościoła hierarchicznego, a później zagubili się. Oczywiście, to co mówię nie odnosi się do każdej osoby z wymienionych środowisk, nawet nie ujmuje całego życia poszczególnego człowieka, bo ten sam człowiek miewa zasługi i pomyłki życiowe i społeczne. Jeśli o tym mówimy, to po to, aby przestrzegać przed zarozumiałością, wyciągać wnioski, uczyć się nieustannie korygować ogólną linię, która niekiedy bywa jednak niewłaściwa nawet u ludzi dobrej woli.

– Narodziły się w ostatnich latach nowe elity laikatu. Myślę o ruchach apostolskich i licznych wspólnotach. Co o tym sądzi Ksiądz Arcybiskup?

– To jest spojrzenie we właściwą stronę. Dzisiaj w całym Kościele świeccy szukają nowych sposobów na życie wiarą w świecie. W kryzysie są partie i stowarzyszenia zbyt strukturalne, dynamizm rozwoju wykazują wspólnoty i ruchy nieformalne. W Kościele jest miejsce na każdy przejaw dobrej woli i każdą formę służby opartą o zdrową myśl i prawe serce. Bywają ludzie niezwykli, nawet wśród nienagłaśnianych robotników czy rolników.
Czasy komunizmu ujawniły w Polsce jak wielką rolę ma do spełnienia inteligencja. Wierność i odwaga profesorów, aktorów były oczekiwane i umacniały społeczeństwo. W okresie transformacji grupy te jakby się zawstydziły Kościoła. Stał się niewygodny, bo zaczął przypominać, że oprócz oporu wobec obcej ideologii, potrzebny jest opór trudniejszy, wobec słabości ludzkich. Tymczasem odnoszę wrażenie, że prominentni przedstawiciele polskich elit inteligencji katolickiej po 1989 roku bardziej myśleli o sobie, swoich środowiskach i ich chwale niż o pełnieniu funkcji profetycznej. Niemniej i w tym czasie wśród inteligencji katolickiej ujawniły się jednostki niezwykłe, bezinteresowne i prawe. Dla mnie ideałem polityka jest człowiek, który po zakończeniu kadencji przychodzi ubogacony cierpieniem i doświadczeniem, a nie majątkiem. Wraca, skąd wyszedł i dalej, ale jeszcze ofiarniej i skuteczniej pracuje. Jest wierny ideałom, bo ideał jest ważniejszy niż życie. Dotyczy to środowisk i ludzi świeckich jak i duchownych, działających aktualnie w strukturach Kościoła. Mam na myśli nowe wspólnoty, ruchy, stowarzyszenia, ale też i nowe środowiska, powstające wokół Radia Maryja, Radia Plus czy telewizji Familijnej.
Ciągle potrzeba nowych ludzi, którzy zaistnieją zarówno jako jednostki, ale ujawnią też swoje wspólne duchowe moce. Zawsze jednak ważną rolę odgrywa jednostka charyzmatyczna. Czekam na ludzi typu Tomasza Morusa. To przykład człowieka w pełni oddanego Ewangelii a zarazem zaangażowanego do końca w politykę, w sprawy świata i jego przemianę. Czekamy na wielkość intelektu i serca typu Jaquesa Maritain`a, Gustawa Thibona, kard. Stefana Wyszyńskiego, ks. Blachnickiego i in., ale jesteśmy świadomi, że przychodzą „z wysoka” i nie zawsze spotykają się z uznaniem.

– Mówimy o roli świeckich w Kościele. Sobór Watykański II a w ślad za nim Polski Synod Plenarny mówi o ich bezpośredniej roli w procesie ewangelizacji.

– Miejsce świeckich to jedna z najchlubniejszych kart współczesnego Kościoła. Trzeba zrobić wszystko, żeby katolicy świeccy byli aktywni w pracy apostolskiej. Powołani są do tego na mocy sakramentu chrztu i zobowiązani przez sakrament bierzmowania. Pasterze muszą im w tym towarzyszyć w roztropny sposób: nie wyręczając, lecz słuchając i doradzając, „pasterzując” powiedziałoby Pismo Święte
O ile w okresie komunistycznym wielką zasługą świeckich było wznoszenie świątyń, z czym wiązało się wielkie ryzyko prześladowań i sankcji, to dziś „rasowy” duszpasterz będzie zakładał ruchy, wspólnoty, bo świeccy winni być jednomyślnie, wspólnie obecni w najbardziej zbolałych miejscach życia społecznego i publicznego. Są liczne trudne sprawy, o których nawet nie chce się mówić, jak np. olbrzymia fala różnego rodzaju patologii. Tam właśnie świeccy już niejednokrotnie są widzialni, ale winni być jeszcze bardziej aktywni ze swym zapałem apostolskim. Inny wielki obszar działania świeckich to rodzina. Któż ma dziś odwagę mówić np. o czystości przedmałżeńskiej i etyce małżeńskiej, o nieuczciwości elit rządzących i partii, o etyce pracowników i pracodawców, o niemoralności i nie „obowiązywalności” niektórych ustaw itd..
Rodzina umiera na naszych oczach, umiera w niej miłość do dziecka, do dziadków i do rodziców, bo uśmiercono ideał czystej, ofiarnej miłości. Miłości wiernej aż po grób. Trzeba powrócić do tych najbardziej podstawowych treści i wypełnić nimi pola zaangażowania świeckich. A chodzi tu o powolne i odważne formowanie sumienia całego narodu i innych narodów, społeczeństw, ludzi.
Dowartościowanie katolików świeckich nie ma nic wspólnego z ubieraniem ich „w ornat”. Ich funkcja profetyczna ma swoje wyraźne miejsce w świecie, tam również otwiera się pole dla ich kapłaństwa: uświęcają świat i jego struktury!

– W środowiskach katolickich zaczyna się jednak powrót do rodziny wielodzietnej…

– To szczególna zasługa matek, które nie straciły poczucia miłości ofiarnej. To dziś bardzo potrzebne nastawienie. Jeśli nie ma miłości do kolejnego dziecka, to ludzkość i samo człowieczeństwo umiera. Umiera to, co wśród ludzi najpiękniejsze. Najskuteczniej stajemy się „ludźmi” w dobrej, mądrej i ofiarnej, kulturalnej, acz niekiedy prostej, zwyczajnej rodzinie.

– Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia stan aktualny i przyszłość Akcji Katolickiej w Polsce? To przecież winno być jedno z podstawowych miejsc formacji ludzi świeckich.

– Akcja Katolicka jest stowarzyszeniem świeckich, którzy chcą i mają w Kościele zagwarantowane prawo do działania wspólnego, na własny rachunek. Powołuje ją biskup, obdarza zaufaniem, towarzyszy w trudach, ale szanuje prawo ryzyka w ich własnych decyzjach i wyborach. Niestety jej rozwój od samego początku był niezrozumiany przez niektóre środowiska laikatu. Nie rozumiem, co spowodowało ich strach przed Akcją Katolicką. Może nowość, a może fakt, że jest to stowarzyszenie, którego siłą powinna być czytelna „katolickość”, skoro założycielem i fundatorem jest biskup diecezjalny. Jeśli moje spostrzeżenie jest trafne, to jest to bardzo smutna konstatacja.
W Akcji Katolickiej jedną z podstawowych kwestii jest wypracowanie formuły głębokiej jedności z Kościołem hierarchicznym, w imię wspólnie realizowanego celu apostolskiego.
Trzeba jednak pamiętać, że jest ona stowarzyszeniem ludzi świeckich. Ksiądz jest potrzebny jako stróż doktryny i animator formacji prowadzącej do coraz to dojrzalszej wiary czynnej społecznie. Ma też czuwać nad formacją sumienia, ale w żadnym wypadku nie może zastąpić prezesa, człowieka świeckiego.
Upłynie jeszcze jakiś czas, zanim odpowiednio dojrzeje ten charyzmat odpowiedzialności świeckich, dzielonej we współpracy z kapłanem i biskupem. Ale – podkreśliłbym – jest to uprzywilejowana i bezpieczna droga. Akcja Katolicka nie zagraża nikomu a może stać się swego rodzaju szkołą liderów społeczników, a w dalszej perspektywie i polityków. Należy jednak, dla dobra sprawy, wykluczyć możliwość aby była ona zapleczem partii politycznej.
Wiele może zyskać Kościół w Polsce jeśli biskupa w każdej diecezji zainteresuje głębiej, intensywniej praca Akcji Katolickiej. To przecież ” jego” stowarzyszenie. To on nadaje swoją duchowość tej grupie świeckich, którzy chcą stanąć obok swego biskupa, aby realizować „razem”, wspólnie wyznaczone zadania. Ostatnie czasy ukazały, że Akcja Katolicka niejednokrotnie rodziła świętych i błogosławionych. Osobiście wiążę wielką nadzieję z tym stowarzyszeniem kościelnym.

– Polska – w sensie masowych praktyk – jest jednym z najbardziej religijnych krajów Europy. Dostrzega się jednak pewien brak bardziej pogłębionej i ugruntowanej duchowości. Na czym – zdaniem Księdza Arcybiskupa – polega istota duchowości chrześcijańskiej w odniesieniu do wyzwań, jakie stwarza współczesny świat?

– To prawda, że w Polsce religia ma swoje ważne miejsce i że wolność religijna była u nas zawsze znakiem rozpoznawczym każdej wolności. Fundamentem, na którym buduje się duchowość jest łaska wiary. Życiem wiary jest modlitwa, która świadczy także o wrażliwości na życie duchowe. Jego autorem jest Duch Święty. Kolejne kryteria duchowości, to życie sakramentalne, poczucie grzechu, gotowość pracy nad sobą itd. Masowa religijność jest nośnikiem tradycji, zawiera elementy formacyjne, wspólnotowe i może być czymś pozytywnym, jest wielkim skarbem naszego narodu, ale stanowi to dopiero grunt do budowania prawdziwych postaw wiary. Takiej wiary, jakiej wymaga od nas Chrystus i Kościół w dzisiejszym świecie.
Nigdy nie można mówić o wierze, że się ją już posiadło w należytym stopniu. Wiara – w swej istocie – prowadzi do zjednoczenia z Chrystusem, jest więc procesem nieustannego rozwoju człowieka. Mamy być dla Pana Boga i świata tacy jak Jezus, stać się Jego obrazem. To poważny Jego postulat. Kształtowanie wiary jest bardzo twórczym i trudnym zadaniem, którego nie da się ani łatwo, ani szybko osiągnąć. Mówiąc obrazowo, nie chodzi o naśladowanie Jezusa tylko w niedzielę Palmową, co wydaje się proste, ale również w Wielki Piątek, czy w momencie kiedy przebacza On swoim wrogom. Jest to więc problem miłości czynnej, której nie można ograniczyć tylko do tzw. przeżyć religijnych. Wiara różni się tym od ideologii, że nie ma tam żadnych haseł, lecz w to miejsce stajemy przed twardym wymaganiem nawrócenia i dawania temu co dzień świadectwa. Wiarę daje Bóg, ale przyjmuje człowiek, a sprawdza życie, rzeczywista miłość do Boga i miłość do człowieka, którą weryfikują konkretne fakty. Wiara – jak naucza apostoł – bez uczynków jest martwa. Wówczas dopiero można mówić o takiej duchowości, jakiej potrzeba dziś, wobec tych wyzwań jakie stwarza nam otaczający świat. Może nawet nie da się odpowiedzieć nigdy na pytanie czy mam już wiarę jak ziarnko gorczycy, skoro nie potrafię przenosić gór, ale przyjdzie taki moment, że nasza słaba wiara dokona cudu jeszcze większego: zbawi, mnie grzesznika uwolni od siebie samego i zjednoczy z Bogiem na wieczność.

– Dokumenty Polskiego Synodu Plenarnego mówią o potrzebie permanentnej, czyli stałej formacji wiernych? Co winno być jej istotą?

– Jest to bardzo dynamizujący postulat. Chodzi o wszechstronną formację ludzką i chrześcijańską, zarazem apostolską, a przy tym pokorną. Bo jeśli, w którymś momencie uznam, że już mam należytą wiedzę religijną i jestem dostatecznie uformowany, co mi pozwala na odpoczynek, będzie to dowód złudzenia, największa pułapka. To swego rodzaju paradoks wiary, która jest stałym procesem, dialogiem między człowiekiem i Bogiem, gdyż wiara – jak pokazuje Ewangelia – składa się właśnie z takich przezwyciężanych trudności i radosnych paradoksów. Stąd nasza formacja religijna musi mieć charakter stały, to skończoność szukająca nieskończoności i niedoskonałość smakująca już w Doskonałości i transcendencji. Nie może się rozwój wiary w żadnym wypadku zakończyć na etapie pierwszej komunii czy nawet matury. A jeżeli byśmy się na tym etapie chcieli zatrzymać, to nie będziemy zdolni do życia wiarą i dawania świadectwa obecności Ducha Świętego w nas, wobec problemów, jakie przed nami stawia świat. Mamy go bowiem przemieniać, a do tego potrzeba nie tylko siły ducha, ale i kompetencji, umiejętności, ale i gotowości czekania skoro sieje człowiek a wzrost daje Bóg. Rozwój duchowy jednostki, otworzy ją na poszukiwanie wspólnoty. Na tym chyba swą nadzieję opiera Ojciec Święty, głosząc, niejako wbrew nadziei, prawdę o „wiośnie Kościoła”.

– Jakie rodzaje duchowości wydają się Księdzu Arcybiskupowi najbardziej adekwatne do dzisiejszego czasu?

– Duchowość na dzisiejsze czasy winna być bliska Ewangelii. Siłą Ewangelii są paradoksy: „Błogosławieni ubodzy, błogosławieni gdy wam złorzeczyć będą, gdy was prześladować będą!”
Ewangelia na pierwszym miejscu stawia prawdę o Bogu zbawiającym, ale pamiętajmy, że prawda bez miłości może człowieka poważnie zranić. Jezus mówi o sobie, że jest Prawdą, ale jednocześnie z miłością przebacza nam grzechy fałszu. Przebacza nawet wrogom prawdy: tym którzy się jej przeciwstawiają. Dziś więc potrzeba duchowości, która nie boi się prawdy o ludzkiej słabości i o grzechu, ale jednocześnie skłania nas ku zaangażowaniu z Jezusem do podjęcia problemów związanych z rozeznaniem i zbawieniem tego świata: „tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał …” (J 3,16).
Dlatego tak wielkie wzięcie mają dziś niektóre z nowoczesnych duchowości, bo opierają swój charyzmat na autentyczności. Wiedzą o słabościach człowieka, ale znają też moc Ducha Świętego. Chociażby wspomnieć duchowość Odnowy w Duchu Świętym, Drogi Neokatechumenalnej, Fokolarinów, Oazy czy ruchu Wiara i Światło. Jestem przekonany, że niebawem powstanie ruch oparty na duchowości i eklezjologii Jana Pawła II.
W obecnym czasie Kościół odnajduje się także przez świadectwo. Hasło poddał już Pius XII, ale pokazuje to szczególnie pontyfikat Jana Pawła II. Kościół ogłaszając świętych szuka przykładów bardzo realnego świadectwa wiary czynnej, owocnej, pociągającej do refleksji. Dziś nie ma historycznego Chrystusa – jest Jezus żyjący ze swoim ludem w Kościele. Kościół nie może odwrócić się od tego świata, gdyż Jezus przyszedł, aby zjednoczyć się z każdym człowiekiem i aby go zbawić. Istnieje potrzeba (tu widzę rolę mediów) poznawania życia tych uznanych świadków wiary. Każdy z nas, w którymś z nich, znajdzie swój świat i swoje problemy, i odkryje jak je pokonać. Jest to pewna droga rodząca współczesnych świętych, także świeckich.

– Ksiądz Arcybiskup w jednej z niedawnych wypowiedzi zarzucił Kościołowi w Polsce brak przekonania o potrzebie nowych metod i środków ewangelizacji, inercję w wyznaczaniu celów duszpasterskich. Jakie są obecnie priorytety ewangelizacyjne i jakimi metodami należy je realizować?

– Kiedy muszę mówić o brakach duszpasterskich, odnoszę je do siebie przede wszystkim. Widzę wiele niedociągnięć a mówię o nich w nadziei (złudnej?), ze może ktoś weźmie je na serio i pomoże rozwiązać. Ujawniając braki dajemy też sygnał, że wiemy gdzie powinniśmy i gdzie zamierzamy intensywniej pracować. Spróbujmy wspólnie spojrzeć na niektóre pola naszej pracy.
Założyliśmy Akcję Katolicką czyli cały Kościół w Polsce wskazał na kościelne stowarzyszenie, któremu ufa, z którym się utożsamia i co dalej? Gdzie są konkretne zadania, które Kościół wyznacza i z których spokojnie, i pokornie rozlicza świeckich tego stowarzyszenia? W duszpasterstwie są ważne nie tylko dobre pomysły, ale i konsekwencje w ich realizowaniu.
W adhortacji „Evangelii nuntiandi” Paweł VI ogłosił opcję na rzecz ubogich. Co to znaczy? Za mało się o tym dziś mówi, że to również opcja na rzecz ubogich środków w zaradzaniu ubóstwu. Do Kościoła próbujemy niekiedy przenieść metody, jakimi posługuje się świat. Uważamy, że jeśli nie nakarmimy wszystkich bezrobotnych, albo nie stworzymy np. telewizji albo radia na takim poziomie, jakiego świat wymaga, to nie mamy ludziom nic do powiedzenia. Pamiętajmy, że Jezus posługiwał się słowem żywym. Dziś kontakt personalny – mimo rozwoju środków przekazu – ma równie duże znaczenie. Nie wiem czy współczesny świat nie potrzebuje bardziej autentycznego świadectwa niż wysiłków na rzecz zaradzenia złu, których zresztą nie można nie doceniać i trzeba podejmować.
Stoimy wobec wielu nowych wyzwań. Jednym z nich są rzesze zagubionej młodzieży. Zaledwie niektórzy księża i nieliczne zakony próbują coś tu robić, bo sukcesem są cyfry rozdanych paczek, pobudowanych kościołów, kaplic czy domów zakonnych, a nie założone grupy apostolskie czy modlitewne, zebrane podpisy i zorganizowane manifestacje w obronie życia poczętego, czy obecność etyki w wychowaniu do życia rodzinnego. Wzorce duszpasterskie są tu bardzo ważne! Zobaczmy jakie wzorce kapłaństwa nagłaśniają dziś środki przekazu. Są to wzorce biskupów „otwartych”, ponieważ mówią jednostronnie na temat Unii Europejskiej, teologów skłonnych w imię postępowości kwestionować normy moralne lub drażnić słuchaczy antypolonizmem itp.. Tymczasem trzeba nagłaśniać wzorce biskupów i kapłanów świętych, odważnie zachęcających do trudu, wysiłku, ofiary, godności, wierności Kościołowi i prostemu polskiemu ludowi – prostemu w znaczeniu ewangelicznym, niezależnie od wykształcenia, niezależnie od tego czy do tej Unii wejdziemy czy nie.
Patrząc na to wszystko widzę nieuporządkowanie celów i środków, jakimi zwykliśmy się posługiwać. A gdzie są ci, którzy gotowi są poświęcać swe życie na rzecz ludzi z marginesu?
Trzeba pewnie się modlić i tak formować powołanych, aby nasze miasta i wsie zapełnili kapłani o wrażliwości św. Brata Alberta, „więźniowie konfesjonałów”, jak bł. Ks. Jan Balicki, ale też świeccy i duchowni, którzy wezmą do ręki pióro i na tej trudnej drodze stworzą intelektualne fundamenty pogłębiania wiary.
Dziś trzeba mówić zdecydowanie o wielu sprawach, o takich tematach jak miłość do Polski i Kościoła, jak etyka pracy, etyka parlamentu i dziennikarzy etc.. Tymczasem są to tematy niemal nieobecne. Problemu tego nie rozwiąże jeden czy drugi charyzmatyk. Musi to podjąć cała wspólnota Kościoła i cały naród, bez lęku wobec możnych elit tego świata.

– Powiedział Ksiądz Arcybiskup niedawno: Niemałą tolerancję lub wspaniałomyślność, a może brak woli decyzji widać ze strony Kościoła wobec beztroskich eklezjalnie środowisk zarówno z lewej jak i z prawej strony? Czy mógłby Ksiądz Arcybiskup scharakteryzować bliżej tę „beztroskę eklezjalną”?

– Ciągnie mnie Pan na śliskie drogi i wzburzone morza, abym odgrywał proroka, a ja wiem, że granica między proroctwem a śmiesznością jest bardzo nikła. Jeśli jednak mówię o niedoskonałościach i niedociągnięciach życia Kościoła, to odnoszę je najpierw do siebie, do własnych nieumiejętności zaradzania brakom jakie widzę. Wiem, że innym udaje się więcej i lepiej, i cieszę się z tego, choć nie wiem, co zrobić, by wszystkim udawało się lepiej i skuteczniej ustrzec wielkie dziedzictwo wiary i przekazać je w niełatwą, poprzez wielkie nowości, zbliżającą się przyszłość. Jedność jest największą siłą Kościoła. Jeśli jakieś środowisko powołuje stowarzyszenie katolickich lekarzy, dziennikarzy czy prawników, to nie mogą oni mieć wątpliwości w zasadniczych sprawach wiary czy nauki Kościoła. Niektóre środowiska, z „prawa” jak i z „lewa”, twierdzą, że wystarczy im to, że są środowiskiem „katolików”, a nie „katolickim” czy „kościelnym”. Przykładów jest wiele, znają je ci, co znać powinni. Oczywiście, mają oni pełne prawo do takiego wyboru, ale czy to wspiera ewangelizację, czy pomaga w tworzeniu obrazu jedności Kościoła, mam poważne wątpliwości. Nawet najbardziej zasłużona gazeta, radio, zakonnik, zakon, parafia nie mogą wyłamywać się spod posłuszeństwa wiary tym, którym powierzona jest troska o poprawność nauki, o wyznaczenie linii duszpasterskich, o jedność działań, także w konkretnych sytuacjach życia Kościoła
Żaden ksiądz, albo zakonnik ani zakon nie może być antykościelny. Jedność wymaga wyrzeczeń, także w Kościele. Jestem przekonany, że powoli wszyscy dojrzewamy do tego, że każde pismo, książka, dom wydawniczy, radio czy telewizja katolicko – świecka czy zakonna stawać się będzie nie tylko głosem katolików, ale głosem i słowem i myślą katolickiego Kościoła.
Radio Maryja i Tygodnik Powszechny powinni także stawać się w pełni, bez najmniejszych wątpliwości głosem Kościoła. Inaczej nie mają racji bytu jako instytucje Kościoła. Problemy tych środowisk rodzą się – w moim odczuciu – z niewłaściwego zarządzania otrzymanymi możliwościami lub dowodzą braku uświadomionej własnej tożsamości, a to może prowadzić do jakiejś formy „samo zachwytu” i niesubordynacji wobec Kościoła.
I tygodniki i miesięczniki, i radia katolickie są potrzebne, ale powtarzam moje przekonanie: muszą dojrzeć do tego, aby działać w pełnej jedności z Kościołem. Czy my nie widzimy zgorszenia jakie przy okazji tych utarczek dajemy? Czy nie widzimy inercji, lęku przed utratą „prasowego” dobrego imienia? To nie jest tylko sprawa ks. Prymasa, to sprawa naszego, mojego Kościoła. Może warto tu przytoczyć starotestamentalny przykład Króla Saula. Nie miał on złych intencji. Niemniej wbrew prawu, złożył ofiarę, bo wydawało mu się, że prorok się spóźnia. Bóg mu to wytknął. Nieposłuszeństwo tym, którym je winniśmy prowadzi na manowce, a dzieła zbudowane na nim, prędzej czy później czeka los Saula.

– Episkopat powołał Zespół Duszpasterskiej Troski nad Radiem Maryja. Czy w najbliższym czasie możemy spodziewać się jakichś konkretnych decyzji?

– Zmiany powinny nastąpić, gdyż obecna sytuacja jest kompromitująca, a duszpastersko już dzisiaj niepełna, wątpliwa, a z czasem może się okazać szkodliwa.

– Pojawiają się propozycje, aby zmienić sposób finansowania Kościoła w Polsce, dotychczasową ofiarność wiernych chce się zastąpić systemem podatków. Jaka jest opinia Księdza Arcybiskupa?

– Im głębsze będą związki Kościoła z ludem, księdza z ludźmi, tym będzie lepiej. Nie boję się zubożenia Kościoła, biskupów i duchowieństwa. Wprost przeciwnie. Nie bójmy się radykalizmu ewangelicznego w tej dziedzinie i to w naszych czasach. Trzeba mówić spokojnie i trzeźwo, ale bez demagogii i populizmu, także o pieniądzach w Kościele i to również o pieniądzach kapłańskich. W naszej diecezji od 10 lat pomagamy wielu księżom. Na razie jest to pomoc skromna, ale świadczy o tym, że nie zostawiamy ich samym sobie. Mamy ponad sto parafii, w których mieszka mniej niż tysiąc mieszkańców, a mają oni kilka świątyń na utrzymaniu. Biedny ksiądz jest bliższy ludziom. To jest siłą Kościoła. Nie należy przejmować się tym, że na coś nam nie starczy. Zróbmy to, na co nas stać i za pomocą bardziej ubogich środków.
Inny problem to fakt, że Kościół utrzymuje wiele zabytków nieraz najwyższej klasy, a przy dzisiejszym zubożeniu społeczeństwa jest coraz trudniej, a często wprost niemożliwe dokonać ich konserwacji czy zabezpieczenia. Niejednokrotnie ludzie opuszczają stary kościół czy cerkiew i budują nowy, skromniejszy, bo taniej to wychodzi. Przepisy bowiem państwowe są tu bardzo agresywne i w sumie szkodliwe dla kultury regionalnej. Postulat realizmu domaga się zauważenia, że w polskiej sytuacji Kościół chroni zabytki kultury narodowej i prowadzi wiele dzieł społecznych, np. sierocińce, świetlice i domy dla dzieci, dla bezdomnych, samotnych matek i ubogich, to państwo czy samorządy powinny mu w tym pomagać. Jednak nie oznacza to potrzeby wprowadzenia obowiązkowego dodatkowego „podatku kościelnego”. Na cały dochód państwowy składa się praca i podatki obywateli, z których część jest wierząca. To oni mają prawo decydować o przeznaczeniu ich pieniędzy.

– Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia postawę polskiego rządu i Episkopatu wobec tragedii w Jedwabnem? Bezwarunkowy akt przeprosin za tę zbrodnię ze strony polskiego rządu i Episkopatu został odebrany w świecie jako akt niezwykłej odwagi…

– Każda zbrodnia jest zbrodnią i to zarówno wobec Żyda, Polaka czy Araba, jednakowo obrażającą Boga i odrażającą. O takich bolesnych sprawach trzeba tak mówić, żeby przestrzegać, wychowywać i motywować ludzi do powstrzymania przed podobnymi wydarzeniami, co w konkretnym wypadku oznacza zachętę do bohaterstwa. Bohaterów należy czcić, przechowywać ich pamięć. Nie wolno przy okazji uogólniać i mówić „wszyscy Żydzi” czy „wszyscy Polacy”, bo to nieprawda. W narodach są, niestety różne jednostki. Trzeba potwierdzać, że: Zło jest zawsze i bezwarunkowo złem. W takich sprawach nie może być relatywizmu. Nie można jednak kłamać piętnując zło i grzech – a to widzieliśmy przy okazji toczącej się w mediach dyskusji na temat Jedwabnego – że wielu polityków tragedię tę usiłowało wykorzystać dla własnych celów. To niedopuszczalne. Niedopuszczalne i karygodne jest także obrażanie narodu – każdego narodu!

– W Polsce toczy się obecnie wielka debata na temat integracji z Unią Europejską. Biorą w niej również udział różne środowiska katolickie, prezentując skrajnie odmienne stanowiska. Jaki stosunek katolicy winni mieć do tego zagadnienia?

– Nie uważam się za wyrocznię w sprawach politycznych, chociaż moje przekonania obywatelskie kształtuje przywiązanie do Kościoła i do Polski, do narodu z którego wyszedłem i z którym się utożsamiam. Rok 2003 da okazję do bardzo ważnych dziejowych wyborów, dotyczących form uczestniczenia w życiu Europy. Wybierając Unię strukturalnie wejdziemy do określonej rodziny państw. Są tam kraje, gdzie wolność jest relatywna, np. Francja, gdzie według mego rozeznania, w wielu sektorach życia społecznego obowiązuje prawo rewolucji francuskiej (1791) i wolność dla wszystkich z wyjątkiem Kościoła, który od czasów Napoleona nie ma pełnych praw publicznych. Niemniej nie można zapomnieć, że to przecież Francja przyjmowała emigrantów z Polski, domagających się wolności dla naszej ojczyzny.
Są racje przemawiające za integracją z Unią Europejską, bo świat funkcjonuje dziś na zasadzie naczyń połączonych. Tragiczne są doświadczenia tych państw afrykańskich czy latynoamerykańskich, które pominięto w procesie globalizacji. To ważna przestroga dla nas.
Wejście do Unii stworzy jednak sporo trudności i to różnorodnych, i trzeba to mieć na uwadze, zachęcając do Unii. Ale i negatywny wynik referendum, czyli pozostanie poza Unią Europejską będzie wymagało ofiar, pokonywania barier i trudności. Powinniśmy je poznać, wiedzieć co nas czeka zarówno w jednej jak i drugiej alternatywie. Unia Europejska to nowy styl życia, nowe zasady, nowe prawa, a nie tylko nadzieje na rozwiązanie naszych trudności lub aspiracji finansowych. I szanse i trudności można do pewnego stopnia przewidzieć. Uczciwość każe o nich mówić, budząc poczucie odpowiedzialności i wolę działania.
Jeśli analizuje się nauczanie Ojca Świętego, to wobec Unii Europejskiej jest ono na „TAK – ALE”. Papież akceptuje Unię Europejską, ale pod określonymi warunkami. Przede wszystkim pod warunkiem uznania tożsamości narodów, szacunku do wartości chrześcijańskich i ogólnoludzkich, z których sama Europa wyrosła. Bez Boga i etyki nie będzie trwałej i sprawiedliwej Europy.
Uważam jednak, że pasterze przede wszystkim powinni być ze swoim ludem. Dlatego jestem przeciwny postawie tych biskupów i księży, którzy jawią się jako entuzjaści integracji. Ale równie przeciwny jestem postawie tych, którzy publicznie deklarują się jako przeciwnicy. To nie nasza funkcja. Naszą rolą jest mówić, że powinniśmy myśleć nie tylko o trudnościach finansowo – bytowych w Unii czy poza nią, ale pamiętać o wolności religii, o prawach sumienia, o moralności publicznie chronionej lub publicznie burzonej w Europie. Istotnym pytaniem przy głosowaniu będzie dla mnie to, czy jest miejsce dla Pana Boga i jego praw w nowej Europie, czy nowe prawa będą chronić (poczęte) życie, promować sprawiedliwość a nie przywileje jakiejś partii oraz czy prostego człowieka, będą bronić przed przemocą etc.

– Co więc biskupi winni robić w tej sprawie?

– Są dla mnie dwa pryncypia, do których biskupi muszą się odnieść: zabezpieczenie tożsamości kulturowej i uszanowanie praw Bożych, które są uniwersalne. Jeśli dojdę do rozeznania, że to jest zagrożone, będę głosował na „nie”. I to uważam za nadrzędne zadanie w okresie przedreferendalnym: rozeznać sytuację i pomagać ludziom w dokonaniu wyboru na tak, albo na nie. To powinien być wybór rozumu, ale i sumienia. Historia uczy, że tam gdzie w życiu publicznym usunęło się Boga, tam gdzie ginie prawdziwa religia, nie pojawia się pustka, ale wchodzi antyreligia, przesąd, uprzedzenie. Gdzie ginie szeroki humanizm religijny, jawi się dehumanizacja. Liberalizm bez religii skutecznie przygotowuje wejście totalitaryzmu. Tak było przecież w republice Weimarskiej w Niemczech i we Włoszech przed wejściem faszyzmu, gdzie panowała liberalna demokracja.

– W ubiegłym roku Kościołem w Polsce wstrząsnęły oskarżenia skierowane wobec jednego z hierarchów o molestowanie seksualne kleryków. W archidiecezji kierowanej przez Księdza Arcybiskupa pracuje ksiądz oskarżony o molestowanie dzieci. Jak Kościół powinien rozwiązywać tego rodzaju problemy?

– Każdy człowiek odpowiada za swoje czyny. Od starożytności istnieje też zagwarantowane prawo do dobrego imienia. Czyny niemoralne przypisywane człowiekowi trzeba wskazać i udowodnić. Historia bowiem poucza, że kiedy chce się przeprowadzić atak na Kościół trzeba przygotować grunt przez oskarżania księży i zakonów o nadużycia seksualne oraz wszelkie inne. Za czasów Henryka VIII w Anglii oskarżano księży i zakony o molestowanie, rewolucja francuska oskarżała ich o tyranię, Bismarck likwidował zakony i zamykał prowadzone przez nich szkoły w imię walki z obskurantyzmem. Aktualnie widzimy, że nasilające się oskarżenia obejmują różne kraje i różne sytuacje. Coraz głośniej słychać, że w USA wcale nie chodzi o czystość obyczajów, ale o pieniądze na odszkodowanie.
Ostatnie wydarzenia związane z dymisją arcybiskupa Bostonu przywołały temat, który chciałbym poruszyć – problem relacji biskupa i organów ścigania. Czy biskup może zdradzić zawierzone mu z zaufaniem przez kapłana problemy np. życia seksualnego czy innych uchybień moralnych? Obowiązkiem biskupa jest wtedy pomóc księdzu w powrocie na uczciwą drogę życia. Żądanie donosu na księdza stawiane biskupom ma określony cel – wznieść mur nieufności w Kościele między biskupami a kapłanami, kapłanami i wiernymi. Tylko w oparciu o zaufanie można owocnie pracować. Natomiast jest jasne, że dowiadując się z zewnątrz, nie ze spowiedzi (!) o przestępstwie seksualnym księdza, biskup ma obowiązek zareagować sankcjami kościelnymi. Określa je Kodeks Prawa Kanonicznego. Księża są także obywatelami państwa jak wszyscy inni i muszą respektować jego prawa. Jeśli je przekroczą, do sądu a nie do biskupa, który nie ma do tego odpowiednich środków, należy wymierzenie kary.
Molestowanie jest bez żadnej wątpliwości i grzechem i przestępstwem, nie można go tolerować, trzeba się odeń uwalniać całą siłą woli, ale nie wolno krzywdzić ludzi fałszywymi oskarżeniami. Uzasadnione jest pytanie, czy nie chodzi tu czasem o temat zastępczy, o przysłonięcie innych zamiarów, o przeprowadzenie etapu strategii na drodze do innego celu. Jest faktem historycznym, że wiele tego rodzaju propagandowych chwytów ma efekt odwrotny. Kulturkampf się nie udał, bo ludzie stanęli przy biskupach i księżach (w archidiecezji gnieźnieńsko – poznańskiej tylko dwóch księży podpisało lojalkę wobec Bismarcka, reszta stanęła przy uwięzionym arcybiskupie). Marksistowsko komunistyczne oskarżenia biskupów i księży w czasach niedawnych też nie załamały Kościoła, ale demaskowały promotorów fałszywej ideologii. I dzisiaj w każdym wypadku należy rozeznać sprawę, pytać o prawdę, bronić niewinnego: dziecka, księdza, dziennikarza czy prokuratora, przechowywać w pamięci oszczerców i przestrzegać przed nimi, polecając ich sprawiedliwości Najwyższego Sędziego. On skuteczniej zainterweniuje także w tej sprawie.
Dzisiaj łatwo jest każdemu coś zarzucić, nawet nie mając podstaw. Zwłaszcza w sytuacji, gdy prasa opisuje problem jednostronnie, a niektórzy prawnicy widzą wyłącznie swój interes. Widzimy, co się dzieje w USA. Powtarzam: Każdy ma prawo do dobrego imienia. Także ksiądz z Tylawy.

– Ksiądz Arcybiskup zaangażował w jego obronie swój autorytet. Czy Ksiądz Arcybiskup jest pewien do końca niewinności tego kapłana?

– W przypadku proboszcza z Tylawy sprawa przedstawia się następująco. Żona księdza greckokatolickiego, która rozdmuchała tę sprawę, nie działa sama i nie z nakazu sumienia, najpierw bowiem pojawiła się u mnie z informacją o rzekomych nadużyciach podlegającego mi księdza. Ja z kolei mam informacje o gorliwej od ponad 30 lat pracy tego księdza, wiem też, że w Tylawie jest dość ostry konflikt na tle narodowościowym. Jest to teren, gdzie oskarżany proboszcz wybudował i wyremontował trzy kościoły. Do jednego z nich wpuścił grekokatolików na stałe współużywanie, ale mimo to wywołał niezadowolenie małżonki kapłańskiej. Teren jest więc podminowany a i historia „Łun nad Bieszczadami” ciągle żywa. Wiem, że w takiej sytuacji należy zachować szczególną rozwagę i spokój.
Zatem pytam żonę księdza greckokatolickiego o szczegóły. Proszę o nazwiska dzieci lub rodziców. Trzeba to przecież sprawdzić. Odpowiada, że nazwisk nie może powiedzieć. Pytam więc: a może pani córka była molestowana. Zdecydowanie zaprzecza. W jakiś czas potem w gazetach czytam, że jej córka była jednak molestowana. Kłamstwo wychodzi na jaw i budzi moją nieufność do małżonki księdza.
Moja rozmówczyni grozi przekazaniem sprawy prokuraturze. Zachęcam ją do tego, niech niezawisły sąd sprawdzi gdzie jest prawda. Prokuratura w pierwszej instancji nie potwierdziła winy kapłana, uznając zarzuty za bezpodstawne. Został stworzony jednak tak wielki nacisk ze strony „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego”, „Więzi”, Fundacji Helsińskiej kierowanej przez byłą redaktorkę „Tygodnika Powszechnego”, że sprawa wróciła ponownie do prokuratury i jest nadal rozpatrywana. Uważam, że sąd winien to do końca zbadać. Wcześniej nie godzi się nic orzekać ani potępiać.
Nie mogę dziś wypowiedzieć się na temat winy księdza. Jest on kapłanem tej diecezji od 40 lat, ja jestem tu od lat kilku. Ksiądz ma jak najlepszą opinię. Potwierdzają to zarówno okoliczni proboszczowie jak i miejscowi parafianie, w tym nauczyciele. Obecnie jednak jest zniszczony zdrowotnie, nieuczciwe wysiłki małżeństwa księdza greckokatolickiego przyniosły zamierzony skutek, spowodowały wielką krzywdę samemu Kościołowi. Pan Bóg zna prawdę i ją kiedyś ujawni, będzie to kosztowne i bolesne dotknięcie, bo krzywdą dotknięto więcej ludzi niż mówią gazety.

– Skoro jednak zdarzają się takie wypadki, czy nie powinno się reagować zawczasu, zanim media w sensacyjny sposób nagłośnią problem? Czy powinny istnieć jasne normy w tym zakresie?

– Nie mam wątpliwości, że tak być powinno. Niestety, żona księdza greckokatolickiego nie mogła zaufać biskupowi katolickiemu i podać żadnego faktu, bo jej ktoś zabronił, ale mogła je podać „Gazecie Wyborczej”, bo potrzebne są fakty prasowe. Kościół musi okazywać miłosierdzie nawet grzesznikom, ale nie może tolerować grzechu, zgorszenia, krzywdy i kłamstwa, ani stwarzać okazji do kolejnego grzechu. Oskarżony czy podejrzany o podobne przestępstwa ma prawo poznać zarzuty i udzielić wyjaśnień zanim otrzyma zakaz odprawiania Mszy św. i sprawowania sakramentów. Gdy informacje można uznać za prawdziwe lub prawdopodobne, trzeba reagować.
Trudno jednak, karać człowieka na wszelki wypadek. Dla każdego biskupa jest to zawsze poważny krzyż: podejmować decyzję w tak trudnych sprawach, co do których nie ma się ostatecznej pewności.

– Trzecie tysiąclecie rozpoczęło się niezwykłą eskalacją terroryzmu. Czy tragedia z 11 września, wydarzenia w Ziemi Świętej, czy niedawno w Moskwie, nie powinny być dla ludzi wierzących, niezależnie od religii, wezwaniem do bliższego współdziałania na rzecz pokoju na świecie i obrony godności człowieka?

– Zbrodnie należy stanowczo potępić, ale jednocześnie pytać o przyczyny, należy też sięgać dalej i mówić o tragedii dzieci zabijanych w łonach matek. Dramat dzisiejszego świata sprowadza się do tego, że w człowieku umiera Człowiek, umiera człowieczeństwo. I to jest największe niebezpieczeństwo.
Mówiąc o 11 września, trzeba mówić też o tragedii Betlejem i o tragedii jaka rozgrywa się zarówno w Moskwie, Iraku i w Czeczenii jak i w Sudanie. Prawdziwą tragedią jest fakt, że Bóg stracił prawo do obywatelstwa w świecie. Oto niedawno Moskwa ogłosiła, że ich największym wrogiem jest Kościół katolicki. Za niebezpieczeństwo uznaje się Kościół, który głosi miłość braterską, nawet miłość nieprzyjaciół, który domaga się sprawiedliwości i obrony praw każdego człowieka. Świat milczy wobec tej deklaracji. Dla mnie jest to równa, albo nawet większa współczesna tragedia.

Rozmawiał Marcin Przeciszewski

2017-12-16T14:48:01+00:00 07 stycznia 2003|Wywiad|