Być w zjednoczeniu z Chrystusem – homilia wygłoszona w Boże Ciało 2006

Przemyśl, 15 czerwca 2006 r.

Dwa razy dzisiaj słyszeliśmy o tym, że ucztę Pańską trzeba przygotować. Czytana przed chwilą Ewangelia o cudownym nakarmieniu ludzkich rzesz siedmioma chlebami, w istocie zaś siedmioma małymi podpłomykami, jest przygotowaniem do tego wielkiego wydarzenia, jakim jest Ostatnia Wieczerza. Dla każdego z nas udział w Najświętszej Eucharystii, we Mszy świętej, udział w tej procesji to przygotowanie do przyjęcia Jezusa Eucharystycznego, przyjęcia prawdy o Nim, prawdy o darze Ciała Pańskiego. Tylko Bóg mógł zdobyć się na taką decyzję, by dać siebie samego. Człowiek bowiem nie może powiedzieć: „Kocham cię tak, że oddaję ci siebie na pokarm, na napój; kocham cię tak, że możesz mnie jeść”. Ale Jezus, Bóg-Człowiek, oddał nam swoje ciało i tak właśnie powiedział. Dlaczego?

Pan Jezus powiedział, że chce z nami pić ten kielich i spożywać chleb ten sam, choć nowy w królestwie niebieskim, kiedyś bowiem będziemy z Nim zjednoczeni. Dzięki zjednoczeniu w Komunii świętej, co przeżywamy zawsze, ilekroć w pełni uczestniczymy w Najświętszej Eucharystii, przez ów akt komunii przygotowujemy się na spotkanie z Chrystusem po śmierci. Warunkiem tego przyszłego spotkania jest wiara w Najświętszą Eucharystię, wiara w obecność Jezusa w Eucharystii, wiara, że Jego właśnie przyjmuje się w Chlebie Żywym, który niesiemy przez nasze ulice. Nie zapominajmy, że zawsze, w każdym przypadku, prawdziwą wielkość człowieka mierzy się miarą jego zjednoczenia z Bogiem, bo człowiek jest skończony, Bóg zaś – nieskończony. Na tyle jesteśmy wielcy duchowo, na ile jesteśmy zjednoczeni z Bogiem. To prawdziwa wielkość, którą potem trzeba ukazywać, łamać się nią, dzielić z innymi, by realizować plany Boże.

Chrześcijanin nie może separować swojego życia, zjednoczenia z Bogiem od dzielenia się prawdą, dzielenia się doświadczeniem jedności z Bogiem. Jezusa nie można zatrzymać dla siebie. Byłoby to fałszywe spojrzenie na Jego dar. Powiedział przecież: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, uczcie je zachowywać to wszystko, co Ja wam dałem” (Mt 28, 19-20). Chrześcijanin zatem ucząc się wiary w Jezusa, uczy się dzielić swą wiarę z innymi, tej wiary uczy się każdy z nas, stojąc tu, przed Najświętszym Sakramentem – tu wszak leczymy się z pychy, z zarozumiałości. Świadomi jesteśmy w tym oto miejscu, jak nikła jest nasza mądrość, jak marna wiedza, jak trudno byłoby nam przyjąć tajemnicę wiary, gdyby On sam, przez Ducha Świętego, nie otworzył naszych serc.

Miarą naszej wiary jest miłość, którą dzielimy z innymi. Kto prawdziwie wierzy, czynem potwierdza wiarę, dzieląc się darem zjednoczenia. Miłość, której trzeba się uczyć nieustannie, stanowi jedyną perspektywę rozwoju, perspektywę zbliżania się ku Bogu. Potrzebujemy zaś bliskości z Bogiem, potrzebujemy z Nim intymności, chcemy zjednoczenia. Dlatego w procesji są elementy wspólnego śpiewu, zadumania, uklęknięcia czy pochylenia przed Najświętszym Sakramentem. Dlatego nasze przeżywanie rozpięte w czasie na te dwie godziny jest symbolem wysiłku, jaki podejmujemy na drodze przemierzanej z Jezusem do drugiego człowieka, i jest świadectwem, że Ten, który był uważany za największy dar, musi być dzielony, przekazywany, by wiara i miłość były nie tylko deklarowane słowem, ale i potwierdzane czynem we wspólnocie. Nie ma prawdziwej wiary w samotności. „Gdzie są dwaj albo trzej – powiada Jezus – zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 17, 20). Wiarę, bracia i siostry, trzeba więc przeżywać we wspólnocie! To jest droga do jedności z Trójcą Przenajświętszą. Na tym zaś polega nasza inność, że jesteśmy ludźmi, którzy nie na darmo uwierzyli, że wiara niesie ze sobą konsekwencje, że domaga się wysiłku przezwyciężania siebie aż do rezygnacji ze swojego „ja”.

W tym kontekście chcę powiedzieć, iż według mnie jedną z największych herezji ubiegłego wieku, którą wymyślili jak zawsze teologowie, jest „anonimowe chrześcijaństwo”. Dziś rozumie się przez to pojęcie rzecz zgoła inną niż chciał Karl Rahner”. On nie mówił o ludziach ochrzczonych, tymczasem dziś są chrześcijanie, którzy mówią: wierzę w czterech ścianach, nie muszę wiary pokazywać. To jest dramat, bo „wiara bez uczynków jest martwa” (por. Jk 2,17). Wiara musi dawać świadectwo przez czyn i przez miłość, którą okazuje także sparaliżowany od dziesiątków lat człowiek, gdy modli się i cierpi za innych, gdy ofiarowuje swe cierpienie. Każda ofiara duchowa czyni Kościół mocniejszym, żywszym, bardziej dynamicznym. Łaski, które otrzymujemy, może ktoś inny wycierpiał dla nas, może wymodlił. To wielka prawda, że jesteśmy jednym, wielkim Ciałem Chrystusa, które ożywia Duch Święty.

To bardzo ważna rzecz, byśmy w Boże Ciało powiedzieli sobie, że nasza wiara jest mocno zakorzeniona w rzeczywistości, przez którą idziemy dzień po dniu, niosąc Chrystusa. Co więcej, ważne jest też, byśmy byli świadomi, że nasza wiara rośnie razem z pragnieniem dawania świadectwa i wraz z nieustannym zmaganiem się z sobą, ze swoimi słabościami i grzechami. Nie można iść w procesji Bożego Ciała i nie wrócić innym do świata, do życia, do rodziny, do biur czy innych miejsc pracy. Nie można spotkać prawdziwie Jezusa w Najświętszym Sakramencie i nie powiedzieć: „Panie, Tyś mnie umiłował, dlatego ja z miłości do Ciebie też spróbuję na co dzień być lepszym. Spróbuję przezwyciężać swoje nałogi, moją nienawiść, moje zamknięte serce. Tylko pomóż mi, Panie!”. Trzeba o to wołać, żeby nasza wiara mogła być wiarą żywą, byśmy do codzienności wrócili inni. To nasze główne zadanie.

Różna jest codzienność każdego z nas, wypełnia ją wiele zdarzeń. Za każde z nich odpowiadamy. Choćby za odwzajemniony uśmiech dziecka, za otartą łzę, za odwiedziny, za czas poświęcony mniej czy bardziej interesującemu sąsiadowi, za dobre słowo powiedziane nieznośnej sąsiadce. Przecież nie możemy bujać w obłokach. Nie możemy powiedzieć, że jesteśmy chrześcijanami tylko w kościele, nie możemy powiedzieć, że nie jesteśmy odpowiedzialni za społeczność, w której żyjemy. Byłby to fałszywy obraz świata, którego wyrazem jest przekonanie, że Chrystus „tak!”, ale gdzieś w zakrystii, pod kluczem, albo w domowym zaciszu – tam jestem dobrym katolikiem. Nic bardziej błędnego! Wiarę trzeba nieść do świata, do ludzi, trzeba czynić ją owocną!

W ostatnim czasie gdzieś przeczytałem, że jest nas o dwa miliony mniej. Ponoć milion Polaków już wyemigrowało, a ponadto coraz mniej nas się rodzi. Naród wymiera! Nie kochamy życia, nie kochamy ofiary. Tymczasem Jezus chciał, byśmy czynili sobie ziemię poddaną, byśmy cieszyli się tym, że możemy dać życie kolejnemu dziecku. Rzeczywistość budzi jednak niepokój. Oto w tych dniach gazety podały, że 30% małżeństw zawieranych w Polsce, w większości w Kościele, rozpada się, przeżywa kryzys. To dramatyczna statystyka. Niejeden może się pociesza, że gdzie indziej jest jeszcze gorzej, ale są i kraje, gdzie rozwodów jest mniej: Italia -18% rozbitych małżeństw, Irlandia -14%. Nie umiemy chyba odpowiedzialnie spojrzeć na miłość. Mamy fałszywe jej pojęcie, dlatego potrzebne jest spotkanie z Jezusem, by każdy z nas uświadomił sobie, że miłość prawdziwa to ta, którą ma Jezus. To miłość godna człowieka. Na pewno nie jest nią chęć wykorzystania człowieka, który mi się podoba. Nigdy! Nie mów więc dziewczynie, że ją kochasz, jeśli chcesz ją zniewolić przed ślubem; nie mów, że kochasz swego chłopaka, jeśli zależy ci tylko na jego pieniądzach. Nie mów! Uderz się w piersi, zacznij kochać na wzór Chrystusa, bo jesteś ochrzczony, ochrzczona, bo stałeś się, stałaś, z Nim jedno.

Miłość to forma odpowiedzialności: za najbliższych, ale i za naród. Polska stoi dziś przed wielkimi wyzwaniami. Wydaje się, że chyba nie dość docenianym priorytetem jest obrona prawdy. Nie jest bowiem łatwo w sytuacji powszechnej wręcz nieuczciwości dochodzić w Polsce prawdy, sprawiedliwości. Rząd ma więc nie lada problem: co zrobić? Bo gdziekolwiek dotknąć, tam pulsuje zło, tam przestępstwo. Żaden rząd, ten czy inny, nie da sobie rady, jeśli nie będzie woli narodu do uzdrowienia samego siebie. Tymczasem niektórzy znów sięgają po zastępcze tematy, choćby po lustrację księży. Czy jednak uzdrowi Polskę lustrowanie księży? Pytam: czy to Polskę uzdrowi? Oczywiście, że wszystkich trzeba postawić przed zwierciadłem sumienia i prawdy. Ale procent księży, którzy współpracowali z komunistycznymi władzami, jest niewielki. Szkodliwość ich czynów od strony moralnej wielka, ale trzeba jednocześnie zapytać, co z tymi, którzy łamali sumienia ludzi, przymuszali do tej współpracy, szantażowali… Pamiętam takiego złamanego księdza, który zorganizował pielgrzymkę maturzystów na Jasną Górę. Po powrocie wszyscy maturzyści otrzymali wilczy bilet. Powiedziano im, że nie będą mogli zdawać matury, że mają zamkniętą drogę na studia i że przestają być uczniami tej szkoły… I co zrobił ów ksiądz? Poszedł i zapisał się do PAX-u, poszedł na współpracę. Po dwóch czy trzech tygodniach wszystkich uczniów przyjęto z powrotem… By to bohater czy konfident? Niełatwa to odpowiedź… Jestem całym sercem za lustracją. Prawdy nie trzeba się bać. Ale trzeba także pytać: kto łamał ludzi? Kto ich zniewalał, kto szantażował za wybudowany kościół, kto groził wówczas, że ujawni jakąś słabość ludzką, że zniszczy… Trzeba najpierw ujawnić tych ludzi, sprawców tylu nieszczęść! Nie odnowi się nasz naród, jeśli nie spojrzymy na to spokojnie i nie odważymy się nazwać po imieniu tego zła, które choć z przeszłości, wciąż nas niszczy!

Ojciec Święty Benedykt XVI, kiedy był z wizytą w Polsce, w jednym ze swoich przemówień przestrzegał: „Nie ulegajmy pokusie pośpiechu, a czas oddany Chrystusowi w cichej, osobistej modlitwie niech nie wydaje się czasem straconym. […] Nie trzeba zrażać się tym, że modlitwa wymaga wysiłku – mówił papież w warszawskiej archikatedrze do duchowieństwa – że podczas niej zdaje się, że Jezus milczy. On milczy, ale działa”. Tak, bracia i siostry, Jezus jest, On kocha, On się nieustannie ofiarowuje, On szuka dróg do naszych serc. On wyczekuje naszej modlitwy. Modlitwą obejmujmy choroby, boleści, rany naszego narodu, naszych rodzin, naszych sumień. Jeśli ktoś może nas uzdrowić – to jedynie On. Spotkanie z Nim na modlitwie otworzy możliwość spotkania z Nim w sumieniu, a kiedyś w niebie.

To jest przesianie, które z dzisiejszej uroczystości powinno dotrzeć do każdego z nas. Jesteś potrzebny tu, dzisiaj, potrzebna jest twoja modlitwa, twój śpiew, twoja cierpliwość, twój wysiłek zjednoczenia się z Chrystusem. On wie, co nam, naszemu narodowi potrzebne najbardziej. Przyjmijmy jeszcze słowa papieża, który na zakończenie swej pielgrzymki w Krakowie 28 maja 2006 mówił: „[…] proszę was, byście odważnie składali świadectwo Ewangelii przed dzisiejszym światem […]; proszę was […], byście skarbem wiary dzielili się z innymi narodami Europy i świata, również przez pamięć o waszym Rodaku, który jako następca św. Piotra czynił to z niezwykłą mocą i skutecznością; […] proszę was, trwajcie mocni w wierze! Trwajcie mocni w nadziei! Trwajcie mocni w miłości!”.

Nie traćmy kontaktu z Chrystusem i nieśmy Go do dalszych i bliższych, dzielmy się Nim, podtrzymujmy się na drodze do zbawienia tym, co od Niego weźmiemy. Amen.

 

Za: Abp Józef Michalik, Z Chrystusem w roku liturgicznym. Kazania, red. ks. Witold Ostafiński, t. 1, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2011

2017-06-18T19:33:54+00:00 18 czerwca 2006|Homilia|