Czasy szkolne – wspomnienie

W szkole miałem bardzo dobry kontakt z nauczycielami. Szkoła powojenna w Polsce miała wielkie bogactwo nauczycieli z prawdziwego zdarzenia, z powołania. Szkoły formujące nauczycieli przed wojną nazywały się seminariami nauczycielskimi – to było coś na wzór seminarium duchownego. Wszechstronne wychowanie nauczycieli było ogromnie ważne.

Już przez całą szkołę podstawową, poczynając od pierwszych nauczycieli, miałem z nimi bezpośredni kontakt, który trwał potem i przez liceum, i przez seminarium, i przez kapłaństwo. Z moją pierwszą nauczycielką, panią Stefanii Mioduszewską, do końca, nawet jeszcze jako profesor seminarium duchownego utrzymywałem kontakt. Byłem na jej pogrzebie. To byli ludzie wielkiej duchowej kultury, patrioci, którzy uczyli przywiązania do języka polskiego, do tradycji i polskiej kultury. Pamiętam nauczycielkę, która zastępowała przez jakiś czas naszą polonistkę w szkole podstawowej, i kiedy odkryła, że niektórzy z nas mają z rosyjskiego piątki, a z polskiego trójki, rozpłakała się. Dorosła kobieta, mająca dwoje dzieci w naszym wieku, rozpłakała się: „Jacy wy jesteście Polacy, że nie kochacie języka polskiego, nie chcecie się go nauczyć, nie chcecie polskiej kultury poznać?” Do dzisiaj pamiętam ją przy tym stoliku nauczycielskim i jej łzy. To było dla mnie autentyczne przeżycie. To bardzo ważna rzecz, żeby w naszym życiu zaistniał autorytet nauczyciela. Dzisiaj nauczyciel jest niejednokrotnie oskarżany, bije się niekiedy sam o autorytet różnymi sposobami, przywilejami, publikacjami czy kartą nauczyciela, a to o inny autorytet chodzi, chodzi o autorytet moralny, autorytet kultury, o szacunek wobec tej misji, o bycie pewnego rodzaju wyrocznią, chodzi o to, żeby jego słowo się liczyło, szło w parze ze słowem kapłana, Kościoła, ze słowem rodziny, ojca, matki – to jest ogromnie ważne w tworzeniu atmosfery społecznej. Nie do pomyślenia było wtedy, w moim otoczeniu, w mojej rodzinie, żeby się mówiło źle o nauczycielach, zwłaszcza przy dzieciach. Myślę, że przeżywamy wielkie wołanie czasów o autorytety w życiu społecznym, ważne zwłaszcza dla dziecka, ale widzimy wyraźnie, że dorośli też ich bardzo potrzebują.

Z moim pójściem do liceum łączy się taka mała, ale też znacząca historia. Pod koniec szkoły podstawowej w ostatniej klasie, tuż przed zakończeniem roku szkol­nego, przyszła do nas działaczka Związku Młodzieży Polskiej, ówczesnej socjali­stycznej organizacji, i rozdała wszystkim legitymacje, mówiąc, że trzeba się pod­pisać i że wszyscy będą zapisani do ZMP. Ja popatrzyłem na to ze zdziwieniem, dlaczego ktoś ma nam coś narzucać, i zaczęła się dyskusja z kolegami. Skończy­ło się tym, że cała klasa odmówiła podpisania legitymacji. Zrobiła się awantura na miarę rewolucji październikowej, że to przecież jest bunt, reakcja. Ponieważ stwierdzono, że odegrałem w tym jakąś rolę, otrzymałem informację, że do liceum nie będę mógł być przyjęty, ponieważ jestem przeciwnikiem socjalizmu. Ja się tym nie bardzo przejmowałem, bo wiedziałem, że ta działaczka to koleżanka mojej sio­stry, a członkostwo w ZMP nie ma nic wspólnego z moim pójściem do liceum. Okazało się później, że miało, ale do liceum jednak poszedłem.

W pierwszych dniach liceum miałem też pewną wątpliwą zasługę, związa­ną z wyborem języka. Rosyjski był obowiązkowy, a jako drugi język do wyboru otrzymaliśmy niemiecki albo łacinę. Oczywiście koledzy chcieli wybrać niemiec­ki, bo nowożytny, ale ciężar drugiej wojny światowej, filmy wojenne, których się tyle oglądało, zdecydowały wtedy, że w żadnym wypadku niemieckiego uczyć się nie chciałem. Zbuntowałem kolegów, ma się rozumieć, i cała nasza klasa przeszła na łacinę. Pamiętam, że mój serdeczny kolega, z którym się jednak bez przerwy ścieraliśmy na wszystkich przedmiotach, wielkomiejski chłopak, który przyjechał do Zambrowa z Łodzi, starszy od nas kilka lat, a przy tym oddalony od Kościoła, oskarżał nas: „Wy łaciny chcecie się uczyć, bo chcecie być księżmi!” Może więc wtedy podsunął tę myśl prorocką, ale ja oczywiście miałem wszystkie argumen­ty za łaciną absolutnie pozakościelne, pozakapłańskie, którymi przekonywałem wszystkich przyszłych lekarzy i pracowników kultury, że łacina będzie im bardziej przydatna. Nie żałuję tego wyboru (niemiecki musiałem i tak potem poznać), dla­tego że mieliśmy nadzwyczajną nauczycielkę języka łacińskiego, panią Czesławę Bielawską, wyrzuconą z innej szkoły za to, że oficjalnie chodziła do kościoła, więc ją z jej środowiska przerzucono karnie do Zambrowa. To była kobieta dużej kul­tury, znała doskonale łacinę i całą antyczną kulturę, ale była to też bardzo prawa i odważna niewiasta, która w każdą niedzielę przychodziła punktualnie na naszą młodzieżową Mszę świętą o 9.00. Nie narzucała się ze swoją pobożnością, ale jej osądy moralne formowały pozytywnie nasz sposób patrzenia na różne mody, propozycje itd. Z panią Bielawską utrzymywałem systematyczny kontakt aż do jej śmierci. Podobnie też było z pozostałymi nauczycielami – byli i są bardzo ważni w moim życiu i są obecni w mojej modlitwie.

[Z: W pogoni za rozumem. Rozmowa ks. Zbigniewa Suchego z metropolitą przemyskim ks. abpem Józefem Michalikiem, w: Z ludu wzięty, dla ludu postanowiony. Księga pamiątkowa dedykowana Metropolicie Przemyskiemu Księdzu Arcybiskupowi Józefowi Michalikowi w 50. rocznicę święceń kapłańskich pod red. ks. bpa Adama Szala, Wydawnictwo Archidiecezji Przemyskiej, Przemyśl 2014, s. 15-16]
2018-09-03T07:57:19+00:00 03 września 2018|Varia|