Garść wspomnień z dzieciństwa

Moje dzieciństwo to okres wojenny i tuż po wojnie. Pamiętam pewne sceny z okresu wojny, chociaż urodziłem się w 1941 r., a Niemcy odeszli z naszych terenów w 1944 r. Okazuje się, że jeżeli przeżycia z okresu dzieciństwa są emocjonalnie zintensyfikowane, wzmocnione, to pozostają w pamięci dziecka. Pamiętam jednego czy drugiego konkretnego Niemca, życzliwych rosyjskich żołnierzy, ale też wywózki na Sybir. Matka posyłała mnie jako dziecko z chlebem, z jakimś zawiniątkiem do odkrytego samochodu, którym zapłakani ludzie byli wywożeni w nieznane, i trzeba było im coś zanieść na drogę, żeby mieli co jeść. Kawałek chleba to był wielki skarb w owych czasach. Myślę, że to też w jakiś sposób mnie formowało. Poczucie bezpieczeństwa, które płynęło z obecności matki i ojca, powodowało, że nie przeżywałem lęku o to, że może mi się stać coś złego. Było też zaufanie rodziców do dziecka. Wiedzieli, że tym biednym, wywożonym ludziom trzeba pomóc, ale jak pójdą sami, to może im się stać krzywda, mogą ich dołączyć do wywożonych ludzi, natomiast dziecka nikt nie krzywdzi. Nawet w tych barbarzyńskich czasach do dziecka nikt nie strzelał, dziecka nikt nie straszył, nie odpędzał, ale pozwolono mu przekazać zawiniątko. Wspomnienie tej sceny ciągle we mnie tkwi i przypomina, że dziecko wyzwala dobro, że daje dobro i dlatego trzeba je szanować, otaczać miłością, nie zepsuć, nie zgorszyć go.

Pamiętam też pracę mojego ojca, który był i rolnikiem i urzędnikiem. Był bardzo przywiązany do ziemi, wiedział, że ona broni człowieka od głodu w najgorszych czasach i nie chciał się jej nigdy pozbyć. Ale był też urzędnikiem, angażował się w różne akcje społeczne, pomagał ludziom rozwiązywać problemy. Bez przerwy przychodzili do nas różni ludzie z prośbą o napisanie jakiegoś podania, odwołania itd. Te kontakty z ludźmi były bardzo żywe. Pamiętam orkiestrę, która z wdzięcznością przychodziła w imieniny ojca, o czwartej czy piątej nad ranem, i budziła nas wszystkich, grając pod oknem. Ojciec zakładał ze swymi kolegami różne spółdzielnie. Wiele było tych inicjatyw, poznawało się i ceniło wielu ludzi. Panowała wtedy wielka życzliwość międzyludzka. Kontakty z sąsiadami były żywe i naturalne, prace wykonywane wspólnie w tych trudnych czasach wiązały ludzi ze sobą. Myślę, że właśnie tego rodzaju przeżycia w dzieciństwie są ważne, bo pomagają zrozumieć, że w życiu nie trzeba się bać ludzi.

Pamiętam mój pierwszy dzień w szkole, do której trzeba było iść ze dwa kilometry. Miałem wtedy sześć lat. Trudno było się wtedy dostać sześciolatkom do szkoły, bo to był okres powojenny, szkoła była bardzo mała, a dzieci dużo, ale dyrektor szkoły był kolegą ojca, więc jakoś załatwił, że mnie jednak przyjęli. Ojciec zaprowadził mnie do szkoły. Szliśmy przez całe miasto, a on przestrzegał: „Uważaj, kiedy przechodzisz przez ulicę, to tak się trzeba zachować… patrz, jak idziemy, bo będziesz musiał wrócić sam”. I faktycznie wróciłem sam do domu po tej wstępnej prezentacji w szkole i lekcji, która była bardzo oficjalna. Na placu szkolnym pan kierownik powiedział, gdzie która klasa będzie się uczyć, powitał wszystkich i poszliśmy do dość odległej klasy. Nasza pani przyniosła koszyk jabłek, porozmawiała chwilę z nami, rozdała owoce i puściła do domu. Po paru miesiącach otwarto nową szkołę nr 2 w Zambrowie, która była położona bliżej naszego domu, i już tam chodziłem do końca szkoły podstawowej.

Mam też bardzo bolesne doświadczenie z dzieciństwa, bo w pewnym momencie – pewnie byłem już wtedy w drugiej klasie – moja matka bardzo ciężko zachorowała. To była zadawniona choroba płuc, gruźlica, na którą wtedy nie było rady. Z reguły się na to umierało. Ale ponieważ moi dziadkowie żyli w Ameryce, więc matka pisała do nich i oni przysyłali świeżo wynaleziony, drogi lek – streptomycynę. Matka ponad rok przebywała w różnych szpitalach i w sanatorium. Ojciec pracował, gospodarstwo prowadził kuzyn, ale dzieci, czyli ja i starsza siostra (bo brat już był poza domem, w szkole), były pozostawione same sobie. To jest doświadczenie, które we mnie tkwi bardzo mocno, doświadczenie bezdomności, bo choć mój dom był otwarty, mogłem do niego wrócić, to jednak był zimny bez matki, bez ojca, bez ludzi. Dom musi być ciepły, a ciepło domu to kontakt osobowy, personalny. To nie była kwestia głodu, ale samotności. Pamiętam doskonale odwiedziny u kolegów, u sąsiadów, pamiętam bolesne upokorzenia poczęstunków, które wypływały ze źle rozumianej litości. Dziecko ma swój świat, ale i swoją ogromną wrażliwość dlatego trzeba do niego podchodzić w bardziej delikatny sposób niż do dorosłego, nie wolno go traktować pogardliwie. Pamiętam też autentyczną, życzliwą gościnność, ofiarowaną nie z litości, ale z miłości. Dzisiaj tak patrzę na domy dziecka, których w diecezji jest kilka, na świetlice dla dzieci, które są pozbawione ciepła w domu rodzinnym – to jest wielka sprawa, wielkie przesłanie i wielkie zadanie żeby zachęcać, mówić ludziom o czynnej miłości, aby dzieciom okazywano coraz więcej i więcej serca. W ten sposób ratuje się w dziecku człowieczeństwo.

Matka z sanatorium przysyłała mi książki, i to z dedykacjami, które do dziś pamiętam, np. kilka tomów bajek Andersena. Czytałem i bardzo przeżywałem te książki. Może ta sytuacja, w której byłem, ukierunkowywała mnie wtedy na książki, które stawały się dla mnie przyjaciółmi.

 

[Z: „Z ludu wzięty, dla ludu postanowiony… Księga pamiątkowa dedykowana Metropolicie Przemyskiemu Księdzu Arcybiskupowi Józefowi Michalikowi w 50. rocznicę święceń kapłańskich” pod red. ks. bpa Adama Szala, Wydawnictwo Archidiecezji Przemyskiej, Przemyśl 2014]
2018-04-20T13:33:34+00:00 20 kwietnia 2018|Varia|