„Jaki był mijający rok 1996 dla Kościoła w Polsce i w świecie”

Słowo pasterskie Metropolity Przemyskiego z grudnia 1996 r.

Rok dziękczynienia za 50 lat kapłaństwa Ojca Świętego, czyli za 50 lat gorliwej, mądrej, coraz to głębszej służby Bogu i człowiekowi. Warto to sobie uświadomić, patrząc na nowe zadania Kościoła, któremu przewodzi człowiek doświadczony i wrażliwy na to, co Boże i na to, co ludzkie. Rok kolejnego doświadczenia chorobą – ale i odzyskanego zdrowia, aby mogła się realizować wola Boża i zamiar Boży w perspektywie nowych lat.

Wielokrotne przestrogi Papieża i dopominania się o zaniechanie nieprawości i niesprawiedliwości wobec słabych i krzywdzonych w Rwandzie, Zairze, Sudanie, byłej Jugosławii, i szczególnie ważny głos: w obronie cierpiących i prześladowanych za wierność Kościołowi, katolików w Chinach.

Rok prac i perspektyw pogłębiania wiary wobec Jubileuszu 2000-lecia Narodzenia Pana Jezusa i zdecydowanej walki o etykę myślenia i czynów, szczególnie w obronie życia, zagrożonego najpierw w myślach i intencjach ludzkich, a potem zagrożonego w łonie matki, bądź skazywanego na eliminację w bratobójczych walkach.

To w tym roku miały miejsce ważne wydarzenia ekumeniczne jak chociażby wizyty Katolikosa Ormian i Prymasa Kościoła Anglikańskiego u Ojca Świętego, ich wspólna modlitwa i nadzieja na coraz pełniejszą jedność.

Dziękczynienie za 400 lat Unii Brzeskiej, która ukazała jak wielką ofiarę płacił ten Kościół Wschodni za wierność wyboru jedności z Kościołem Rzymskim, który go nie wchłonął, ani mu zagrażał, ale strzegł jego tradycji i cierpiał jego cierpieniami. Unia Brzeska powinna być odfałszowana w historiografii i w myśleniu wielu z nas, aby interpretacje polityczne nie przysłaniały motywacji religijnych, wczoraj i dziś obecnych w podejmowanych działaniach.

Kościół w Polsce także kontynuował prognozy pracy. Było to głoszenie kosztownej Ewangelii, bo domagającej się konfrontacji z życiem, odwagi narażania się światu i utraty popularności według jego kryteriów. Przeżywaliśmy egzamin z naszego myślenia i czynów, wielki egzamin z naszej uczciwości w obronie życia poczętego. Ogólny rozrachunek w tej bolesnej sprawie, która jak ropień, będzie szła za polskimi parlamentarzystami, okrywając chwałą prawdy obrońców życia i demaskując niemoralność i zafałszowanie tych, którzy uciekali w różne pozorne argumentacje, głosując (lub unikając wypowiedzi) za aborcją, czyli za zabijaniem bezbronnego człowieka. Po tym głosowaniu wydawało się, że zwycięża „cywilizacja śmierci”. Ale oto budzi się sumienie lekarzy, chociażby w Jarosławiu czy Przeworsku, którzy powiedzieli „nie”. Zobowiązali się służyć „tylko życiu”, a oddziały położniczo-ginekologiczne uczynić „przyjazne matce i poczętemu życiu”. Są to oznaki przebudzenia i mamy nadzieję, że nie ostatnie. Innym przejawem tego są zbiorowe kontestacje „kontestatorów prawdy”. Budzi się naród.

Ten mijający rok ujawnił jednakże i inne pola nadziei, poprzez wzrost dynamizmu nowych grup, stowarzyszeń i wspólnot katolickich, chrześcijańskich i społecznych. Akcja Katolicka podjęła swą systematyczną pracę w wielu diecezjach; rośnie kreatywność i odpowiedzialność grup charytatywnych w każdym chyba środowisku, widać umiejętność współpracy stowarzyszeń katolików z samorządami. Rośnie „młody las” intelektualistów i środowisk o wyraźnej obiektywności osądów, pozbawionych kompleksów „getta” katolickiego, do którego dały się wpędzić niektóre, stare elity intelektualne.

Z nadzieją patrzę na pracę środowisk powstałych chyba wokół niektórych pism, zwłaszcza „Wychowawca”, „Niedziela”, „Źródło”, „Arcana” czy „Fronda”, ale też i inne, jak np. „Droga”, których praca za ubiegły rok budzi moją nadzieję na spokojne, konsekwentne i mądre budowanie prawdy i piękna w pokorze i cichej potędze dobra i miłości.

Rok przywracania roli i znaczenia literatury i poezji poprzez przy-znanie nagrody Nobla Polce, ale też i rok wielu ciekawych książek, jawiących się jako literatura dydaktyczna dla naszego pokolenia; wymienię tu dla przykładu „Pamiętniki” Marii Dąbrowskiej, „Dzienniki” Stefana Kisielewskiego, protokoły rozmów z władzami PRL arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego, czy kolejne poezje Ks. Jana Twardowskiego, który niestrudzenie pomaga zrozumieć ludzi, a pokochać Pana Boga.

Z trudem podejmuję pytanie o „rachunek sumienia dla Kościoła”, bo rachunek sumienia robi się w pokorze prawdy, w twórczym zawstydzeniu przed sobą i Panem Bogiem, który ma moc przebaczania. To Jemu, a nie ludziom zawdzięczam przebaczenie. Ludzie nie mają do tego prawa, ani nawet możliwości wzięcia na siebie cudzych grzechów – to raz jeden i na zawsze uczynił Ktoś Inny!

Nie wierzę w publiczne rachunki sumienia, a zwłaszcza te, które bywają obnoszone po wątpliwej jakości szpaltach. Symbol przebaczenia i pojednania między dwoma narodami ma również wartość o ile pozostanie symbolem okupionym refleksją, pracą, może cierpieniem, i wtedy symbol nabiera wymiaru „sacrum”, to dlatego list biskupów polskich o Episkopatu Niemieckiego miał tak wielką wagę, że został okupiony cierpieniem „palenia na stosie” biskupów polskich przez polityków i niektóre media, którym obca była narodowa tożsamość.

Są dziś ludzie, którzy bardzo lubią robić rachunek sumienia Kościołowi i bardzo lubią o tym pisać. Nie wiem, czy uważają Kościół za Mat-kę, a przecież nie obnosi się grzechów własnej matki, raczej pomaga się z nich jej wychodzić i zbawić. Jeśli już „rachunek sumienia Kościoła”, to chyba w sensie, że każdy z nas należy do Kościoła i jest Kościołem, i każdy z nas powinien ten rachunek robić i to nieustannie.

Kościół co prawda jest społecznością bosko-ludzką, głosi nawrócenie i sam je realizuje, Ecclesia sanctificans et semper sanctificanda, i jest przykładem dla każdego z nas w korygowaniu metod i decyzji podjętych kiedyś, które nie okazały się słuszne, a których powtarzanie byłoby powielaniem błędów. Kościół potrzebuje raczej nie reformatorów, lecz świętych. Nie łudźmy się, do rachunku sumienia w Kościele nawołują najczęściej ci, którzy lubią bić się nie we własne, a w cudze piersi. Bądźmy obiektywni: Kościół robi swój rachunek sumienia, ale nie robią go ci, którzy powinni go zrobić uczciwie, solidnie i dać dowody, że zmienili życie!

Nowe problemy i wyzwania

Pytanie o nowość, którą uchyla nam nowy rok, jest pytanie o to, co niepokoi, budzi poczucie odpowiedzialności, ale i nadziei. Tematów i spraw subiektywnie ważnych jest również bardzo wiele.

Po raz kolejny naród nasz będzie miał okazję okazać swą kulturę bycia w Europie i świecie poprzez umiejętność przyjęcia Jana Pawła II, który zdecydował się być z Ojczyzną w czerwcu 1997 roku, na modlitwie w czasie Kongresu Eucharystycznego i w milenijną rocznicę śmierci Św. Wojciecha, czyli początków Kościoła na polskiej ziemi. Odwiedziny te zaowocują kolejnymi darami do żywego skarbca Kościoła: kanonizacją kapłana bł. Jana z Dukli i mamy nadzieję, kanonizacją bł. Jadwigi Królowej, odnowicielki Akademii Krakowskiej.

To spotkanie z Papieżem powinno stać się nie tyle manifestacją wiary, co zatrzymaniem do refleksji nad „dziś i jutrem” Kościoła w Polsce i Kościoła na świecie. Dobre przygotowanie to umiejętność wykreślenia perspektyw na najbliższe dziesiątki lat. Bez perspektyw i celów dalekowzrocznych, pogubią się i nasze małe, narodowe czy diecezjalne cele i perspektywy. I dlatego spojrzenie i rada, sugestia, czy zwrócenie uwagi przez Ojca Św. stają się ważnym punktem pracy Kościoła w przyszłym roku.

Nowy rok będzie kolejnym rokiem pracy nad Konstytucją. Jej projekt będzie w najbliższym czasie dyskutowany w Zgromadzeniu Narodowym, a potem poddany pod referendum, czyli zasięgnie opinii całego narodu.

Jeśli się zauważy, że w ostatnim czasie, mimo wcześniejszych ustaleń, wrócono do tematu preambuły oraz tzw. „wezwania imienia Bożego” we wstępie, i że dokonano wprowadzenia tychże elementów do projektu Ustawy zasadniczej, wprowadzenie również lepszego tekstu, byłoby i jest możliwe.

W obecnym projekcie Pan Bóg nie został ukazany jako Prawodawca Najwyższy, z którego prawem, zapisanym zresztą w sercu (sumieniu) każdego człowieka, powinno zgadzać się każde prawo ludzkie, jeśli ma mieć moc wiążącą w sumieniu.

Preambuła Konstytucji unika słowa (a pewnie też i w jego treści) „naród”, dowiadujemy się, że to obywatele, a nie naród, uchwala sobie Konstytucję. Czyżby między Odrą a Bugiem pozostali już tylko obywatele a skończył się naród? a co zrobić z nieobywatelami, którzy rozrzuceni są po świecie i czują się częścią narodu polskiego i niosą w sobie ofiarny, zdrowy patriotyzm, mimo, że nie zawsze utożsamiają się z rządzącą partią?

Polska (naród nasz) potrzebuje Konstytucji z perspektywami rozwoju kulturalnego i duchowego wszystkich, czy jest je w stanie wyznaczyć tekst, który ma zakodowaną wewnętrzną bezideowość i nihilizm (a taki jest przecież tekst, który nie broni życia od chwili poczęcia, aż do naturalnej śmierci i zawiera wiele innych, ryzykownych i wieloznacznych moralnie sformułowań).

Czy słowa: „Bóg”, „honor”, „patriotyzm”, „Ojczyzna”, „naród”, „moralność i etyka w życiu publicznym”, to słowa za wielkie, za niebezpieczne dla polskiej racji stanu, że nie ma dla nich miejsca w myśleniu prawodawców i w ustanawianych prawach?

Promocja wymagań i zasad, zdążających do wypracowania i przyjęcia ideałów moralnych, wydaje się pilną potrzebą chwili; perspektywa tworzenia motywów do powszechnej pracy dla Polski, a nie powszechnych obietnic przedwyborczych; promocja jedności narodu wokół spraw zasadniczych, bo one formują myśli i czyny; promocja osoby (zdrowy personalizm) i zagwarantowanie praw jej rozwoju, także duchowego i religijnego, ale też promocja zdrowia politycznego i społecznego, bez ideologicznych kamuflaży.

Panem historii jest jednak Bóg, w modlitwie polecajmy Opatrzności Bożej nadzieję na zwycięstwo dobra w sercu każdego człowieka i każdego narodu.

X Józef Michalik Metropolita Przemyski

2017-06-16T21:31:12+00:00 01 grudnia 1996|List pasterski|