Jesteśmy mądrym Narodem

Księże Arcybiskupie, nade wszystko prosimy przyjąć od całego środowiska Powściągliwości i Pracy wyrazy szacunku i najlepsze życzenia w związku z objęciem funkcji przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Mamy świadomość, że to ogromne wyzwanie, szczególnie gdy tak wiele wartości ulega swoistej degradacji. Jak powinniśmy się bronić przed zalewem tego wszystkiego, co degraduje nas jako katolików i jako Polaków?

Każdy czas jest nowy! Ten, w którym nam wszystkim przyszło służyć Kościołowi i Polsce, niesie nowe wyzwania, szanse i trudności. Ale przecież na tym polega każdy proces twórczy.

W trudnych momentach dla historii Narodu pisano dzieje, wspominając zwycięskie albo przegrane bitwy. Rozpamiętywano wielkie odkrycia genialnych Rodaków. Obecne czasy – Bogu dzięki – wolne od wojny trzeba zapełnić pozytywnymi kamieniami milowymi naszej zbiorowej świadomości. Może chodziłoby o nową koncepcję szeroko rozumianej odpowiedzialności za wiarę, za naszą kulturę i za narodową tożsamość.

Nie może się to odbyć bez wszechstronnego, także duchowego wysiłku. Przyglądając się wszystkiemu, czego przez wieki doznaliśmy i czego doświadczamy obecnie, sam stawiam sobie pytanie: – Za co jesteśmy krytykowani przez tych, którzy są spoza kręgu wiary? Odpowiedź na to pytanie jednoznacznie wskazuje, czego ci ludzie czy grupy oczekują, a czego się boją, co jest dla nich zagrożeniem. Najczęściej, jak wiemy, jesteśmy krytykowani za tradycjonalizm. Jest to dla mnie potwierdzenie, że wszystkie kręgi tzw. postępowców, nowinkarzy, obawiają się naszego przywiązania do dziedzictwa przeszłości. Wiedzą więc, co czynią, wzniecając lament. Tradycja jest bowiem charakterotwórcza: formuje sumienie, poglądy i urabia nas jako Naród, tworzy więzy i związki między ludźmi, ustala zasady, a potem motywuje do pracy.

Drugi element krytyki pewnych kręgów liberalnych to ludowa pobożność, przejawiająca się w żarliwej, publicznej modlitwie. Ludową pobożność, do której tak wielką wagę przywiązywał Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński, warto zachować za wszelką cenę! To nas uratuje. A to dlatego, że każdy człowiek potrzebuje pokornego przeżywania wielkości Boga i własnych ułomności, potrzebuje też obok siebie podobnego świadka wiary i pobożności.

Zdarza się czasem, że ktoś wywodzący się z owych elit, zapytany o wrażenia z przeżyć pobożności ludowej zauważył jej głębię. Nie tak dawno usłyszeliśmy taką mądrą uwagę po obejrzeniu filmu „Pasja” Mela Gibsona: – Pozwólcie nam wierzyć tą małą, skromną, niedoskonałą wiarą w Umęczonego Chrystusa! W tym, jak myślę, zawiera się prawdziwa wielkość człowieka, że potrafi dostrzec on swoją małość i skromność wobec Boga. A polska tradycja religijna o tym właśnie mówi i tego uczy. Uczy pokory.


Nie szczędził Ksiądz Arcybiskup słów gorzkiej krytyki tzw. elitom, które po przełomie ’89 roku przejęły ster rządów. Czy Wasza Ekscelencja podtrzymuje te opinie? Jeśli tak, to jak uzdrowić sytuację?

Wystrzegajmy się populizmu! Uważam, że krytyka wobec elit jest przede wszystkim krytyką wobec samych siebie.

Przecież od ludzi, którym więcej dano, należy więcej wymagać! Oczywistością jest fakt, iż bez elit żaden naród, żadne państwo nie może się rozwijać. Chodzi jednak o to, by elity były nie tylko wykształcone, lecz także uformowane do poziomu bycia autorytetem. Koncepcja elity musi się zmieniać i dojrzewać. Ludzie przygotowani do pracy twórczej, bo taką jest służba społeczna, wykształceni na wszystkich poziomach życia społecznego są nie do zastąpienia. Nie zapominajmy jednak, że nie tylko stopnie naukowe powinny być ich wyróżnikiem. Przede wszystkim muszą to być ludzie moralni i etyczni. Ileż to razy słyszymy w programach telewizyjnych czy czytamy w prasowych artykułach jeremiady na temat upadku autorytetów. Rodzą się od razu pytania: – A kto zniszczył autorytety? Kto czyni to do dzisiaj? Kto teraz degraduje i rozkłada elity? Odpowiedź jest prosta: ten, kto szkodzi Narodowi, a więc wróg naszego wewnętrznego odrodzenia!

Nie wolno, rzecz jasna, uogólniać, że wszyscy członkowie elit są niewiele warci. Jednak, proszę spojrzeć, ile wciąż jest skandali. Ilu ludzi spośród tych, którzy sprawowali rządy w ciągu ostatnich piętnastu lat, mogłoby służyć innym za wzór moralny? To dramat! Swoista tragedia, że panteon chwały lat osiemdziesiątych i późniejszych opróżnia się! Pozostają puste zabytkowe ramy, z których, jak gdyby złodziej wycinał, jeden po drugim, portrety przodków. Odchodzą i koniec…

Autorytet to jest przede wszystkim bezinteresowność i prawda. Ale skoro buduje się na kłamstwie całą wyborczą propagandę, to nie można się dziwić, iż zamiast zasad wygrywa socjotechnika, ta najprymitywniejsza, przeniesiona wprost z reklamowych filmików. Wielkim niebezpieczeństwem jest to, że każe się nam myśleć telewizją albo gazetą…

A wyjście z tej kryzysowej sytuacji? Sądzę, że każdy, kto czuje się człowiekiem, a szczególnie chrześcijaninem, powinien pogłębiać własną świadomość tak, aby mógł nazywać zło złem, a dobro dobrem. Czy – jak chciał św. Paweł Apostoł – mówić: tak – tak, nie – nie i pokazywać w sposób pozytywny, że warto być dobrym, że warto być uczciwym, że warto być ofiarnym.

Jako biskup gorzowski Ekscelencja duszpasterzował na Ziemi Lubuskiej. Zna więc Ksiądz Arcybiskup bardzo dobrze problemy, przed jakimi stanąć mogą mieszkający tam Rodacy wobec podnoszonych coraz częściej roszczeniowych żądań organizacji niemieckich. Jak Kościół reaguje na tego rodzaju medialne i nie rzadko prawo-sądowe zaczepki?

Kościół w zakresie działań, do których jest posłany, musi strzec prawdy, także historycznej. Dlatego też w relacji do Ziem Zachodnich zachowywał i zachowuje zawsze bardzo bliską tożsamość. Zdrowy patriotyzm wciąż każe przypominać o konsekwencjach II wojny światowej. Nie tylko dlatego, że Polska tego najtragiczniejszego w dziejach konfliktu nie wywołała, lecz także dlatego, że dzisiejsza sytuacja każe nam pokazać, iż Naród, który miał udział w zwycięstwie sił alianckich, właściwie został sprzedany na prawie pół wieku obcemu mocarstwu i na dobrą sprawę nie uwzględniono jego wkładu w rozgromienie III Rzeszy. Nie kwestionując powojennych ustaleń pokojowych musimy też przypominać i o tym, że zredukowano nasze terytorium o prawie 1/3 w porównaniu ze stanem sprzed wojny. Dzisiaj jednak w Polsce nie słychać rewindykacyjnych żądań co do np. Wilna czy Lwowa, gdzie przecież ciągle żyją Polacy, którzy z Polski nie wyjeżdżali. To świadczy o tym, że rozumiemy historię i patrzymy na jej bieg odpowiedzialnie, że jesteśmy mądrym Narodem, historycznie myślącym. Nie można jednak powiedzieć, że nic się nie stało. Europa powinna to zauważyć. Nie wolno nam także mówić, że Niemcy nie cierpieli. To byłaby nieprawda. Nie chodzi jednak o to, aby licytować się wzajemnymi krzywdami. Dzisiaj kwestia Ziem Zachodnich dla Polski to problem życiowy. Nie wolno mieszkających tam ludzi pozbawiać prawa do ziemi – oni mają święte prawo utożsamiać się z miejscem, gdzie przyszli na świat.

Kościół zawsze odcinał się od działalności tzw. ziomkostw. Stawiał na relacje międzyludzkie, a nie polityczne. Pamiętam księży i biskupów diecezji gorzowskiej, którzy utrzymywali serdeczne kontakty z kapłanami i ordynariuszami niemieckimi, wywodzącymi się z tych terenów. Sprawa dla obu stron była jasna – goście zza Odry mówili, że konsekwencje historyczne są takie, jakie są!

Ogromnym błędem naszego państwa było nieuwłaszczenie mieszkańców Ziem Zachodnich. Skutek tego jest taki, że wielu z nich reaguje nerwowością i obawami przed normami prawa Unii Europejskiej. Szczęśliwie, z mocą zareagował Sejm – ponad podziałami politycznymi – jednogłośnie negując jakiekolwiek roszczenia naszych zachodnich sąsiadów, co z całą pewnością zrobiło dobre wrażenie na całym świecie, dowodząc, iż pomimo wewnętrznych sporów jesteśmy jednomyślni, gdy idzie o żywotne polskie interesy.

Jednak nie targi polityczne i międzynarodowe spory, jakkolwiek ważne, powinny być powodem naszej szczególnej uwagi. Obecnie najważniejszym problemem jest, jakże smutna, by nie powiedzieć tragiczna konstatacja, że Polska wymiera, że wymiera Naród. Na Ziemiach Zachodnich więcej ludzi umiera, niż się rodzi! Jest to zresztą problem całego kraju. W Przemyślu, gdzie duszpasterzuję i skąd wezwany zostałem na funkcję przewodniczącego KEP, w ostatnich latach liczba ludności zmniejszyła się o kilkadziesiąt tysięcy! Składa się na to i niski przyrost naturalny i emigracja, głównie zarobkowa – poza kraj. Zbyt łatwo chyba ulegamy medialnym mirażom, że na Zachodzie wszystko jest lepsze i piękniejsze, czy liberalno-libertyńskiej propagandzie, że rodzina – zdrowa, wielopokoleniowa i wielodzietna – to przeżytek…

Prawdą jest i to, że jednym z najtrudniejszych i najboleśniejszych problemów naszej Ojczyzny jest katastrofalne bezrobocie…

Zaradzanie bezrobociu – od razu mówię – nie jest pierwszorzędnym zadaniem Kościoła. Kościół sam nie rozwiąże tego problemu. To trzeba od razu powiedzieć, żeby nie budzić nieuzasadnionych nadziei. Skończyć się to może frustracją wszystkich tych, którzy liczą, iż Kościół jest w stanie uzdrowić wszelkie społeczne bolączki. Nie wolno tworzyć takiej wizji, bo ona jest po prostu nieprawdziwa. Natomiast powinniśmy budzić zainteresowanie bezrobotnymi, mobilizować ludzi do pomocy, wypracowywać pewne systemy mówiąc prawdę o bezrobociu i pytając o jego przyczyny. Podobnie mówimy dzisiaj: tu terroryzm, tam terroryzm… Pewnie, że terroryzm istnieje, ale pytajmy o przyczyny, bo inaczej nie wygramy z tą plagą.

Jak uporać się z problemem bezrobocia? Nieszczęściem wielkim jest to, że wielu ludzi, którzy znaleźli się bez możliwości zarobkowania, nie ma oparcia w rodzinie. Wciąż, niestety, następuje rozpad podstawowych więzi, które przez pokolenia pozwalały przetrwać ludziom znajdującym się w sytuacjach kryzysowych. Wiele z pewnością mogłyby pomóc władze samorządowe, lokalne, tworząc przemysł oparty na miejscowych zasobach.


W maju bieżącego roku znaleźliśmy się w formalnych strukturach Unii Europejskiej. To dla nas kolejne wyzwanie. Wciąż właściwie nie wiemy, jak poruszać się po tym nieznanym nam gruncie…

Wciąż uważam, że do Unii Europejskiej Polska weszła nieprzygotowana. Nawet od strony informacyjnej. Jednak musimy, tak czy inaczej, być odpowiedzialni za tę nową dla nas sytuację. Nie taki diabeł straszny – chciałoby się powiedzieć, ponieważ przynależność do UE daje nam jako państwu niemałe możliwości. Korzystanie z nich wymaga jednak od nas podniesienia chociażby poziomu wykształcenia Polaków. Kolejna kwestia to etyka. Musimy czynić wszystko, aby Polak nie był kojarzony z człowiekiem nieuczciwym, ale z pracowitym, gospodarnym. W tym punkcie widzę rolę wychowawczą Kościoła. Pamiętajmy, że spotkanie z innymi narodami, innymi kulturami może dawać możliwość wewnętrznego wzbogacenia, jest wezwaniem do jedności, do spełnienia duchowych misji.

Wśród gąszcza wyzwań i trudności warto zauważyć, że ze starymi Europejczykami mamy pewne cechy wspólne: ten sam szacunek do Boga i Jego dziesięciorga przykazań, poczucie wartości słów, poczucie wartości prawa… Myślę, że jednak wierzący człowiek ma o jeden motyw więcej, aby bać się życia w nowej Europie…


W sposób bardzo wyraźny spychana jest na dalszy plan kultura inspirowana wartościami chrześcijańskimi, katolickimi. Wydaje się, że coraz mniej wagi przywiązujemy do wartościowych lektur. Zagrożony jest byt katolickiej prasy. Co należy czynić, aby nie zalała naszej świadomości fala kolorowych, najczęściej niepolskich tytułów? Jak należy kształtować świadomość współczesnego Polaka?

Chociaż żyjemy w świecie cywilizacji obrazkowej, w żaden sposób nie wolno zapominać o tym, że istnieje ten, jeden z najpiękniejszych światów, jakim jest świat słowa pisanego – świat lektur! Niestety, doświadczamy konsekwencji długofalowej tendencji, która swój początek ma pewnie w latach, gdy tzw. postęp techniczny zaczął wyznaczać gospodarcze priorytety. Przestano kontemplować urodę wiersza, bo bardziej zachwycał swym miniaturowym kształtem radiowy odbiornik… Gorsze, że ta miniaturyzacja dotknęła też wielkiej literatury – dzisiaj zamiast sięgać po opasłe tomy „Nocy i Dni” czy „Nad Niemnem”, uczniowie i – o zgrozo – studenci, sięgają po cieniutkie streszczenia, tzw. bryki… Może wina za takie sytuacje leży w nas samych, jako wychowawcach i nauczycielach? Może nie potrafimy porwać młodzieży do piękna?

Tym zaczynem, pewnego rodzaju formą przygotowującą do uczestniczenia w kulturze słowa, winna być lektura katolickiej prasy. Czy wygra ona  z programami telewizyjnymi i kolorową prasą? Miejmy nadzieję, że tak. Coraz więcej ludzi przekonuje się, że bezmyślne wpatrywanie się w ekran nie tylko szkodzi oczom, lecz także niszczy więzi międzyludzkie. W iluż to domach z racji tego, że włączony jest telewizor, tygodniami mąż i żona nie zamienili ze sobą ani słowa? Pamiętajmy, że kultura i życie mogą być wzbogacone przez nowe środki medialnego przekazu, ale nie powinny być przez nie zdominowane. Tym bardziej, że wciąż jesteśmy świadkami swoistej walki o naszą narodową świadomość, a raczej jej niszczenia, w czym media elektroniczne odgrywają zasadniczą rolę. Szczęśliwie okazuje się, że ich wysiłki często skazane są na porażkę: dowiodły tego chociażby sierpniowe obchody 60. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Październik to miesiąc, w którym zawsze będziemy wracali pamięcią do zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Paradoksalnie, dzisiaj w wolnym kraju odnieść można wrażenie, że jakkolwiek nie ma miejsca na fizyczną eksterminację duchownych, to jednak z coraz większą bezwzględnością czyni się wszystko, aby kapłanom, szczególnie tym, którzy nie zgadzają się na współpracę ze współczesną propagandą sukcesu, zadać śmierć cywilną. Czy mamy do czynienia z bardziej cywilizowaną w swych środkach, ale równie brutalną walką z Kościołem katolickim?

Tutaj nie mam żadnych wątpliwości: tak właśnie jest. Zmieniły się tylko formy. Niezależność myślenia, którą reprezentuje Kościół, jest ciągle dla wielu niebezpieczna. To była przyczyna prześladowania przez komunistów i nazistów. Ta sama przyczyna istnieje i dzisiaj. Jest to odwieczne ścieranie się: walka dobra i zła. Śmierć ks. Jerzego to był element pewnego programu. Zginęli przecież: ks. Niedzielak, ks. Zych i ks. Suchowolec, Wszyscy uprzednio byli fałszywie oskarżani o niemoralność. Wiemy, że w ten sposób chciano przestraszyć Kościół i rzucić Go na kolana. Zamknąć Mu usta. Gdy duszpasterzowałem w Gorzowie wielokrotnie wybijano cegłami okna w kaplicy i w domu biskupim. Po każdym moim ostrzejszym kazaniu była taka reakcja. Jednak, żeby nie dać przeciwnikowi satysfakcji, nie nagłaśniałem tych wydarzeń.

To nie przypadek, że dzisiaj do tej – innej w swojej formie – walki z Kościołem, jak na gwizdek stają jednocześnie wszystkie liberalne środki przekazu. Oczywiście nadużyciem byłoby stwierdzenie, że wszyscy duchowni są bez skazy. Pamiętajmy, że Kościół jest instytucją, która się oczyszcza i samooczyszcza, ale jednocześnie wciąż buduje na prawdzie o ludziach – grzesznikach i to właśnie jest siłą Kościoła. To jest wyzwanie i dla księży i dla wiernych. Nasza obrona powinna być oparta na nawróceniu i promocji dobra, a nie tylko na pustym krzyku przeciwko tym, którzy to zło czynią – chociaż zło trzeba nazwać po imieniu. Jezus nas pouczył, jak się zachowywać w takich sytuacjach: nadstaw mu drugi policzek. Nie pasuje to do dzisiejszego świata, bo to trudne, nieskuteczne, ale to jest metodologia Ewangelii. Nie nienawiść, ale wybaczenie i zło dobrem zwyciężaj. Nie ma innego, lepszego i bardziej twórczego wyjścia.

Oczywiście, trzeba bronić sprawiedliwości. Trzeba zdobywać się na niepopularność. Ot, chociażby kwestia obrony życia nienarodzonych – to przecież Lenin, pierwszy w świecie, głosił hasła aborcyjne. Są na to pisma, świadectwa. A Rosja Sowiecka była pierwszym krajem, który wprowadził prawo do aborcji. Jasno trzeba powiedzieć, że wszystkie zakusy na to, żeby człowiek nie szanował prawa Bożego i naturalnego, są pokłosiem najpierw eksplozji Rewolucji Francuskiej, a później Październikowej… Dążą one do nieliczenia się z Bogiem, domagają się tworzenia państwa stricte świeckiego, laickiego. To, co obserwujemy dzisiaj, to stare slogany, które się odgrzewa, nazywając je nowoczesnością, a nawet postępem. Trzeba o tym mówić. Trzeba o tym przypominać. To straszne, że Europa, która ogłasza się najbardziej cywilizowanym kontynentem, chce narzucić głosami różnych frakcji prawo do aborcji czy eutanazji. To jest dramat! Barbaryzujemy się!

Ale właśnie tym większe wyzwania i zadania pojawiają się przed Kościołem. Modlitwa, przykład życia, pogłębiona znajomość etyki, właściwa argumentacja – to są wielkie środki, którymi trzeba nam dziś działać.


Serdecznie dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Paweł Smogorzewski i ks. Sylwester Łącki CSMA

2017-12-17T17:14:06+00:00 17 października 2004|Wywiad|