Nawrócenie – wewnętrzną przemianą człowieka, skuteczną dzięki łasce Bożej

Współczesna kultura, w której egzystujemy ma swoje zdobycze i ponętne perspektywy (pomyślmy tylko o ofertach komunikacji między konkretnymi ludźmi, między narodami i między różnymi cywilizacjami), ale zauważamy też, że współczesna nowoczesność kultywuje pewne mity (np. mit postępu techniczno-biologicznego, z pominięciem integralnego rozwoju człowieka i jego środowiska). Pewne tematy są też wyeliminowane z nowoczesnego dyskursu kulturotwórczego. Są tematy „tabu”, których się w światowej, elitarnej prasie nie dotyka, i są wydarzenia historyczne, których prawdziwe oblicze objęte jest od dziesiątków lat tajemnicą (np. akta dotyczące śmierci gen. Sikorskiego i Johna Kennedyego, a także milczenia Żydów w USA na informacje Armii Krajowej i kurierów polskiego rządu w Londynie o eksterminacji Żydów dokonywanej przez Niemców w obozach koncentracyjnych podczas II wojny światowej).

Z dialogu współczesnych elit wykreślono też niektóre słowa: słowo grzech, sumienie, cel i sens życia człowieka czy prawa moralne dotyczące odpowiedzialności człowieka za swoje czyny przed sobą, przed historią i przed Bogiem.

Ale to są właśnie pola pod zasiew ewangelii, prawdy o zbawieniu człowieka, o odpowiedzialności za pełny wymiar człowieczeństwa. Wiemy przecież, że tylko prawda może bezpiecznym fundamentem wiedzy o człowieku, a prawdą jest, że stworzeni jesteśmy na obraz i podobieństwo Boże i dzięki duszy jesteśmy ukierunkowaniu na rozwój w wymiarze nieśmiertelności. I piękno naszego człowieczeństwa polega na upodobnieniu się do Stwórcy – Osobowego Boga.

Eliminowanie pierwiastka duchowego z prawdy o człowieku jest krzywdą, którą niełatwo naprawić, jest chorobą, z której trzeba leczyć, ale to jest nasza misja. Podjęliśmy ją wybrani i posłani przez Chrystusa.

Współcześni mędrcy, obserwujący naszą rzeczywistość, przestrzegają przed chorobą, która rozpoczyna się odkąd następuje alienacja pojęć i … nie nazywamy już zła złem. Wtedy grzech tłumaczy się uwikłaniem psychologicznym, trudnym dzieciństwem i tak aborcja nie jest już zabójstwem, ale „zabiegiem”, a nawet prawem do wolności w decyzji kobiety, małżeństwo jednopłciowe wyrazem praw człowieka etc.

Zbigniew Herbert przestrzegał, że: ze społeczeństwem, które znajduje się w stanie ciężkiej zapaści semantycznej, można wszystko zrobić. A zatem nie tylko szlachetne czyny są ważne, ale i słowa piękne, godne, prawdziwe. Jesteśmy świadkami współczesnej przemocy ideologicznej, która doprowadziła do sytuacji takiej „wolności”, że nie można już w niektórych krajach powiedzieć, że aborcja jest zabójstwem, bo grozi za to sankcja karna i więzienie (Francja, Kanada), i nie wolno publicznie rozmawiać na temat własnej religii, bo to uważane jest za prozelityzm (Rosja). Krzyż i ewangelia coraz wyraźniej przeszkadza państwom i systemowi Unii Europejskiej.

Nawet Czesław Miłosz zauważał potrzebę: oby do naszej mowy wróciła rzeczywistość. To znaczy sens, niemożliwy bez absolutnego punktu odniesienia. A tym absolutnym, trwałym punktem odniesienia w naszym myśleniu i życiu może być tylko Bóg i Jego prawa.

Strzec się trzeba każdej, nawet najmniejszej nie – prawdy i nawet najmniejszej niezgodności naszego sumienia z prawami i zasadami Ewangelii.

Doświadczony myśliciel i obserwator życia współczesnego przestrzegał: Zatruty kwiat duszy opuszczonej przez Boga rośnie powoli, nikt poza Bogiem nie potrafi go wykarczować (Herling Grudziński). Czuwanie nad „ogrodem naszej duszy” jest bardzo ważne. Wymaga mądrości i odwagi. A Mądrość prawdziwa tkwi w Bogu i tylko postawa pokory zdolna jest ją rozeznać i przyjąć. Odwagą jest niekiedy uznanie własnej niemocy i z głębi serca, z głębi jestestwa naszego pochodzące wołanie „Jezu ufam Tobie”, albo mające nieco inny odcień zawołanie Księdza Dolindo (sł. B. z Neapolu): „Jezu, Ty się tym zajmij”.

Prowadząc rozważania o grzechu i nawróceniu, o warunkach sprzyjających pełnemu rozwojowi współczesnego człowieka, bądź o środowiskach lub prądach toksycznych, w których się obracamy, oceniamy rzeczywistość jako ludzie wierzący, religijni, starający się żyć wiarą. Pamiętajmy jednak, że „zredukowanie religii do etyki, to prawdziwa katastrofa. Chrześcijaństwo jest wydarzeniem religijnym, ale tego dziś prawie nikt nie mówi, … Dziś chrześcijanie nie znają nawet ewangelii, myśl chrześcijańską zredukowano do jakiejś mieszanki pojęć zrodzonych w innych kontekstach, od Heideggera do Lewinasa, żeby nie wspomnieć o Gadamerze. … A przyczyną jest fakt odejścia od tradycji…” (Pietro Citati, Tracce 12, 2003, s. 70).

Chrześcijaństwo prawdziwe, to żywe wydarzenie, to spotkanie Jezusa Chrystusa przez wiarę, to umiejętność, odwaga i wysiłek wyciągnięcia wniosków z tego wydarzenia. Niekiedy mówi się dziś o drugim nawróceniu, skoro pierwszym było przyjęcie chrztu: Kto uwierzy i ochrzci się …

 

            Wiemy jednak, że każde nawrócenie jest łaską tak, jak i wiara jest darem łaski darmo i obficie dawanym ludziom. Bywa jednak, że z jakichś racji człowiek nie chce, nie potrafi lub nie jest w stanie jej przyjąć, nie jest w stanie zapragnąć zmiany swego myślenia i życia. Znamy liczne przykłady takich sytuacji. Są szczególnie bolesne, kiedy człowiek po długim oddaleniu od Pana Boga i Kościoła nie jest w stanie przełamać się, zrobić decydującego kroku wiary nawet w godzinie śmierci.

 

Bywa jednak, że i człowiek wierzący zaczyna stygnąć w wierze (nie mam na myśli nagłego wyziębienia, tzw. „nocy wiary”, która jest próbą zesłaną przez Boga na dusze wybraną) i powoli rozpoczyna się niebezpieczny proces odchodzenia od praktyk religijnych, zaniechanie modlitwy, kontroli sumienia i szukanie środowiska, które by potwierdziło moje trudności, subiektywne oceny i wybory.

Co robić w takiej sytuacji? Albo lepiej:, Co robić, aby uniknąć takiej sytuacji?.

Sposobów jest wiele. Pierwszym z nich jest wytrwać w dotychczasowym stylu, a nawet wzmocnić wymagania dotychczas stawiane sobie w dziedzinie ducha i wiary. Pomocą będzie duchowe wsparcie przyjaciela, a szczególnie kierownika duchowego, … może dobra lektura….

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na pomoc, płynącą z dobrze przeżywanej samotności. Samotność jest składnikiem istotnym (ontycznym) bytu ludzkiego. I człowiek musi ją zaakceptować wewnętrznie, aby mógł stać się w pełni „ja”, czyli świadomy swojej tożsamości. Bez tego jego samoświadomość zacznie chorować i chwiać się.

Nie chodzi tu o samotność melancholika, człowieka pełnego lęku wobec innych, który ucieka przed ludźmi, aby się ukryć. W prawdziwej samotności akceptujemy siebie, widzimy swoje dary duchowe, intelektualne, widzimy słabości, widzimy prawdę o sobie, akceptujemy ją i dlatego widzimy, że wypełnienie i pełne zrozumienie znajdujemy w Bogu. To On nas utwierdza w wierności naszego „być”, w wierności sobie. To On odkrywa przede mną moją godność.

Romano Guardini (prof. teologii, nauczyciel ks. Josefa Ratzingera w Monachium) zauważa, że około trzydziestki, (ale może być wcześniej lub później) przychodzi moment, kiedy patrzymy wokół siebie i widzimy, że jesteśmy sami. Sami nie w sensie zewnętrznym, ponieważ wielu ludzi może na zewnątrz zachowywać wobec nas wierność, ale sami w środku. Sami z własnym bytem, sami z własnym losem, sami z własną misją,… ale prawdziwa samotność przychodzi dopiero później, kiedy uświadamiamy sobie samych siebie. Kiedy zaczyna rodzić się idea: Jestem taki… Ludzie wokół mnie są inni. Wielu mnie nie rozumie, inni tylko w połowie. Bardzo niewielu widzi moją głębię, … inni mnie odrzucają… Pomimo tego trzeba stać pośród nich. Wtedy przychodzi prawdziwa samotność. Jest to moment, w którym decyduje się, czy jesteśmy w stanie być mocni, czy też uciekamy przed samym sobą. Ale czy można uciec przed samym sobą? Tak. Przychodzi wielka pokusa, aby być jak wszyscy inni (Lettere sull’autoformazione, Brescia 1994, 99).

Trzeba przyzwyczaić się do samotności. W samotności rodzi się osobowość i człowiek staje się panem siebie, i wtedy jest w stanie nawiązać osobowy, żywy kontakt z Bogiem, który jest źródłem mego istnienia. Tylko w milczącym, samotnym obcowaniu z Bogiem mamy szansę przeżywać prawdę o Chrystusowej miłości do nas. Mamy też odwagę przyjąć prawdę o nas samych, przyjąć niezrozumienie otoczenia, niezrozumienie przełożonych, Kościoła i wytrwać, bo ta samotność jest mocna jednością z Bogiem.

Ksiądz Antonio Rosmini, włoski teolog i filozof opublikował w roku 1848 swoje słynne dzieło: O pięciu ranach Kościoła świętego, którymi są:

  1. podział między świeckimi i duchownymi (co też widać podczas publicznego aktu liturgicznego)
  2. niedostateczne wykształcenie kleru
  3. niezgoda pomiędzy biskupami
  4. podległość nominacji biskupów władzy świeckiej
  5. serwilizm wobec dóbr doczesnych.

W rok po publikacji książka znalazła się na indeksie kościelnym, ale sto lat później była cytowana podczas obrad II Soboru Watykańskiego, a w 2007 roku jej autor został ogłoszony błogosławionym.

Ten przykład prowadzi nas do kilku refleksji: pierwsza, to prawda o dojrzewaniu do przyjęcia zauważonej rzeczywistości i umiejętność wyciągnięcia konkretnych wniosków. Kolejna umiejętność, to potrzeba wytrwałości, którą cechowali się zawsze wielcy prorocy, w głoszeniu własnych przekonań. Jest jednak jeszcze jedna sugestia płynąca z przytoczonego przypadku: potrzeba osobistego, duchowego dojrzewania, zarówno pod względem intelektualnym (postulat rozwoju umysłowego, wyrabiania inteligencji etc.), także w aspekcie wolitywnym (kształcenie charakteru, umiejętność wyrabiania silnej woli w dążeniu do zrealizowania poznanego dobra, czy też wytrwałość w poszukiwaniu piękna etc.), ale równocześnie ważną sprawą dla pełnego integralnego rozwoju człowieka jest wyrobienie sumienia i rozwój duchowy, czyli zdolność przekraczania siebie, odwaga ducha, sięgająca Transcendencji.

To duchowe dojrzewanie można ująć w proste terminy ascetyki ewangelijnej, które nakreślił Pan Jezus i to już od początków swego nauczania: Jezus począł nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest Królestwo niebieskie (Mt 4,17). ((Jezus przyszedł do Galilei i głosił Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię)) (Mk 1,14) – ten drugi tekst sugeruje wprost, że „Ewangelia Boża” nierozłącznie związana jest z potrzebą nawrócenia.

 

Nawrócenie – czym jest?

 

Jest to konkretny, wewnętrzny akt, lub dłuższy proces świadomego zerwania z grzechem i zwrócenia się do Boga (conversio ad Deum).

Nawrócenie nie przychodzi nagle, – chyba, że jest wynikiem cudu – ale zazwyczaj ma charakter stopniowego dojrzewania do decyzji zerwania z grzechem (aspekt negatywny, odejścia „od”) i następnie decyzja o reorientacji swego życia (pójście do… Boga).

Nawrócenie dokonuje się na zasadzie współpracy człowieka z Bogiem, z Jego łaską, która może mieć nieskończoną ilość form czy przejawów. Niekiedy dopiero po latach jesteśmy w stanie odkryć „palec Boży” w splocie wydarzeń, decydującym o naszym wyborze życiowym.

Znana misjonarka s. Briege Mc Kenna porównuje powołanie kapłańskie do gobelinu zawieszonego na ścianie. Widzimy tam końcowy efekt pracy artysty. Nie widzimy całego trudu i miłości, jaką artysta włożył w proces tworzenia. Jednakże, gdy spojrzymy na lewą stronę gobelinu, zauważymy tysiące nici i pętelek, zobaczymy całą misterną pracę, jaka została włożona w wykonanie tego pięknego dzieła. Tak jest i z kapłanem. Gdy na niego patrzymy, widzimy jego zapał, gorliwość, piękno realizowanego powołania, ale niekiedy też widzimy kruchość i słabość. Nie widzimy jednak tego, co działo się za sceną, gdzie Pan z miłością i cierpliwością odszukiwał ludzką duszę, wezwał ją do kapłaństwa i poprowadził do święceń. (w: Cuda się zdarzają, s. 88).

Nawrócenie to nie tylko wysiłek człowieka, ale także tajemnica „zabiegów” Boga, efekt modlitw Najśw. Maryi Panny i świętych ludzi, ich umartwień oraz współpracy z Bogiem. Pan Jezus wyraźnie to wskazywał: Nikt nie może przyjść do mnie, jeśli go nie pociągnie Ojciec, który mnie posłał (J, 6. 44).

Teologowie podkreślają, że nawrócenie jest procesem stałym i że związane jest z wiarą, która inspiruje nasz sposób myślenia i postępowania. Ani życia ani wiary nie da się „zamrozić” w trosce, aby nie zaginęła – wiara rozwija się albo usycha.

Rok temu inaczej wierzyłeś, w sensie intensywności swojej wiary, za rok też będziesz wierzył inaczej. Stąd bardzo ważne jest pytanie – czy twoja wiara wzrasta czy zanika. My bowiem nie tyle jesteśmy wierzący, co stajemy się wierzącymi, nie tyle jesteśmy chrześcijanami, co nimi się stajemy, nie tyle żyjemy Ewangelią, co próbujemy do niej dorastać (Ks. T. Dejczer, Rozważania o wierze, s. 82).

Przecież być chrześcijaninem, to naśladować Jezusa Chrystusa, wchodzić niejako w Jego ślady, a być kapłanem, to tym bardziej stać się alter Christus – drugim Chrystusem, – to utożsamić się z Nim w pełnieniu woli Ojca, w miłości do Boga i ludzi aż do codziennego oddawania swego życia.

Jakże mocnej wiary domaga się nasze chrześcijaństwo i nasze kapłaństwo. Jakże autentycznego nawrócenia potrzebujemy, aby zrealizować ten ideał na wzór Chrystusa (kapłan „uosabia” Chrystusa – działa in persona Christi). Nic dziwnego, że święci ludzie ciągle powtarzają z przekonaniem, że czują się grzesznikami i że proszą innych o wsparcie modlitewne.

Zauważmy, że Pan Jezus często zarzucał, nawet Apostołom, brak wiary. Oni przecież poszli za Jezusem, bo uwierzyli w Niego! Ale uwierzyli w tym momencie, np. gdy wiedzieli cud w Kanie Galilejskiej, albo w dniu Przemienienia na górze Tabor, a tymczasem wiara nieustannie powinna wzrastać, bo jej obecny kształt może nie wystarczyć w Wielki Piątek podczas Drogi Krzyżowej. … nie wystarczy jutro w trudnej sytuacji.

Nawrócenie domaga się przekonania o grzechu: Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści z wszelkiej nieprawości. (1J 1,8 n).

Nawrócenie domaga się od nas maksymalizmu w uczciwym rozeznaniu grzechu. Nazwać go trzeba złem przed sobą samym i podjąć decyzję o całkowitym zerwaniu z nim. To zerwanie dotyczy także okoliczności, sytuacji czy osób (układów) prowadzących do grzechu. Ocena moralna powinna być radykalna. Odcinam się nie tylko od grzechów ciężkich, śmiertelnych, bezwzględnie mnie kompromitujących, ale też od grzechów lekkich, w mniejszym stopniu będących przekroczeniem prawa Bożego, one są przecież wyraźnym znakiem nieszczerej miłości wobec Boga i braku prawdy w moim nawróceniu, zerwaniu ze złem.

Św. Jan od Krzyża wyjaśniał ten stan duszy obrazowo, mówiąc, że ptak nie wzniesie się ku górze – zarówno, jeśli jest przywiązany łańcuchem, jak i jedwabną nitką, podobnie jest ze wzlotem duszy do Boga.

Nawrócenie wewnętrzne i pokuta domaga się czynów (owoców) zewnętrznych, bez nich byłaby nieszczera. Nawrócenie dokonuje się w życiu codziennym przez czyny pojednania, troskę o ubogich, rewizję życia i inne formy praktykowania miłości Boga i bliźniego, bo miłość zakrywa wiele grzechów (1P 4,8). Syn Człowieczy w Apokalipsie św. Jana domaga się wyraźnie: nawróć się i poprzednie czyny podejmij! Jeśli zaś nie – przyjdę do ciebie i ruszę świecznik twój z jego miejsca, jeśli się nie nawrócisz. (Ap 2, 5). Prawdziwemu nawróceniu zawsze towarzyszy modlitwa, bo to przecież Duch Święty przekonuje świat o grzechu (J 16,8). On ujawnia grzech niewiary w Syna Bożego – Zbawiciela, ale jednocześnie jest Pocieszycielem, udzielającym ludzkiemu sercu łaski skruchy i nawrócenia (KKK 1433). Modlitwa jest otwarciem serca na działanie Ducha Świętego.

Modlitwa ożywia wiarę i pozwala połączyć proces nawrócenia z prawdą o grzechu, który jest ciężką zniewagą Boga, i to taką, która powoduje śmierć Syna Bożego. Odkrywając wielkość miłości Boga, nasze serce zostaje wstrząśnięte grozą i ciężarem grzechu, nawraca się patrząc na Tego, którego przebili (J 19, 37). I to właśnie jest moment owocowania, że wiarą zdołaliśmy połączyć nasze życie, czyli naszą nadzieję na odpuszczenie grzechów, zanurzając je w zbawczą śmierć Chrystusa… W pewnej piosence religijnej słusznie śpiewaliśmy: to nie ludzie Cię zabili, lecz mój grzech…

„Zasługą” łaski jest powiązanie mego grzechu, ale i całego życia z męką, śmiercią i zmartwychwstaniem Chrystusa. Akceptacja tej prawdy staje się decydującym aktem wiary człowieka odkupionego. Modlitwa o umocnienie wiary już jest jej umocnieniem. Warto ją podjąć i nieustannie kontynuować, aby ciągle światłem wiary pogłębiać spojrzenie na nasze życie i na świat cały, na Boże plany wobec ludzi.

Klucz miłości otwiera nas, ale i otwiera przed nami bramy Boże, możliwości wejścia w głębiny miłości Bożej.

Ale miał chyba rację myśliciel francuski Gustave Tridon, kiedy mówił, że prawdziwą skruchą jest tylko płacz przed Bogiem, który przebacza, a nie strach przed Bogiem, który karze. (w: Płodne złudzenia). 

2018-02-20T12:46:49+00:00 20 lutego 2018|Inne|