Niemowlę – Boży znak dla człowieka – homilia podczas Pasterki 2007

Przemyśl – katedra, 24/25 grudnia 2007 r.

1.

Betlejem

Wszystko, tam się zaczęło – w Betlejem. Historia naszego zbawienia. Tam Bóg stał się człowiekiem. To fakt historyczny. Jeden z wielu w dziejach świata. Ale światło wiary pozwala nam przyjąć to wydarzenie także z nieco innej, głębszej perspektywy. Informacja, którą znajdujemy w Ewangelii – usłyszeliśmy ją przed chwilą – mówi nam bardzo wiele. Po pierwsze, Bóg daje znak. Bóg dawał i daje ludziom znaki. Niejednokrotnie trudno jest zrozumieć ich sens i wymowę. Bo też znak jedynie przybliża rzeczywistość. Po drugie, ten Boży znak z Betlejem jest bardzo mizerny. Jest na tyle mały, na ile wielki jest Bóg. Bóg pochyla się, by przemówić do nas ludzkim językiem, na sposób ludzki. Stąd tym znakiem, który znajdują pasterze, jest Niemowlę w żłobie. Pierwszy wielki egzamin wiary: Bóg, Mesjasz, Zbawiciel ma być rozpoznany w żłobie. Nie w królewskim majestacie. Jego misja, piękno Jego miłości ukazuje się w bardzo skromnej szacie. Aż trudno uwierzyć.

Niemowlę także dzisiaj jest znakiem dla nas. Przecież w tym roku, który dobiega końca, zmagaliśmy się z pytaniami: Czy niemowlę ma prawo się narodzić? Czy poczęte życie jest uprawnione do istnienia? Czy życie człowieka słabego w ostatnim jego momencie jest życiem, którego bronić należy za wszelką cenę? Niemowlę jest znakiem nadziei, wielkiej nadziei na przyszłość społeczeństw i narodów. Brak niemowlęcia, brak miłości do niewinnego, rozpoczynającego swą historię człowieka staje się dziś wyrazem braku nadziei całych społeczeństw. Dzisiaj Europa wymiera. Siedemnaście krajów naszego kontynentu ma mniejszy procent urodzin niż śmierci. Kołyska przestaje być popularna. Ofiara związana, z posługą małemu człowiekowi jest ofiarą niepopularną. Budzi śmiech na ustach rodzina wielodzietna. I to jest także znak. Znak dany nam, naszym czasom, także naszemu narodowi. Wedle prognoz demograficznych, w Londynie w roku 2010 będzie 49% białych. W Stanach Zjednoczonych w roku 1966 dokonano 6 tysięcy aborcji. W roku ubiegłym półtora miliona. Niemowlę, poczęte życie, jest znakiem sumienia. Nie tylko chrześcijańskiego. Jest znakiem sumienia wszystkich czasów, wszystkich narodów, każdego człowieka. Myślenie o tej prawdzie, jaką jest życie, i stosunek do niej domagają się w noc bożonarodzeniową dodatkowej refleksji. Trzeba zdać sobie sprawę, że żyjemy w czasach, kiedy odpowiedzialność za to co wokół spoczywa nie tylko na ludziach obdarzonych zaufaniem społecznym, na parlamentarzystach, rządach, mocarstwach. Ona spoczywa na nas wszystkich – na każdym człowieku.

2.

Chrześcijaństwo

Przed kilkudziesięciu laty włoski filozof marksistowski Antonio Gramsci, rozważając sytuację, w jakiej znalazł się marksizm po rewolucji październikowej, obserwacje swoje opatrzył następującą konkluzją: „To chrześcijaństwo jest tarczą obronną kultury zachodniej. To chrześcijaństwo jest kolebką cywilizacji kapitalistycznej. Aby zdobyć Zachód, aby zdobyć ludzi, trzeba Zachód, tych ludzi zdechrystianizować”. Innymi słowy, uderzyć w naturalną komórkę, związek dwojga ludzi, którzy wychowują dziecko. Uderzyć w rodzinę. Potem uderzyć w kulturę chrześcijańską. W zwyczaje, w chrześcijańskie tradycje, które są wyrazem wiary.

I dlatego opłatek, wigilia, znak taki czy inny, świąteczna niedziela, szacunek do dnia Pańskiego, do wszystkiego, co święte, co naznaczone związkiem z Bogiem, są bardzo ważne, gdyż stanowią nośnik chrześcijańskiej tradycji, chrześcijańskiej kultury, która przekształca człowieka. Warto spojrzeć w wymiarze innym, głębszym, na to wszystko, co na co dzień wybieramy, na co się decydujemy i do czego mamy zakodowaną wewnętrzną tęsknotę, pęd, ciąg. Nie trzeba tej tęsknoty gasić, ale trzeba starać się ją rozwinąć. Trzeba nadać jej nowy wymiar.

Patrząc na Betlejem, warto sobie powiedzieć, że Bóg realizuje swój plan. Niezależnie od tego, jakie są czasy. Wiemy, że owe czasy nie były ucieleśnieniem najgłębszej kultury duchowej, lecz naznaczone grzechem i morderstwem. Herod dokonał mordu na niewinnych niemowlętach betlejemskich. Lała się krew niewinnych. Grzech nieczystości był grzechem powszednim. To była epoka ciemności, które będą w dziejach ludzkich niejednokrotnie się powtarzać. Bóg jednak właśnie w tych czasach zapalił płomień, który nie zgaśnie. Dał znak człowiekowi takiemu, jaki on jest. Rodzi się Dziecię w Betlejem. Bóg staje się człowiekiem, by nam przekazać pewną bardzo ważną wiadomość: Bogu zależy na człowieku. Bóg interesuje się człowiekiem. Bóg chce pokazać człowiekowi, czym jest miłość. Dlatego staje się jednym z nas. Podnosi nas do godności dzieci Bożych. Człowiek ma szansę rozpoczynać na nowo swe życie. Ma szansę na nowo odbudowywać w sobie człowieczeństwo. To wielkie przesłanie Bożego Narodzenia, którego potrzebujemy. Potrzebujemy bowiem prawd, które nie przemijają, które mówią o naszej godności mimo naszych słabości, słabości naszych bliźnich.

Jan Paweł II mówił kiedyś w Krakowie, że człowiek potrzebuje takich punktów odniesienia, by umacniać swoje człowieczeństwo. „Człowiek – przekonywał w 1987 roku z okien Pałacu Arcybiskupiego papież – jest mocny świadomością celów, świadomością zadań, świadomością powinności, a także i świadomością tego, że jest miłowany”. To jest także wymiar umocnienia. Musimy się dowiedzieć i przyjmijmy tę wiadomość: jestem umiłowany! Aż do wcielenia Bożego Syna. Bóg nigdy nie przestanie mnie kochać. Jestem dla Niego ważny. Tu gdzie jestem i poprzez to, co robię. To moje życie w Jego oczach ma wartość. Trzeba, bym je właściwie wypełnił. Bóg nieskończony ogranicza się, staje się człowiekiem, by powiedzieć nam na ludzki sposób o swej wielkiej do nas miłości.

Jakiś czas temu ukazał się wywiad rzeka z Leszkiem Kołakowskim. Ten największy w swoim czasie polski filozof marksistowski dzisiaj staje się człowiekiem wielkiego świadectwa. Książka, o której mowa, nosi tytuł Czas ciekawy, czas niespokojny. Były marksista przyznaje się na jej kartach, że miał w swoim życiu różne okresy. Ale teraz chce na to życie spojrzeć inaczej. Szczerze. Uczciwie. Mówi bowiem w pewnym miejscu tak: „Pisałem niestety różne rzeczy, nie tylko niemądre – bo o to mniejsza – ale krzywdzące innych ludzi, co mi nadal doskwiera”. Na takie wyznanie może się zdobyć tylko człowiek pokorny, uczciwy i szukający prawdy. U schyłku swego życia chce inaczej spojrzeć na życie: „Człowiek o świadomości wyzwolonej z sacrum zasługuje na pogardę, bo żyje bez sensu, a sens tylko z sacrum płynie”. Tak, doda w innym miejscu Kołakowski: „Sacrum jest niezbywalną częścią naszej kultury”. Transcendencja, Bóg, nieprzemijalność – to właśnie świętość. Sacrum. To coś, co nietykalne w człowieku, co można odkrywać przez całe życie. I o tym nie wolno zapomnieć. Kto pominie tę prawdę, zacznie żyć bez sensu.

Doceńmy możliwość zbliżenia się do tej prawdy w dzisiejszą noc, w te święta. Także przy pisanym liście do tych, których kochamy. Zanurzmy się w sacrum, świętość, Bożą świętość!

3.

Świadectwo

Benedykt XVI w najnowszej encyklice, Spe salvi, pisząc o nadziei, zachęca, byśmy naszą wiarę mocniej zakorzenili w codziennym życiu. I byśmy pamiętali, że trudności były i będą. Co więcej, trzeba ich oczekiwać, nie trzeba się ich bać. Dlatego nie wolno ludziom obiecywać, że będą żyli w lepszym świecie, że będą mieli raj na ziemi. Bo to złudna i zakłamana obietnica, która szybko okaże się – jak papież mówi – „fatamorganą”. Trzeba ludziom mówić o realizmie życia. Człowiek ma przecież w sobie wielki potencjał, ale nie potrafi z niego korzystać. Nie zawsze potrafi wydobywać piękno swego życia duchowego. I dlatego potrzebuje więzi z Tym, który na jego drodze ma być Mistrzem. Wiemy już, że jest nim Ten, który stał się człowiekiem.

Dziś nasze chrześcijaństwo jest bardzo potrzebne światu. Choćby dlatego, że wszyscy inni o nim zapominają. Ale powinno być wolne od pychy. Nasze świadectwo winno być dawane w sposób zdecydowany, stanowczy, a przy tym delikatny, by nikogo nie urazić, nie rozdrażniać ani nie rozdrapywać ran, ale by budzić sumienie. Dzisiaj światu, także chrześcijaństwu i Kościołowi, potrzebne są prorocze wskazania, wskazania ludzi, którzy mają odwagę głosić prawdę. Głoszą ją nie tylko papieże, ale płynie ona także ze środowiska naukowców, nawet byłych marksistów – dowodem wspomniany profesor Kołakowski – o ile gotowi są do uczciwości w myśleniu.

Dzisiaj nagłaśnia się w Polsce, że rzekomo zagrożeniem dla wolności ma być ocena z nauki religii na świadectwie. A przecież uczestnictwo w religii lub odrzucenie jej to wybór, to opcja. Ten, kto chce, zdaje dzisiaj maturalny egzamin z tańca i nikomu, kto nie potrafi tańczyć, jakoś to nie zagraża. Podobnie ten, kto zechce zdawać egzamin z religii, nie przyczyni się do pogwałcenia żadnego sumienia. Tak jak nie jest pogwałceniem sumienia, a jedynie wyrazem pewnej hierarchii wartości, to, że premier w przemówieniu trwającym trzy i pół godziny nie wspomniał ani słowem o Kościele, czy choćby szeroko: o religii w chrześcijańskim, katolickim narodzie. Religia to nie jest zagrożenie. I nie wolno mieć o nią pretensji. Tak samo nie będzie zagrożeniem danie szansy temu, kto zechce pogłębić znajomość religii i mieć na świadectwie, że zdawał na maturze ten właśnie przedmiot. Tak, bracia i siostry, szuka się dziś sztucznych tematów zastępczych.

Tymczasem niebezpieczeństwem prawdziwym jest odbieranie wolności. Przekreślanie jej. Choć to wartość podstawowa i dla wierzących, i dla niewierzących. Objawem tego – odbieranie prawa do życia, do istnienia, czy choćby rzekomy przywilej poczęcia „in vitro”, co wiąże się z koniecznością podeptania Bożego prawa. Także prawa do życia wszystkich poczętych zarodków. Ale największym niebezpieczeństwem, które grozi chrześcijaństwu dzisiaj, które grozi Kościołowi, jest wewnętrzny podział. Różne opcje, wszyscy zaangażowani. Z jednej strony ultrapostępowi, z drugiej ultratradycyjni. I jedni, i drudzy próbują być wierni jakimś ludzkim zwyczajom. Oto prawdziwy podział, wewnętrzny i niebezpieczny, przed którym trzeba się bronić. W Chrystusie mamy być jedno. On tego chce. Przecież gdy się wciela, staje się człowiekiem, przyjmuje to, co zastaje: język, zwyczaje, kulturę. Ale przychodzi z przesłaniem. O godności człowieka, o zbawieniu, o Bożych prawach i o tym, że żadnego z nich nie można zmienić. Przyszedł nam to powiedzieć – i to jest nasz fundament. Niezmienny. Przyszedł nam powiedzieć o miłości, o ludzkiej miłości, o tym, że będąc drogą do zbawienia, czerpie z miłości Boga.

Chciałbym zakończyć przywołaniem przykładu pewnego człowieka. To Raoul Follereau, Francuz, który krótko przed śmiercią Jana Pawła II został ogłoszony błogosławionym. Ciekawa postać. Świecki. Małżonek. Skończył dwa fakultety. W pewnym momencie uświadomił sobie, że istnieje na świecie pewna kategoria ludzi bardzo nieszczęśliwych, bardzo cierpiących – trędowaci. Podjął podróż – trwała trzy lata – w czasie której zwiedził kilkadziesiąt krajów. Zygzakiem – jak pisze – zwiedził świat, a przemierzył blisko 300 tysięcy kilometrów. Odwiedził wiele leprozoriów, gdzie mieszkali najbiedniejsi z biednych, bo skreśleni przez społeczności, które odmówiły im prawa do istnienia. Postanowił tym ludziom pomóc. Pukał do rządów. Do bogatych. Biznesmenów. Bezskutecznie. Wtedy postanowił odwołać się do najbiedniejszych. Naśladował w tym naszego Pana, który wśród najbiedniejszych się urodził. Follereau napisał więc list do dzieci i rozpowszechnił pośród nich właśnie. Prosił w owym liście, by dzieci francuskie, zgodnie z tradycją wigilijną wystawiające dwa buciki na prezenty, tym razem wystawiły i trzeci – dla dziecka trędowatego – i by tym sposobem dzieci obdarowały inne dzieci, które nie mają ani chleba, ani domu. Rzecz zdumiewająca. Napełniły się buciki dobrem, które zaczęło wydawać owoc. Dość powiedzieć, że Follereau uratował ponad milion trędowatych. Pomógł im. Na całym świecie znane jest odtąd jego nazwisko, znana jest jego inicjatywa. Czy było warto? – ktoś zapyta. Czy jest możliwe, że jeden człowiek mógł zatrzymać bieg dziejów? Tak. Praca Raoula Follereau i jego wysiłek nie poszły na marne.

I twój wysiłek, bracie i siostro, i mój wysiłek, nasz wysiłek nie pójdzie na marne, jeśli przez miłość włączymy nasze zmagania, nasze trudy w miłość Bożą. Nie pójdzie na marne nie tylko na tej ziemi, osiągając jakiś cel, będąc mocnym miłością, lecz także przed Bogiem w wieczności. Po to przyszliśmy tu dziś do kościoła. Dlatego łamiemy się opłatkiem i piszemy życzenia. Dlatego modlimy się za innych, by podzielić się troską o drugiego człowieka, by podzielić się miłością.

Kończąc, pragnę przedstawić moje życzenia i moje pragnienia – może są one nasze wspólne – by dziś nie zabrakło nikogo z nas w dziękczynieniu za miłość Boga do człowieka. Pamiątką tej miłości są te święta; jej pamiątką jest miłość, którą się Chrystus z nami podzielił w swoim eucharystycznym Ciele. Złóżmy też dziękczynienie Bogu za Maryję i Józefa oraz za pasterzy, skromnych ludzi, którzy uratowali przy Bożym Dziecięciu godność człowieka. Dziękujmy Bogu za wiarę naszych dziadków, rodziców i nauczycieli, za wiarę, w której nas wychowali i którą nam przekazali, a która jest i niech będzie światłem nadziei na nasze zbawienie. Niech nasza modlitwa obejmie wszystkich prześladowanych, samotnych, cierpiących, niech umocni Polaków rozsianych po tak różnych zakątkach świata. Pamiętamy dziś o nich w naszej modlitwie. Zachęcamy ich, aby wytrwali na drogach swego życia, może niejednokrotnie niełatwego. Będą to drogi twórcze i godne, jeśli będą uczciwe i ofiarne, i oparte na miłości Boga i drugiego człowieka.

Wszystkim wam, bracia i siostry, życzę umocnienia wiary i radosnego odkrywania, że Bóg jest nam bliższy niż my niejednokrotnie sami sobie. Amen.

 

Za: Abp Józef Michalik, Z Chrystusem w roku liturgicznym. Kazania, red. ks. Witold Ostafiński, t. 1, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2011

2017-06-18T20:07:03+00:00 24 grudnia 2007|Homilia|