O bp. Mikołaju Sasinowskim: Należy do najpiękniejszych ludzi mego życia

Pokolenie łomżyńskich księży, do którego należę znało ks. Mikołaja Sasinowskiego jako ojca duchownego, potem rektora seminarium i biskupa ordynariusza. Spoza wszystkich tych funkcji wyglądał jednakże postawny kapelan wojsk lotniczych słynnych dywizjonów 301-304. Doświadczeniami z tych lat dzielił się z nami, zresztą bardzo chętnie, snując niekończącą się opowieść o spotkanych ludziach i udanych programach edukacyjnych, o przeprowadzonych rekolekcjach. Czasami zacierała się granica między dokonaniami i nadzieją, i wcale nie było ważne czy to wszystko miało miejsce, czy raczej chodzi o „zapalenie” kleryka możliwościami zrealizowania duszpasterskich inicjatyw. Nasz Ojciec zawsze potrafił ukazywać dobro, i był doświadczonym wychowawcą.

Jako klerycy uwielbialiśmy Go – potrafił zaimponować i doświadczeniem, i dobrocią ojcowskiego serca – a był przy tym bardzo wymagający, szczególnie w konfesjonale. Zdumiewał co prawda niekiedy w sprawach sumienia, które nie pasowały do oczekiwań. Pamiętam jak kiedyś zdobyliśmy na kursie kwestie egzaminacyjne z utrapionej łaciny, ale to nie załatwiało sprawy, bo któryś z kolegów dostał skrupułów i dotychczasowi bohaterowie stanęli pod groźbą hańbiącej wpadki. Dyskusje tylko zmęczyły wszystkich i wcale nie prowadziły do celu. Nie pozostało nic innego jak tylko pójść do Ojca. Ten zaś spokojnie, jakby czekał na okazję, aby wyłuskać strapionym wychowankom, że problemu właściwie nie ma, bo kwestie wyuczone staną się materiałem przyswojonym, a że profesor nie ustrzegł się nieroztropności, to „kijem tego, kto nie pilnuje swego”.

Klerycy starszych kursów byli już bardziej krytyczni i powściągliwi w zachwytach, bo Ojciec był także profesorem teologii moralnej, w której było sporo męczącego i nużącego materiału, a i egzamin był dość konkretny.

Ojciec był otwarty na wszystkie kleryckie problemy i sprawy. Solidaryzował się z nimi w różnych inicjatywach, mimo że było trzeba czasami wyjść poza ramy lokalnych przyzwyczajeń. Tak było, gdy zorganizował pierwszą wspólną klerycką wycieczkę przez Polskę, aż po Zakopane, Świnicę i Kasprowy.

Jego wizja Kościoła i służby w diecezji znacznie wybiegała naprzód. I dlatego po skończeniu seminarium inspirował, czy wręcz zachęcał młodych księży do podejmowania dalszych studiów. Widział bowiem potrzebę przygotowania przyszłej kadry profesorskiej. Potem bardzo pasjonował się zadaniami „opiekuna księży studentów”. Podejrzewam, że sam sobie wymyślił tę funkcję, aby mieć oficjalny tytuł przebywania i „ubezpieczania” młodych przed nowinkami teologicznymi, aczkolwiek prawdziwych nowości był zawsze szczerze ciekaw. Jego przyjazd do konwiktu Akademii Teologii Katolickiej wzbudzał zainteresowanie kolegów, bo umiał zaimponować szczerą prostolinijnością. Był sobą także na wakacjach spędzanych wspólnie z nami: prawdziwy łomżyński ksiądz kochający Polskę i Kościół, goręcej i dojrzalej wnikający i rozumiejący problemy młodego człowieka, do którego mieliśmy całkowite zaufanie.

Potem został rektorem seminarium. Tu z kolei zaimponował odwagą w podjęciu ryzykownych na owe czasy prac administracyjnych.

Uradowaliśmy się szczerze Jego nominacją na biskupa. Studiowałem wtedy w Rzymie. Przy jakiejś okazji postanowiłem powiedzieć o mojej radości obecnemu Kard. Stefanowi Wyszyńskiemu. Ten zaś skwitował mnie z uśmiechem: „Nie mnie dziękuj, ale Duchowi Świętemu” – ale zaraz dodał, że ksiądz Sasinowski poznał przy okazji trudności wynikłych z racji wojskowej służby kleryków, których wtedy niejednokrotnie szykanowano, a których nasz biskup tak ofiarnie bronił.

Miał w sobie dużo wrażliwości i delikatności, która płynęła chyba z wewnętrznej ciekawości drugiego człowieka i świata. I dlatego chętnie nawiązywał nowe znajomości. Musiał mieć jednak ku temu „wyższe” racje (bał się, aby nawet pozorem nie zgorszyć kogokolwiek). Z dużą satysfakcję i radością przyjął zaproszenie na obronę mojej pracy doktorskiej. Skwapliwie skorzystał z zaproszenia. Wyraził chęć odwiedzenia Ziemi Świętej, w której dotąd jeszcze nie był. Oczywiście motywem oficjalnym było stwierdzenie, że każdy ksiądz (młody) powinien przeżyć spotkanie z Ojczyzną Pana Jezusa oraz to, że odwiedzimy tam naszego studenta Jerozolimskiej Szkoły Biblijnej, ks. Edwarda Samsela. Pan Bóg wynagrodził oczekiwania, bo spotkaliśmy też o. Jana Blocha, dawnego kleryka naszego seminarium.

W czasie tej pielgrzymki byłem zbudowany wielką prostotą ducha i pokorą mojego Biskupa. Zauważyłem też, z jaką atencją odbierali go inni. W tym czasie nawiązały się związki przyjaźni z kilkoma rodzinami włoskimi, które i dla mnie stały się aż do dziś wielkim duchowym ubogaceniem. Włoscy przyjaciele byli w Łomży na pogrzebie i do dziś żyją świadectwem wiary śp. bpa Mikołaja.

Po studiach bp Mikołaj Sasinowski zatrzymał mnie przy sobie jako domownika. Była to chyba forma zaproszenia do współpracy, bo nominacji na kapelana nie miałem nigdy, a wicekanclerzem zostałem także w wyniku „zamachu domowego”, ale to już inna historia. Faktem było, że teraz z bliska i na co dzień przebywałem z człowiekiem, który kształtował moje młodzieńcze ideały kapłańskie. I jakże musiał boleć, że tak byłem od nich daleko! A jednak szanował wszystkich współmieszkańców, którzy spotykali się codziennie przy ołtarzu i jego stole. Pozwolił dożyć przy sobie biskupowi Mościckiemu, zachowując wobec niego i szacunek, i wyrozumiałość, i choć charaktery mieli bardzo różne, to łączyła ich kultura i żywa wiara – jakież to bogactwo!

Te lata wspólnego mieszkania dzięki Niemu należą do najpiękniejszych w moim duchowym życiu. Patrzyłem na co dzień jak prostym i skromnym był człowiekiem. On naprawdę wierzył ludziom. Prawdziwej wielkości tego człowieka doznałem, kiedy pozwolił mi odejść z kurii na boczny tor życia diecezjalnego. Dopiero wtedy paradoksalnie, ale już na zawsze, zrozumiałem, jakiego pokroju był to człowiek. To była Jego najmocniejsza dla mnie lekcja.

Diecezja łomżyńska zresztą miała w tamtych latach kapłanów o dużym formacie. Kilku z nich jeszcze żyje. Ks. prał. Józef Biernacki, który mimo rozlicznych zajęć ogólnodiecezjalnych, prowadził bardzo jasne wykłady zarówno z teologii moralnej (principia), jak i z liturgiki, a przy tym dawał najsolidniej chyba opracowany skrypt. Okazywał się w ten sposób mistrzem metodologii.

Nasz ks. prefekt Stanisław Wierzbicki bywał często zaprzeczeniem porządku zewnętrznego, ale tylko pozornie, bo był to prefekt, który nie zapomniał i nie zaniedbał żadnej obiecanej książki (ani żadnej zasłużonej „obstawki”). Wykładał wszystkie przedmioty, kiedy nie było kim wypełnić luki (psychologię, łacinę, logikę, teorię poznania, rubrycystykę i pewnie wiele innych jeszcze dyscyplin). Budował nas nie tylko tym, że kleryckie buty nosił do szewca, ale i tym, że w przytułku dla starców nosił chorych na własnych plecach, a potem dbał o ich groby. A do tego częściej niż regularnie chodził do naszego Ojca do spowiedzi św.

Rektorem za czasów Ojca Sasinowskiego był ks. Józef Perkowski – podejrzewaliśmy go, że to mistyk. Modlił się głębiej niż wszyscy i każdą sytuację widział in luce fidei. Do dzisiaj wielu z nas pamięta jego rozmyślania czy przemyślane i odczytane przemówienia. On nas uczył bardziej wiary – w czasie swych wykładów – niż teologii dogmatycznej.

Za to najbarwniej wykładali swe przedmioty księża profesorowie: Jan Czajkowski i Walerian Szubzda. Czekało się na ich wykłady, ale tylko na pierwszych latach, pewnie, aby nie za bardzo wystraszyć początkujących „filozofów”, potem zaczynały się zmagania i wymagania, i wcale niełatwe egzegezy Starego i Nowego Testamentu.

Utalentowany wszechstronnie ks. Bolesław Waldman stawał się czasami postrachem przez gwałtowniejszą reakcję na przejawy życia czy słabości ludzkich. Jego oddanie dla seminarium było niezrównane, zaś klarowność i pożyteczność praktyczna prawa kanonicznego, które wykładał, ewidentna. Był przy tym znawcą i pasjonatem techniki współczesnej. Na naszych oczach rozwijały się jego techniczne i motoryzacyjne upodobania, oryginalny w każdym calu, potrafił zaimponować niejednemu. W późniejszych latach staliśmy się sąsiadami w kurii i seminarium i zaprzyjaźniliśmy się szczerze. Poznałem wtedy, jak delikatna i wrażliwa była ta dusza. Listy od niego (mam ich niemało) to minielaboraty życiowej mądrości. Obraz św. Józefa – najcenniejszy według niego przedmiot – przekazał mi w testamencie i, tak jak kiedyś strzegł go znad jego biurka, tak dzisiaj przypomina mi – ten stróż Jezusa i Maryi – moje rodzinne i domowe ognisko seminaryjne.

Jakże barwną postacią był ks. Stanisław Ołdakowski, profesor katechetyki i apologetyki, a potem także teologii dogmatycznej. Życzliwy dla każdej sprawy i człowieka, co miało być wyrazem jego humanizmu, ale niekiedy przysparzało mu także kłopotów. Ileż to razy wpadał zaaferowany w poszukiwaniu kaznodziei lub rekolekcjonisty, bo trzeba koniecznie pomóc bratu na parafii. W rzeczywistości to on sam był w kłopocie, jak się wywiązać z podjętych zobowiązań, akurat dwóch różnych i na ten sam dzień.

Ks. Józef Wiśniewolski – z prawdziwego zdarzenia profesor psychologii i higieny psychicznej. Notatki z tych ostatnich wykładów odczytuję i dzisiaj, po prawie 30 latach, ucząc się znajomości mechanizmów rządzących psychiką człowieka.

Na ks. biskupa Czesława Fałkowskiego patrzyliśmy zawsze z dumą i słuchaliśmy z uwagą, co czasami mówił do nas ten były rektor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie. Wyświęcił nas na kapłanów w katedrze łomżyńskiej, a także wysłał na studia w Warszawie i Rzymie.

Ks. biskupa Aleksandra Mościckiego poznałem bliżej dzięki temu, że zamieszkałem pod wspólnym z nim dachem. I dopiero wtedy, ten z pozoru homo severus et rusticus, zaczął się odkrywać jako człowiek dużej praktyki życiowej, a przy tym Polak o wielkiej miłości do Wilna – utraconej części niego samego. Swoją żywą wiarę niezwykle potrafił tłumaczyć na język praktycznej codzienności. Autentyczny i szczery w sądach wobec wszystkich ludzi, zamieniał się w błyskotliwego gawędziarza, kiedy przy stole pojawili się profesorowie uniwersytetu czy biskupi z oddalenia. Przedwojenny społecznik stał się praktycznym kurialistą, który „wierzył nadzieją”, że można w oparciu o zarządzenie z „Dziennika Ustaw” obronić Kościół przed komunistycznymi szykanami. Jego obecność w łomżyńskim domu biskupim wnosiła codziennie psychiczną ulgę w najtrudniejszych sytuacjach.

Ks. biskup Tadeusz Zawistowski mógłby tu wiele dopowiedzieć. Zresztą on sam uosabia tak wiele cech łomżyńskiego księdza i próbuje łączyć te starsze tradycje, lokalny, zdrowy patriotyzm i nowy rozmach diecezji.

Wróćmy jednak do biskupa Mikołaja Sasinowskiego. Biskup Mikołaj pozostawił po sobie codziennie zapisywany pamiętnik. Tomów jest wiele i zawierają różne wiadomości. Ich wartość jest także wieloraka. Udostępniona mi część tego pamiętnika, obejmująca sam początek wojny, która go zastała w Paryżu i następujących potem kilkunastu miesięcy, ukazuje w mocniejszym świetle pewne znane cechy jego charakteru, ale odkrywają też nowe wrażliwości, tudzież sam styl pisania.

Zrozumiałą jest rzeczą, że pamiętnik pisze się z myślą o przyszłym czytelniku i obraz siebie bywa raczej subiektywny. To, co w pamiętniku najciekawsze, trzeba przeczytać między wierszami.

Jako lektor tych stronic byłem w szczęśliwej sytuacji, bo znałem autora z dosyć różnorodnych sytuacji, z długich i szczerych rozmów bądź dyskusji, z obmyślanych i rozlicznych programów duszpasterskich, z rytmu codziennej pracy.

Pamiętnik prowadzony był niezwykle systematycznie, codziennie autor notował swe przeżycia i obserwacje, stąd i zrozumiałe powtórzenia (np. stałe narzekanie na francuskie zimno, które musiało być naprawdę dokuczliwe, jeśli się znało wytrzymałość i odporność biskupa).

Autor pozornie stosunkowo mało interesował się szerokim światem polityki i stąd rzadko pojawiają się odniesienia do sytuacji międzynarodowej, brak jest jakichś analiz własnych czy uogólnień, nie wiemy, czy autor czytał coś w tym czasie. Są jednakże i od tej obserwacji wyjątki. Rozeznanie Biskupa bywało spokojne i szerokie, a wartościowanie polityczne – np. związku Mussoliniego z Hitlerem – jest zaskakująco trafne (10.04.1941 r.) – opierał je jak zwykle na przesłankach wiary.

Jego pamiętnik jest raczej dziennikiem duszy, to osobisty zapis przeżyć, kłopotów i sukcesów drobnych, codziennych i wydarzeń, trochę wyretuszowany – powie lektor obojętny, ale się pomyli. Ks. bp Sasinowski naprawdę taki był: biskupstwo i kapłaństwo na pierwszym stawiał miejscu, nie opierał się na ludzkiej swej naturze, on ją nieustannie zmieniał w kapłańską służbę już wtedy, w parę lat po święceniach i przez całe życie. Człowiek o dużej odwadze, bardzo silnej woli. Najtrudniej sobie przebaczał jakiekolwiek słabości. Nie ujawnia ich zresztą prawie wcale – jak przypuszczam dlatego, żeby nie zgorszyć nikogo najmniejszym brakiem. Taki jest ideał, któremu będzie do końca wierny. Tym milej zabrzmi wyznanie osobistej radości – pokaże, że umie się cieszyć, kiedy po wielu miesiącach upokorzeń otrzymń wreszcie nominację na kapelana wojsk lotniczych w Lyonie (dotąd był zwykłym żołnierzem – księdzem w wojsku), ale i wtedy swą radość zaniesie do Pana i odprawi jako wotum Mszę św. (9.02.1940 r.).

Cały pamiętnik jest świadectwem jego wiary i kapłańskiej miłości do Kościoła, za którym stoi całym sobą. Kocha ludzi, ale po kapłańsku. Ich grzechy go nieustannie bolą. Stąd i kryteria wartościowania ludzi są bardzo klarowne i słuszne.

Ubolewa nad moralnym stanem wojska, jest wyrozumialszy dla szarych żołnierzy, ale surowy wobec oficerów (19.01.1940 r.). Brakiem etyki tłumaczy upadek Polski w roku 1939. Jest to skrót myślowy, który w konkretnej sytuacji budził chęć do walki i dynamizował zniechęconych żołnierzy.

W niełatwych warunkach okazywał się człowiekiem mocnej wiary i codziennej modlitwy, Swoje sukcesy mierzy ilością wyspowiadanych żołnierzy, odwiedzonych szpitali czy wygłoszonych kazań (początkowo spisywał je w całości i chętnie stwierdzał, że odbiór był przeważnie pozytywny, ale bywało, że nie był z siebie zadowolony).

Raduje się najmniejszym przejawem wiary swoich żołnierzy. Kapliczka leśna, zrobiona przez nich, cieszy go prawie jak bazylika (12.04.1940 r.).

Drugą dominantą pamiętnika jest miłość autora do Polski. Wychowany w zdrowym patriotyzmie, miłość do Ojczyzny stawia na najwyższym miejscu. To dlatego nawet naraził się biskupowi polowemu J. Gawlinie, że bez pytania i pozwolenia wstąpił do wojska. Dla niego najważniejszą sprawą we wrześniu 1939 roku było bronić Ojczyzny we wszelki możliwy sposób.

Każdą wiadomość z Polski przyjmuje bardzo emocjonalnie. O Polsce myśli nieustannie i modli się za nią, zarówno w czasie pobytu we Francji, w Afryce, jak i potem w Anglii (28.04.1940 r.).

Jego patriotyzm jest tym głębszy, że skoncentrowany na Polakach najbiedniejszych – żołnierzach, chorych, wygnańcach różnego rodzaju, rozbitkach życia i sumienia. Nieustannie za nich się modli i dla nich pracuje. Z dumą odnotowuje pozytywne opinie obcokrajowców o Polakach, kiedy to ludność francuska rozczarowana do swojej armii, całą ufność układa w polskim żołnierzu (por. zapisy z dn. 17 i 29.04.1940 r.).

Nieustępliwie broni opinii o Polsce atakowanej przez oficerów emigrantów czy też innych zawiedzionych życiowych rozbitków (23.01.1940 r.). Już wtedy zauważał, jak destrukcyjną rolę prowadzili wśród żołnierzy emisariusze partii komunistycznej, siejąc negację i rozbicie.

Nie zawsze miał pozytywne doświadczenia z Żydami, którzy jawili filę wśród żołnierzy (np. 22.01.1940 r.) i wtedy jest dostojnie oburzony, ale odnotowuje też ich cechy pozytywne, jak życzliwość ludzką czy gościnność (30.04.1940 r.).

Z rzadka, ale pojawia się humor. A szkoda, bo na pewno było tam wiele sytuacji osobliwie charakterystycznych i niewinnie pikantnych. Jak chociażby te, wypływające z nieznajomości języka francuskiego czy angielskiego, kiedy to kelner zamiast picia zaserwował zdumionym oficerom polskiego wojska masło.

Warto też wspomnieć, że w owym czasie ksiądz Sasinowski spotkał nie we Francji w jednostce wojskowej z drugim łomżyniakiem, ks. Warakomskim. Wydaje się też, że w pewnym okresie podlegał mu nawet. Ale brak jest śladów bliższych między nimi kontaktów.

Dziennik biskupa Mikołaja jest nikomu nieznany (przynajmniej szeroki jego wybór), aby mógł stać się jakąś lekcją i świadectwem o trudnych czasach w posłudze wiary. Przy okazji warto wspomnieć, że w archiwum łomżyńskiej kurii zachował się ciekawy, godny wydania, inny tekst – pamiętnik biskupa Stanisława Łukomskiego. W historii diecezji łomżyńskiej i w historii Kościoła w Polsce ten poznański sufragan, promowany na stolicę łomżyńską, zapisał niezwykle ciekawą i piękną kartę, którą warto poznać i upowszechnić. Oba teksty zbliżają się do siebie w pewnych granicach czasowych, bo obaj autorzy różnie, ale autentycznie kochali Chrystusa, Kościół i Ojczyznę.

Po biskupie Mikołaju pozostało inne jeszcze dzieło: homilie i konferencje ascetyczne, które przez kilkanaście lat wygłaszał do kleryków, księży i sióstr zakonnych. Nie wiem, czy studenci odkryli już te rękopisy, będące bez wątpienia kopalnią tematów magisterskich lub doktorskich, ale sam sposób i solidność przygotowania tekstów mówią wiele o tym, jak poważnie traktował słuchaczy, jak karmił ich miłością do Kościoła i Chrystusa, którego wybrał, po ukończeniu Szkoły Podchorążych w Zambrowie, wstępując do Wyższego Seminarium Duchownego w Łomży. Ukończył je i przyjął święcenia kapłańskie w roku 1936; biskupem łomżyńskim został w roku 1970 i pełnił tę posługę przez lat dwanaście. Te lata stać się miały czasem nieustannego wysiłku o uaktywnienie wszystkich działów pracy diecezjalnej. Szczególnie wiele wysiłku włożył biskup Mikołaj w zorganizowanie Diecezjalnego Instytutu Pastoralnego, który stał się miejscem naukowej i duszpasterskiej formacji dla bardzo wielu księży (młodych, i nie tylko młodych!), zrobił wiele dla zorganizowania duszpasterstwa rodzin, lubił łamać schematy myślowe i stare przyzwyczajenia, co nie zawsze znajdowało zrozumienie i przynosiło efekt, ale się nie zrażał. „Dywanowe rekolekcje” powołaniowe, wielodniowe solidne wizytacje pasterskie w każdej parafii czy budowa nowych kościołów, to były prawdziwe pasje tamtych lat.

Intensywna praca wyczerpała organizm, ale do chorób biskup Sasinowski był przecież przyzwyczajony. Niekiedy powtarzał, że lepiej spalić się szybko, niż kopcić przez długie lata. Nie potrafił w pełni posłuchać lekarzy i postanowił przełamać słabość nadwątlonego serca.

Zmarł prawie nagle w dniu 6 września 1982 roku. Należy do najpiękniejszych ludzi mego życia, najpiękniejszych ludzi łomżyńskiej diecezji. Człowiek i kapłan.

2017-12-17T16:13:49+00:00 17 grudnia 2000|Artykuł|