Odnaleźć Boga – homilia w Niedzielę Zmartwychwstania 2006

Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego, Przemyśl-katedra, 16 kwietnia 2006 r.

 

Zmartwychwstanie Chrystusa jest fundamentem naszej wiary. Podstawą, na której zbudowana jest nasza więź z Bogiem przez Chrystusa. Chrześcijaństwo w Wielkim Tygodniu pokazuje nam to, co w nim najważniejsze i najpiękniejsze: krzyż, drogę śmierci i drogę życia – zmartwychwstanie. Oto człowiek zostaje podniesiony z wielkiego upokorzenia do wieczności, do nieskończoności. Tę drogę przeszedł właśnie Chrystus. Stał się człowiekiem, uniżył samego siebie i umarł na krzyżu, aby dać dowód miłości, oddania człowiekowi. Nie musiał, ale wybrał właśnie taką drogę: stał się jednym z nas, byśmy z Nim umierali dla grzechu i razem z Nim zmartwychwstali, aby zacząć nowe życie.

Mądra, głęboka teologia powie, iż Bóg poszedł tak daleko, że dalej pójść nie mógł. Umarł za nas, przebaczając nam grzechy. Ale zmartwychwstał, przez co stał się pomostem między nami a Bogiem, który dzięki Chrystusowi jest także naszym Ojcem. Boży Syn wprowadza nas zatem w możliwość uchwycenia się najlepszej ręki ojcowskiej i cokolwiek by się działo, w jakiejkolwiek sytuacji się znajdziemy, Bóg okazuje się tym oparciem, które człowieka nie zawiedzie. Zmartwychwstały, zauważmy, mówi nam o  tym, kim jest człowiek; nie tylko o tym, kim jest Bóg. Co więcej, mówi, że warto było umrzeć za człowieka, za mnie i za ciebie, tak wielką mamy godność, tak bardzo zakochany jest w nas Bóg. Niejednokrotnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Patrząc w Wielki Piątek na mękę Pana Jezusa, dochodzimy jednak do wniosku, że jest to czas prawdy szczególnej. Oto Jezus ujawnia Piotrowi prawdę o nim samym. Uświadamia mu, że jest słabym i grzesznym człowiekiem, ale potem go odradza, przebaczając niewierność. Ujawnia także dramat Judasza, ujawnia miłość Matki Najświętszej, która stała pod krzyżem”. Pokazuje Ją światu i nam daje za Matkę, przedstawiając jako Pośredniczkę. Ujawnia i Jana – ucznia kochającego, lecz słabego, który mimo to wytrwał pod krzyżem. Wielki Piątek również nas odziera z tego, co zbędne, wydobywa nasz grzech – nie po to, by nas upokorzyć, ale po to, żeby nas odrodzić, żeby nam objawić głębię zmartwychwstania, uzmysłowić, że w istocie zmartwychwstajemy dzięki temu, iż Chrystus odpuszcza nam grzechy. Ale dzisiaj w Wielką Niedzielę trzeba spróbować sobie raz jeszcze uświadomić, co znaczy moje zbawienie i moje człowieczeństwo wpisane w wieczność. Gdy Pan Jezus wprowadza niewiasty i uczniów w tajemnicę zmartwychwstania, domaga się czegoś więcej. Wiara apostołów i całego Kościoła w zmartwychwstanie rodzi się nie z pustego grobu, ale z objawienia. Otrzymują je niewiasty: „Nie ma Go tu” (por. Mk 16, 6) – słyszą – powstał z martwych. To musi budzić lęk. Nic dziwnego, że są przestraszone. Św. Marek powie „uciekły” (por. Mk 16, 8). Nim to się stanie, anioł powiada: „A idźcie, powiedzcie Jego uczniom i Piotrowi: Podąża przed wami do Galilei, tam Go ujrzycie, jak wam zapowiedział”.

Św. Piotr, jak słyszeliśmy w pierwszym czytaniu, mówi: „my jesteśmy świadkami” (Dz 10, 39). Bo też Jezus przez czterdzieści dni się ukazywał, mówił do nich. Moja wiara, to, że ja wierzę w zmartwychwstanie Jezusa, ma zaczepienie w postawie niewiast, w ukazywaniu się Jezusa, w postawie Apostołów.

Pan Jezus, co istotne, na sposób ludzki chce Apostołom powiedzieć bardzo ważną prawdę: że był z nimi za życia i pozostał po zmartwychwstaniu. Jezus jest i z nami. Ale inaczej. Dlatego rozpoznajemy Go przez wiarę. Jest w Najświętszej Eucharystii. Jest, kiedy dwóch albo trzech gromadzi się w Jego imię. Jest z nami i jako Zmartwychwstały posyła uczniów, posyła niewiasty, posyła każdego z nas, abyśmy mówili, głosili, że On zmartwychwstał. Trzeba temu dawać świadectwo życiem, trzeba dawać świadectwo słowem.

Katolicki pisarz Bernanos, rozważając tajemnicę zmartwychwstania, dał taką radę: „Stańmy przed lustrem, czy nasza twarz to twarz kogoś, kto zmartwychwstał? Czy na mojej twarzy maluje się prawda o zmartwychwstaniu? Czy promieniuje ze mnie wiara w zmartwychwstanie? Czy ludzie mogą we mnie rozpoznać wierzącego człowieka?”.

Stańmy przed lustrem. W Wielkanoc trzeba stanąć przed lustrem własnego sumienia. Czy odbyłem spowiedź wielkanocną? Nie bójmy się tego pytania. Może, jeśli jestem człowiekiem skonfliktowanego sumienia, tak ułożyło mi się życie, że nie mogę jej odbyć. Czy więc choć przyszedłem w Wielki Piątek do Chrystusowego krzyża? Czy ucałowałem ten znak mojego zbawienia? Czy adorowałem go? A podziękowałem za zbawienie? W te dni każdy, nawet największy grzesznik, ma kontakt z Chrystusem umierającym za niego na krzyżu. Stańmy przed lustrem. Nie bójmy się prawdy o sobie.

Stańmy przed lustrem sumienia, żeby zapytać też o nasz naród, o Kościół w narodzie. Czy nasze kościelne życie jest świadectwem dawanym zmartwychwstałemu Chrystusowi? Ile niepokoju ostatnio wprowadza w naszym Kościele partyjne zaangażowanie niektórych katolickich środowisk!

Wszystkich nas łączy troska o Ojczyznę. Wszyscy mówimy o szacunku do Ojca Świętego Jana Pawła II, mówimy o nadziei na odrodzenie kultury, na jej pogłębienie. Jak dotąd nie dzieli nas wyścig w gorliwości, w zaangażowaniu na rzecz Akcji Katolickiej czy stowarzyszeń katolickich, na rzecz czytelnictwa prasy… To nas nie dzieli. Dzielą nas sympatie polityczne. I tu trzeba powiedzieć, że to zaangażowanie polityczne, które niekiedy w imię Kościoła, w imię wiary się dzieje, ma dwa nurty. Jeden wyrósł wokół starego tygodnika katolickiego. I ten nurt każe zaufać liberałom, każe iść naprzód bardzo nowocześnie, bez oglądania się na tradycję. W piśmie tym bez przerwy pojawia się jakiś aplauz dla eks-księdza, dla dramatu człowieka, który stracił wiarę. Co i rusz napotkać można teksty promujące relatywne nowości na przekór zdrowej tradycji polskiej.

Ale jest też i drugi nurt. Tworzą go ludzie uciekający pod sztandar źle rozumianej narodowości, źle pojmowanego narodu. Bo naród chrześcijański to naród otwarty na innych, nie lękający się innych narodów, z których doświadczeń także możemy się uczyć. Widzimy, że część narodu popiera jedną opcję, część drugą, choć obie wyrosły z korzeni chrześcijańskich. Choć obie odwołują się do etosu Solidarności, to obie wolałyby odłożyć przyjazd Benedykta XVI do Polski, obawiając się konfrontacji z jego nauczaniem.

Spójrzmy, popatrzmy w lustro, nie bójmy się prawdy! Czy to nie jest zgorszenie, że politycy pochodzący z tego samego obozu, głoszący społeczną naukę Kościoła sobie nie pomagają, nie umieją stworzyć wspólnego rządu, bo jedni nie potrafili przegrać, a drudzy nie umieją wygrać? Przecież naród zmęczony dotychczasowym sposobem sprawowania władzy, zniesmaczony korupcją rządzących elit, właśnie ich obdarzył zaufaniem i czekał na jedność, czekał na duchowe, moralne i etyczne odrodzenie. Niestety, zabrakło ludzi gotowych do kompromisu, do odsunięcia na bok własnych aspiracji, małych ambicji, zabrakło mężów stanu gotowych do poniesienia ofiar we wspólnej sprawie. A przecież prawa polityka to nie umiejętność przechytrzania innych – to gotowość do realizacji dobra wspólnego. Uczciwa polityka to szkoła mądrości, to budowanie mostów i dróg do ludzi, to troska o naród, o Ojczyznę, to bezinteresowna ofiarność na rzecz innych. Ideał polityka to zatem mąż zaufania, który ubogaca się doświadczeniem w nowych warunkach, nabywa umiejętności poruszania się w nowym dla niego świecie, ale do swego środowiska wraca tak zasobny, jak z niego do służby publicznej szedł. Chrystusa i wiary nie można oddestylować, odłączyć od życia, niezależnie od tego, gdzie jesteśmy, co robimy, czy mamy lat kilkanaście czy kilkadziesiąt, czy jesteśmy w wielkim czy w małym świecie.

Chciałbym podzielić się dziś z wami swą troską o Kościół w naszej Ojczyźnie. Cieszy się on z różnorodności występujących w nim poglądów i inicjatyw. Dlatego biskupi nie chcą niczego zamykać, zabraniać czy definitywnie przekreślać. Ani tygodnika liberalnego, chociaż pragnęliby, aby bardziej czuł się zjednoczony z Kościołem i budował jedność tego Kościoła, będąc zatroskanym o kształt naszej wiary owocującej przez miłość. Ani radia zakonnego, bo widzą jego wartość w promowaniu modlitwy, w głoszeniu nauki Kościoła, w promocji nowych rozwiązań społecznych, nawet w wypracowywaniu dobrej polityki społecznej, opartej na prawdzie i moralności. Ale trzeba tu mocno powiedzieć, że jest różnica między polityką a partyjnością. Jeśli Kościół zachęca do zaangażowania się w wielką wizję budowania przyszłości przez politykę, to bardzo mocno sam opiera się zaangażowaniu w partyjność. Już to zakonnika, księdza, wszystkiego, co katolickie. To bowiem, co katolickie, nie może być partyjne, musi być otwarte na innych. I to jest zadanie Kościoła, to nasz obowiązek.

Dwa dni temu otrzymałem list od lidera jednej z partii, która powstała przy udziale katolickiej rozgłośni. Teraz partia ta czuje się zagrożoną, woła o ratunek, o pomoc i występuje przeciwko założycielom. To niebezpieczna droga, jeśli się kogokolwiek chce dla jakiegoś interesu popierać, mając na względzie jedynie partyjny klucz. Nie wolno wykorzystywać do żadnych własnych celów tego świętego miejsca, jakim jest Kościół. Trzeba tę zasadę przypominać. Egoizm musi ustąpić miejsca altruizmowi i poświęceniu. Oto droga, której uczą nas nauczyciele życia duchowego, której uczy nas największy Nauczyciel, którego przyszliśmy dzisiaj uczcić.

Boga trzeba przyjąć takim, jaki On jest. Bóg jest zainteresowany człowiekiem, zainteresowany światem. Nie można wyrzucać Pana Boga ze świata i trzeba dziękować wszystkim, którzy są o Boga zatroskani. Ale nieraz trzeba to zatroskanie korygować, bo Kościół żyje posłuszeństwem opartym o wiarę. Bez wiary i posłuszeństwo, i dyscyplina będą miały posmak przemocy. Dzięki wierze zaś łaska przyniesie plon obfity. Uwierzmy w to!

Ludzie dzisiaj obserwują życie i mówią: „Świat przeżywa duchowy kryzys”. Jest w tym coś na rzeczy. Mam przed sobą tekst żydowskiego rabina, już nieżyjącego, Abrahama Heschela. Pisał ciekawe rzeczy: „Obecny kryzys życia duchowego, moralnego, politycznego, słowem: życia społecznego, nastąpił dlatego, że wymieniliśmy świętość na wygodę, wierność – na sukces, mądrość – na informację, modlitwę – na dyskusję, tradycję – na modę. Bóg został skazany na wygnanie, wyobcowany ze świata. Modlić się oznacza wprowadzać z powrotem w świat Boga”. Mądra rada. Modlić się to na nowo wprowadzać Boga w świat. Z tej racji potrzebna jest modlitwa, potrzebna jest nasza obecność dzisiaj. Potrzebna jest modlitwa nasza z Chrystusem, byśmy się nie zgubili, nie zabłądzili na drodze ku zbawieniu. Albowiem nic człowiekowi nie pomoże, jeśli na własnej duszy poniesie szkodę.

Wszystkim, bracia i siostry, rodzinom waszym, młodzieży, dzieciom, chorym i samotnym, Ojczyźnie i Kościołowi w Ojczyźnie życzę, abyśmy odnaleźli jedność między sobą, w zatroskaniu, w uczciwości, i żebyśmy na modlitwie uczyli się jedności. Bo kto Boga znalazł, ten znalazł nowe oparcie do najtrudniejszych i najpiękniejszych decyzji. Amen.

 

Za: Abp Józef Michalik, Z Chrystusem w roku liturgicznym. Kazania, red. ks. Witold Ostafiński, t. 1, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2011

2017-06-18T19:41:26+00:00 16 kwietnia 2006|Homilia|