Ósmy „grzech” Biskupa Ordynariusza

J.K.: Ostatnie zmiany w organizacji administracyjnej Kościoła w Polsce to bez mała rewolucja. Potrzeba dostosowania struktury Kościoła do aktualnych potrzeb duszpasterskich i uporządkowania granic diecezji w granicach III Rzeczypospolitej jest zrozumiała i powszechnie akceptowana. Jednak gdy rozpatrujemy niektóre decyzje szczegółowe, to okazuje się, że wzbudziły one gorące dyskusje. Chciałbym więc prosić Księdza Biskupa o wyjaśnienie i komentarz wobec kwestii określanych najczęściej jako kontrowersyjne.

Pierwsza sprawa: bulla papieska znosi unię personalną między Gnieznem a Warszawą, a jednocześnie potwierdza prymaturę dla arcybiskupa warszawskiego ks. kard. Józefa Glempa jako kustosza relikwii św. Wojciecha. Tym samym po raz pierwszy od 1418 roku godność ta nie przysługuje arcybiskupowi metropolicie gnieźnieńskiemu.

Bp J.M.: – Utworzenie nowych metropolii to akt na miarę utworzenia pierwszej metropolii gnieźnieńskiej i należy uznać go za milowy krok w kierunku pełnej stabilizacji i uporządkowania zewnętrznej administracji kościelnej w Polsce. Może to więc rzeczywiście wyglądać na rewolucję duszpasterską.

Gdy jednak zejdziemy z tych ogólnych obserwacji do konkretów, widzimy – przechodząc tym samym do odpowiedzi na Pana pytanie – że jest to wyraz spokojnej duszpasterskiej ewolucji. Tak ważny problem, jakim jest prymatura i jej związek z Gnieznem jest właśnie w tym przypadku podporządkowany kryterium duszpasterskiemu. Można to różnie tłumaczyć, jako wyraz szacunku i uznania dla księdza Prymasa – dotychczasowego metropolity gnieźnieńskiego i jako powstrzymanie się od działań nagłych i pochopnych mogących niekiedy zranić człowieka, a nie pomóc sprawie.

Bulla nie rozstrzyga wyraźnie, z kim na przyszłość związana będzie prymatura. Z tekstu wynika, że łączyć się ona będzie z kultem relikwii św. Wojciecha. Kościół jest tutaj elastyczny; z jednej strony Gniezno ma za sobą wielką i żywą historię, a z drugiej przedłużanie stanu unii personalnej czy też diecezjalnej jest duszpastersko niekorzystne. Stąd więc ta decyzja. Jak to będzie w przyszłości, jeszcze ostatecznie nie wiadomo. Stolica Apostolska przeanalizuje i wyjaśni tę sprawę z biegiem czasu, biorąc jednocześnie pod uwagę konkretne zapotrzebowanie.

J.K.: – Kwestia druga dotyczy podporządkowania archidiecezji łódzkiej bezpośrednio Rzymowi. Podane oficjalnie uzasadnienie (robotnicza specyfika miasta – przyp. red.) budzi pewne wątpliwości. Rodzą się także pytania o polityczne konsekwencje takiego wyodrębnienia Łodzi ze struktury Kościoła polskiego.

Bp J. M.: – W tym punkcie, jak zresztą i poprzednim, trzeba wznieść się trochę spojrzeniem wiary na poziom odpowiedzialności Ojca Świętego, który miał własne racje, aby tak te sprawy rozstrzygnąć. I to nie tylko takie, które widzimy wprost, lecz także wynikające z szerszej perspektywy patrzenia i zatroskania Papieża o przyszłą obecność i miejsce Kościoła polskiego w całym Kościele katolickim. Myślę, że jest to klucz do zrozumienia tego i wielu innych tematów związanych z nową strukturą organizacyjną.

Przez konkretny przypadek Łodzi Papież podkreślił także wagę społeczną kwestii robotniczej (nie tylko robotników łódzkich, ale w ogólności), podnosząc diecezję łódzką do godności arcybiskupstwa. Dopisane jako czternaste, będzie miało bezpośredni kontakt ze Stolicą Apostolską, nie przynależąc do żadnej metropolii i nie posiadając sufragalnej diecezji. Nie jest to wyjęcie z Konferencji Episkopatu Polski, a jedynie podkreślenie, że i w Polsce jest arcybiskupstwo wyłączone z metropolii, a tym samym różnego rodzaju dokumenty Watykanu, adresowane do arcybiskupów nie będących metropolitami, będą uwzględniać także przypadek polski.

J.K.: – Dla odmiany sytuacja jakby odwrotna: grekokatolicka diecezja przemyska wraz z ordynariatem dla innych wiernych rozproszonych po Polsce weszła w skład łacińskiej prowincji warszawskiej, a nie została podporządkowana Stolicy Apostolskiej. Unici zdawali sobie sprawę, że pozostanie pod jurysdykcją Lwowa jest raczej nieosiągalne, ale na tę drugą możliwość mocno liczyli.

Bp J.M.: – Także ta decyzja wynika ze spojrzenia duszpasterskiego. Jest to wyraz kościelnego otwarcia administracyjnego, gdyż grekokatolicy włączeni zostają całkowicie w pracę, system i styl Konferencji Episkopatu Polski na zupełnie równoprawnych zasadach. Sytuacja taka jest zdrowsza, a łatwo można wyobrazić sobie odwrotną, tzn. że zostają wyłączeni z kontaktów i oddzieleni. Wtedy ich biskup nie mógłby uczestniczyć w pracach Konferencji Episkopatu Polski i wszystko działo by się na dwóch torach. W takim właśnie przypadku grekokatolicy czuliby się pominięci i odrzuceni przez Kościół obrządku rzymskokatolickiego. Pogłębiłby się stereotyp: rzymski katolik – Polak, grekokatolik – Ukrainiec. Chodzi więc także o otwarcie obrządku na inne narodowości oraz ukazanie „wielonarodowości” narodu polskiego, który od strony kościelnej jednoczy wszystkie obrządki w jednej Konferencji Episkopatu.

Dziś oczywiście nie można przesądzać, czy przyjęte rozwiązanie będzie trwałe. Jeśli bowiem grekokatolicy czy Ormianie będą na tyle liczni i zorganizowani, że utworzą swoją własną Konferencję Episkopatu, to mogą zostać wówczas podporządkowani bezpośrednio Stolicy Apostolskiej. Na obecnym jednak etapie są to rozstrzygnięcia spójne i konsekwentne, gdyż arcybiskup łaciński Lwowa ks. Marian F. Jaworski także nie należy do Konferencji biskupów polskich.

J.K.: – Przejdźmy zatem do decyzji dotyczących naszej diecezji. Jedyny przypadek przeniesienia stolicy biskupiej miał miejsce właśnie u nas. Gorzowianie, od blisko 50 lat przywiązani do obecności biskupa i kurii, nie kryją wielkiego rozżalenia. W dobie telefonów i samochodów, a także patrząc na przykłady innych diecezji, z niedowierzaniem przyjmują argumenty o dużym oddaleniu Gorzowa od południowej granicy diecezji. Dyskutują, co będzie z kurią, sądem biskupim czy instytucjami usytuowanymi w obiektach kościelnych przy ul. Żeromskiego. Obawiają się, że w ślad za decyzjami wewnątrzkościelnymi negatywnie zostanie przesądzony los województwa. Na otarcie łez pozostawiono na razie katedrę, ale stanowi to jednocześnie kolejny ewenement, bo znajduje się ona teraz poza stolicą diecezji. Może Ksiądz Biskup ma jakiś „balsam” na te „świeże rany” i spróbuje uzasadnić i wytłumaczyć racjonalność takich decyzji.

Bp J.M.: – Myślę, że gorzowianie nie potrzebują balsamu i zdobędą się na myślenie, spokojne i obiektywne. To bardzo cenne, że czują się przywiązani do katedry, do kurii, do biskupa i księży, do tego co było i jest „gorzowskie”. Przez wiele lat okazywali i okazują swoją wdzięczność, cenią sobie obecność Kościoła i tę postawę udowadniają czynem. Mogliśmy to zaobserwować nie tylko przy okazji wielkich uroczystości religijnych czy religijno-patriotycznych, ale także na co dzień.

Jeśli chodzi o mnie, to stwierdzam, że atmosfera tutaj jest bardzo ciepła i specyficzna. Choćby ta serdeczność bezpośrednia. Chyba żaden z biskupów w Polsce (mówię to trochę prowokacyjnie) nie doświadcza tylu przejawów ludzkiej życzliwości, jak ja w Gorzowie. Te dary serca, które otrzymuję, napełniają mnie radością i wdzięcznością.

Jednak nie można oceniać całości spraw diecezji tylko z perspektywy własnego komfortu psychicznego ani też z perspektywy „dziś” i samego miasta Gorzowa. Trzeba spojrzeć szerzej i dalej. Koncepcja, aby Zielona Góra stała się stolicą diecezji, pojawiła się już w 1972 roku, gdy dzielono wielką gorzowską administrację apostolską. Wtedy jednak pozostawienie przy diecezji ziemi pilskiej tak z powodów geograficznych, jak i duszpasterskich motywowało pobyt biskupa w Gorzowie. Teraz gdy zaistniała taka sytuacja, że diecezja koszalińska została mocno osłabiona po włączeniu jej 6 dekanatów do diecezji pelplińskiej (podzielonej nota bene na trzy różne), to aby ją ponownie wzmocnić – część naszej diecezji musiała przejść do diecezji koszalińskiej. W wyniku tych zmian okazało się, że od rezydencji biskupa w Gorzowie do granicy diecezji szczecińsko-kamieńskiej jest zaledwie 9 km, a praktycznie cała nasza diecezja ciąży ku południu (dekanaty głogowskie, szprotawski, żagański, żarski, łęknicki mają ok. 180 km do Gorzowa). Nie chodzi tu o utrudnienia dla biskupa – ja stale tam dojeżdżam i dokąd sił mi starczy dojeżdżałbym nadal – ale mam na myśli cały duszpasterski kontakt księży, katechetów z ośrodkiem administracyjnym położonym na skraju diecezji.

Myśląc o przyszłości, trzeba pamiętać, że dostępność komunikacyjna i kryterium geograficzne było jednym z podstawowych przy podejmowaniu obecnych decyzji, ale będzie także bardzo istotne przy ewentualnych następnych podziałach diecezji. Patrząc więc perspektywicznie – jeśli chcemy w przyszłości zachować ją w obecnych granicach, to ta zmiana centralizująca diecezję stanowi poważny argument do zachowania jej stanu posiadania nawet za wiele lat.

Pozostaje oczywiście pytanie, co robić, aby Gorzów w dalszym ciągu pozostał w centrum życia diecezji w taki sposób, żeby oddychała ona jednocześnie dwoma płucami – zielonogórskim i gorzowskim.

W Gorzowie istnieje już bogata polska tradycja. Tu zaistniała diecezja, nawiązane zostały kontakty międzyludzkie i oczywiste jest, że pewnych dokonań nie będzie się już odwracać. Weźmy choćby Instytut Formacji Katolickiej dla Świeckich. Tu powstał i tutaj pozostanie wraz ze swoimi planami, które może kiedyś zostaną zrealizowane. Pozostaną także inne instytucje kościelne i z tego miejsca będą pełnić swoją rolę w diecezji. Także fakt, że utrzymana została katedra w Gorzowie, to z jednej strony prawdziwy ewenement, ale także akt na pewno nie tymczasowy, lecz rzeczywista wola pozostawienia tutaj „kamienia węgielnego”. Teraz pozostaje nam pokazać, że ten „oddech dwoma płucami” jest zdrowy i twórczy.

J. K.: – Ustala się zatem swoista specyfika naszej diecezji. Już dziś mamy przecież casus seminarium, które zazwyczaj mieści się w stolicy diecezji, a u nas rozwiązano to zupełnie inaczej.

Bp J. M.: – I wcale z tego powodu nie narzekamy. Nie jest to bowiem przeszkoda w atmosferze wychowawczo-formacyjnej, a wręcz przeciwnie, takie usytuowanie seminarium bywa pomocne. Dlatego myślę, że obecnie ta kolejna osobliwość też może ubogacić diecezję, która mimo wszystko jest jeszcze bardzo młoda. Ma jednak swoje „rezerwy” duszpasterskie i bardzo mocne, ciekawe znaki życia. Powinna nadal podążać w wytyczonym kierunku.

Jeżeli chodzi o kwestię województwa gorzowskiego, to chciałbym na koniec dodać, że Kościół z całą świadomością musi się bronić od wciągnięcia go w doraźne lokalne czy też szersze, światowe rozgrywki administracyjne czy polityczne. Sprawy polityki, administracji państwowej oraz administracji kościelnej są to dziedziny, wobec których obie strony pozostają w pełni niezależne. Dla mnie trudna sytuacja Zielonej Góry od dawna stanowi motywację do zwiększania tam dynamizmu duszpasterskiego, ale tego rodzaju decyzje nigdy nie są przeciwko komukolwiek.

J.K.: – Serdecznie dziękuję Księdzu Biskupowi za rozmowę.

Z ks. bpem Józefem Michalikiem rozmawiał Jerzy Korolewicz

2017-12-17T15:50:20+00:00 17 grudnia 1992|Wywiad|