Paweł VI – Papież pokornej wiary

Mówią w Rzymie, że ilekroć papież publicznie zaczyna układać modlitwy zbliża się kres jego dni. Paweł VI zadziwiał nie tylko w ostatnim okresie, ale też w ostatnich latach intensywnością swoich modlitw wznoszonych publicznie do Boga. Miał dziwną umiejętność wykładu prawd wiary z dodaniem konkluzji modlitewnej. Tak było po ogłoszeniu Najśw. Maryi Panny Matką Kościoła w 1964 r. i taki miał zwyczaj postępowania przy innych okazjach. W ostatnich jednakże łatach papież o śmierć nie tylko publicznie się modlił, ale wprost krzyczał o nią do Boga i niecierpliwił się na to radosne z Nim spotkanie. Myśl o śmierci była mu coraz bliższa. Podczas kazania na 15 sierpnia 1977 r., wygłoszonego w czasie swych wakacji do mieszkańców Castel Gandolfo, publicznie wyraził wątpliwość, czy doczeka takiego spotkania w przyszłym roku. A na ostatnią Wielkanoc (1978 r.) sam sobie dodawał odwagi do zebrania „resztki ludzkich sił”, aby odprawić Mszę św. rezurekcyjną – tak radośnie przypominającą chrześcijańską nadzieję naszego zmartwychwstania.

Umarł w dniu Przemienienia Pańskiego – 6 sierpnia w swej letniej rezydencji Castel Gandolfo, w 81 roku życia i po 15 latach roztropnych rządów Kościołem Chrystusowym (ur. 26 X 1897 r. w Concessio – Brescia, papieżem został wybrany w dniu 21 VI 1963).

Paweł VI rządził Kościołem w niezwykle trudnym okresie. Bo najpierw musiał sprostać faktowi, że na stolicę Piotrowa wstąpił po niezwyczajnym papieżu Janie XXIII, a następnie trzeba było kończyć rozpoczęte dzieło Soboru Watykańskiego II i sprostać całej problematyce określanej mianem aggiornamento (przystosowania) Kościoła do współczesnych czasów. – Niezwykły to był papież, ale sąd bliższy prawdy o tym niesłychanie bogatym wewnętrznie człowieku wyda dopiero historia po długich latach zbierania owoców jego myśli, pracy i wyrzeczeń. Ten pontyfikat można nazwać pontyfikatem wielkich, symbolicznych gestów. Trzeba jednak pamiętać, że wszelka próba klasyfikacji tej miary człowieka narażona jest na ryzyko powierzchowności.

Był to papież niezwykle głęboki zarówno w przeżywanym bólu, jak i w podejmowanych decyzjach. A bolał nad wieloma sprawami i niejednokrotnie decydował wbrew wszelkim przyzwyczajeniom czy oczekiwaniom. To On przecież umiędzynarodowił Kolegium Kardynalskie i Kurię Rzymską, jak tego wymagały dzisiejsze czasy (samej Polsce dał trzech kardynałów). Do Ojczyzny naszej miał szczególną sympatię, jako kraju swej młodości, gdzie spędził czas pewien na jedynej swej pozarzymskiej placówce dyplomatycznej.

Ogromnie lubił środowe audiencje – spotkania z ludem. A Polacy nigdy nie zapomną tych krótkich, ale jakże serdecznych pozdrowień wypowiadanych po polsku przed całym światem: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, „Niech żyje Polska” czy też: „Przepraszam, ja nie umiem mówić po polsku” – a wiemy z najbliższego otoczenia, że do końca pielęgnował w sobie pragnienie pogłębienia znajomości naszego trudnego języka.

Ten Wybraniec Boży postawiony u szczytów odpowiedzialności i popularności, potrafił zachować pulsującą życiem wiarę i pokorę prostego serca. Jeszcze zza grobu zbudował świat swoim niezwykłym testamentem, z którego biła ufna wiara, świadoma miłości Boga aż po grób. Kardynałowie uszanowali wolę zmarłego papieża i wystawili jego zwłoki na pogrzeb w niemalowanej drewnianej trumnie. Tego jednak było już za wiele nawet dla przyzwyczajonych do niezwykłości rzymian – płakali ze wzruszenia. A gdy na koniec podniesiono trumnę, aby odnieść ją na miejsce wiecznego spoczynku, pośród majestatycznej ciszy zerwała się burza oklasków – rozdzierający wyraz przywiązania i szacunku do biskupa Rzymskiego pozdrawianego na co dzień w ten właśnie sposób. Uszanowano i w dalszej części wolę wielkiego Papieża – spoczął w zwykłej ziemi, w prostej kaplicy Donatella, w podziemiach bazyliki św. Piotra, zaraz za grobem Jana XXIII. Nad jego mogiłą nie ma też żadnych nagrobków ani ozdób, bo zamiast kwiatów prosił o „jakiś czyn dobry lub modlitwę”.

Już po pogrzebie przyszła do mnie dawna pracownica starego Concilium de Laicis (dziś ta Rada nazywa się Concilium pro Laicis), a obecnie profesor zwyczajny Uniwersytetu Laterańskiego, pani Rosemary Goldie. W rozmowie poruszano wiele spraw związanych z pontyfikatem zmarłego Papieża, który moją rozmówczynię powołał do rangi obserwatora podczas obrad Soboru Watykańskiego II.

Jednym z niezwykle dyskutowanych ostatnio problemów jest rola kobiety w Kościele. To Paweł VI wydał Motu Proprio „Ministeria quaedam” (1972 r.), gdzie uwzględniając „czcigodną tradycję Kościoła” wyłączył kobiety od urzędów posługiwania (czyli święceń jak byśmy dawnym powiedzieli językiem) akolitatu i lektoratu. Negatywna decyzja uwarunkowana jest prawdopodobnie nie tyle charakterem liturgicznym tych posługiwań, ile raczej chęcią niebudzenia niepotrzebnych nadziei u tych, którzy chcieliby widzieć w tych posługiwaniach „stopień” do kapłaństwa kobiet – mówi moja rozmówczyni. Jednakże to „nie” nie może być w żadnym wypadku interpretowane jako wyłączenie kobiet od odpowiedzialności w Kościele. Papież dawał temu wyraz niejednokrotnie. To Paweł VI zapowiedział i wprowadził na 3 sesję Soboru Wat. II kobiety – ekspertki, aby w randze obserwatorów brały udział w posiedzeniach dotyczących życia kobiet. Po Soborze rozpoczął reformę Kurii Rzymskiej, mianując laików – mężczyzn i kobiety na stanowiska z pewną odpowiedzialnością w poszczególnych dykasteriach (szczególnie w tych, utworzonych po Soborze). Sam Paweł VI upewniał podczas spotkania p. Rosemary Goldie o swoim żywym pragnieniu „promocji” kobiet na wszystkich poziomach życia kościelnego, a jeszcze podczas Soboru, wspominała z rozrzewnieniem moja rozmówczyni małe wydarzenie, ale dla niej – jako jeden z najdroższych momentów życia, kiedy w czasie audiencji generalnej Papież rozpoznał ją w tłumie i z uśmiechem pozdrowił słowami: „oto nasza współpracownica”.

Pani Goldie mówiła dalej: Bałam się, że papież z powodu podeszłego wieku, zrzeknie się swego urzędu. Problem użyteczności dla Kościoła nurtował Pawła VI od dłuższego czasu. Ten człowiek, który tak kochał Kościół gotów byłby na ten krok. Mówiono, że nawet gdzieś w podalpejskim klasztorze diecezji mediolańskiej w tajemnicy przygotowywano mu mieszkanie. Wścibscy dziennikarze bez delikatności przypominali Papieżowi jego wiek i wszystkie przebyte choroby, zwłaszcza przy okazji różnych rocznic, które w ostatnich latach coraz częściej przypadały: a to rocznica 80-łecia urodzin, albo też znów 15-lecie pontyfikatu, bądź inne jubileusze biskupie czy kapłańskie. Lękiem więc przejmowało przypuszczenie o ewentualnym zrzeczeniu się Papieża. I dobrze się stało, że pozostał i na swoim stanowisku wytrwał do końca.

Przypomnijmy smutne wydarzenia związane z porwaniem i zamordowaniem prezydenta Aldo Moro. Tu Paweł VI okazał całą głębię wrażliwości swego ducha i całą subtelność swego człowieczeństwa w sposób, który nie pozostawił wątpliwości nikomu. Nawet dla najmniejszego dziecka włoskiego, klęczący u stóp porywaczy papież, błagający o wypuszczenie ich prezydenta – to był obraz nie do zniesienia! A wiemy przecież dobrze, że ten papież umiał klękać i w miłosnej pokorze całować ziemię mediolańską w deszczowy dzień ingresu do swej diecezji; albo też całować nogi prawosławnego arcybiskupa przybyłego do Rzymu z pozdrowieniem od patryarchy Konstantynopola! I jeśli od wieków nie słyszano, aby Kościół prawosławny słał przedstawicieli do Katedry Piotra w Rzymie, to również nie zdarzyło się jeszcze, aby Piotr całował nogi Braciom!

Mało kto pamięta też o innym fakcie z życia pokornego papieża Pawła VI. A jednak wylewa się przez ten gest bogactwo wielkiej duszy Papieża – Humanisty. Oto na Sardynii po porwaniu chorego chłopca ofiarował się na jego miejsce młodszy, zdrowy brat. Porywacze przyjęli zamianę i czekali na okup, po uzyskaniu którego wypuścili chłopca. Papież już podczas uwięzienia pozdrawiał małego bohatera i jego rodziców, ale po wypuszczeniu wprost nie wytrzymał i, jak opowiadała znajoma Siostra z Centrali telefonów Watykańskich, bezpośrednio zadzwonił do domu małego zakładnika i zaprosił go do odwiedzin w Watykanie. Niestety, nie zdążył, były to już odwiedziny pożegnalne u trumny dobrego Papieża.

***

Pan wysłuchał swego pokornego Sługę. Zabrał go prawie nagle z zagonu pracy. Nie był ciężarem dla nikogo.

Dziś wydobywa się z serca szczera wdzięczność ku Bogu, że swemu Kościołowi daje takich ludzkich autentycznym człowieczeństwem, tak bardzo zainteresowanych światem i jego problemami, a jednocześnie tak głęboko wierzących Papieży. Doprawdy to jest ten właśnie fundament ta mocna skała, na której zbudowany jest Kościół, którego bramy piekielne nigdy nie przemogą.

Ks. Józef Michalik

2017-12-16T16:11:05+00:00 16 grudnia 1978|Artykuł|