Półtawska: Nie pozwalam zabić mojego dziecka…

Andrzej

Spotkali się gdzieś w pierwszej połowie 1946 roku. Na klatce schodowej przed mieszkaniem ks. Józefa Rozwadowskiego, który zapomniał o tym, że umówił się ze studentami. Młodzi ludzie siedzieli więc na kanapie pod jego drzwiami i rozmawiali.

„Wśród nich była ona i tak się poznaliśmy” – wspominał Andrzej Półtawski, warszawiak, absolwent stołecznego liceum im. Tadeusza Czackiego. W czasie wojny żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych, uczestnik powstania warszawskiego, został po jego kapitulacji wywieziony do stalagu w okolicach Magdeburga. Jeszcze przed wybuchem powstania w stolicy uczył się w Wyższej Szkole Budowy Maszyn (tzw. Szkoła Wawelberga), więc gdy po wojnie jego rodzice osiedlili się na krótko w Lublinie, zapisał się na Politechnikę Warszawską, która w tym mieście miała tymczasową siedzibę. Po kilku miesiącach rzucił jednak studia techniczne i przeniósł się do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński, na… filozofię.

Na klatce schodowej przed mieszkaniem ks. Rozwadowskiego na młodego studenta uwagę zwróciła Duśka: „Nie tylko urodą był bardzo przystojny, ale przede wszystkim zachowaniem. Był niezwykle taktowny, żadnych brutalnych słów, wrzasków, sprawiał wrażenie… no, powiem, człowieka delikatnego, wrażliwego, co na tle tej brutalnej przeszłości i moich doświadczeń z mężczyznami było jakby objawieniem. A poza tym był mądry” – mówiła.

Kilka tygodni później koleżanka z akademika tuż przed ważnym egzaminem umówiła ją na korepetycje z fizyki z przyjacielem doskonale znającym ten przedmiot. „To był Andrzej Półtawski. Więc udzielał mi domowych lekcji fizyki, za które zapłaciłam całym życiem” – opowiadała Krzysztofowi Ziemcowi.

W końcu grudnia 1947 roku ks. Fedorowicz miał wyjechać z Żułowa do podwarszawskich Lasek, by prowadzić rekolekcje dla sióstr franciszkanek. Intensywnie szukał zastępstwa. Pojawił się jednak niewielki problem. W połowie miesiąca donosił o nim w liście do matki Elżbiety Róży Czackiej: „Przewielebna i Droga Matko! (…) Będę szukał zastępcy w Lublinie na czas do 6-go stycznia. Gdyby się nie udało, to może ks. Stach mógłby wtedy, tj. od 28-go bm., tutaj być. W związku z tą datą mam taką sprawę. Prosiła mnie p. Wanda Wojtasikówna – od s. Joanny Matka się dowie, kto to jest i co mnie z nią wiąże – bym jej dał ślub 28-go w Lublinie. Napisałem do niej, że wolę 27-go rano (wieczorem dojechałbym do Lasek), ale gdyby jej koniecznie zależało na tym 28-ym, to czy Matka pozwoli, że się spóźnię o jeden dzień i przyjadę 28-go wieczorem?”.

Nie wiadomo, co odpowiedziała adresatka listu. Wiele wskazuje na to, że nie przystała na propozycję duchownego. Ślub nie odbył się bowiem ani w niedzielę 28 grudnia, ani w sobotę 27. Wanda Wojtasik i Andrzej Półtawski pobrali się dopiero w środę 31 grudnia. Ślubu w kościele Świętego Ducha w Lublinie – w tym samym, w którym Wanda jako dziecko sypała kwiaty w Boże Ciało – udzielał oczywiście ks. Tadeusz Fedorowicz. Przyjęcia nie było. Fotograf również był nieobecny. W Beskidzkich rekolekcjach Półtawska wytłumaczy, że nie chcieli, by było „szablonowo”. „Zresztą nie miałam białej sukni ślubnej, miałam biały ciepły płaszcz uszyty z koca, a pod spodem sukienkę ze złotej koronki” – zapisze. Poślubna fotografia powstanie dopiero dzień później, 1 stycznia 1948 roku, w kuchni, w mieszkaniu w Krakowie. Mieszkaniu nie własnym, lecz koleżanki Wandy ze studiów. Dokładnie rzecz biorąc, jednym pokoju, który Półtawscy wynajmowali od niej przez ponad dekadę.

 

 

Pierwsze dziecko

Rok 1950.

„To było dawno, lato, gorący lipcowy dzień. Młoda studentka medycyny miała rodzić pierwsze dziecko. Dziewczyna zdrowa, spokojna, pełna świeżo zdobytej wiedzy, jak współpracować z akcją porodową, jak i kiedy pogłębić oddech. Przyszła na porodówkę z… książką do czytania.

Stara położna uśmiechnęła się i powiedziała:

– No, zobaczymy, jak długo pani poczyta!

Ale dziewczyna zaparła się i mimo bólów, które się zaczęły, istotnie czytała książkę!

Stara, doświadczona położna zeszła z dyżuru. Została młoda, świeżo po szkole położnych. Zapadł gorący, duszny wieczór. Młoda medyczka, teraz już blada, przestała czytać; twarz spocona, usta zaciśnięte z wyrazem bólu, ale nie krzyczy”.

Niedoświadczona położna około północy zauważyła, że z pacjentką jest źle. Zawołała lekarza. Było jednak za późno. Główka dziecka utkwiła w drogach rodnych. Nie można już było wykonać cesarskiego cięcia. By ratować dziewczynę, lekarz zaproponował tzw. wymóżdżenie – przebicie główki, a w konsekwencji śmierć dziecka.

„– Nie! Nie! – kobieta krzyknęła. – Nie! Nie zabijajcie mojego dziecka, ja nie pozwalam!

Więc leżała dalej cicho do rana, wpatrywała się w jeden i ten sam punkt na przeciwległej ścianie, gdzie wisiał spory, czarny krucyfiks. Gdy ktokolwiek wchodził, powtarzała zeschłymi wargami:

– Nie pozwalam zabić mojego dziecka…

Rano przyszedł ordynator, łagodnie tłumaczył kobiecie, że po prostu nie ma innego wyjścia, że nic innego nie można zrobić, ale ona powtarzała uparcie:

– Nie pozwalam…

Wezwano męża. Był gotów wyrazić zgodę, ale ordynator, starszy siwy lekarz i doświadczony położnik, powiedział:

– Nie wolno tak. Pacjentka nie jest ubezwłasnowolniona, ma prawo decydować o sobie”.

Dziewczyna przeleżała tak do rana. Dziecko żyło. Minęły dzień i noc. Nie było żadnej poprawy.

„Następnego ranka sytuacja była taka sama. Wilgotne czoło, skurczona w bólu kobieta prawie straciła przytomność, ale powtarza:

– Nie, nie, nie zabijajcie!

Ordynariusz jednak podjął decyzję, nachylił się nad położnicą i powiedział:

– Może pani pozwoli, że ja zaryzykuję i spróbuję jeszcze raz założyć wysokie kleszcze.

Ale kobieta już nie odpowiedziała. Nowy atak bólu spowodował omdlenie. Lekarz nie próbował cucić zemdlonej, tylko podjął ten zabieg. (…)

– Jest dziecko, chłopczyk…

W tej chwili kobieta otworzyła oczy. Lekarz podniósł w górę chłopczyka, który zapiszczał (…). Chłopczyka wieczorem jeszcze przyniesiono do matki. Nie, nie miała pokarmu po tym ciężkim porodzie. Poleżał chwilę przy niej i patrzył niebieskimi oczami. (…) dziecko miało jaśniutkie, delikatne włoski. (…) Rano zadzwoniono do ojca, że dziecko nie żyje”.

Przyczyną śmierci był krwotok do jamy czaszkowej. Kobiecie nikt nie miał odwagi o tym powiedzieć. Zawołano księdza. Pacjentka przyjęła informację ze spokojem. Pytała jednak o to, czy dziecko zostało ochrzczone. Zostało. Z wody. Ochrzciła je uczennica szkoły pielęgniarskiej, która miała praktyki na oddziale noworodków. Kobieta chciała z nią porozmawiać.

„Uczennica wchodzi, ksiądz i ojciec dziecka za nią. Kobieta ma twarz zalaną łzami.

– Nie wiem, jak siostrze dziękować. Nigdy tego nie zapomnę.

Uczennica mówi:

– Dałam mu pierwsze imię, jakie mi przyszło do głowy. Nie mogłam pani zapytać i nazwałam go Józef”.

Pacjentka obwiniała się o śmierć dziecka. Była przekonana o tym, że nie przeżyło tylko dlatego, że chciała być dzielna przy porodzie. Ordynariusz zaprzeczył: „Nie, tego nie można nazwać winą, to taki splot okoliczności. No, taki los. Jest pani młodziutka, macie państwo przed sobą całe życie. Jeszcze będą dzieci”.

O stracie dziecka Półtawska napisze tylko raz, w trzeciej osobie, nigdy nie będzie mówiła o tej tragedii publicznie. Wspomni ją jedynie w czterech słowach po prawie 60 latach w rozmowie z ks. Adamem Bonieckim.

Józef Półtawski jest pochowany na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie. Pod wielkim, rozłożystym drzewem. Kwatera SC 12, rząd 14, grób nr 4. Leży w mogile razem z dziadkami: Adamem i Stefanią Półtawskimi oraz babcią Anną Wojtasik. Na płaskiej płycie nagrobnej wyryto rok jego narodzin i śmierci: 1950.

 

 

Fragment książki Tomasza Krzyżaka „Wanda Półtawska. Biografia z charakterem” (Wydawnictwo WAM, 2017)

2017-12-27T12:09:03+00:00 27 grudnia 2017|Miscelanea|