Powołanie odczytywane na nowo w modlitwie

Człowiek potrzebuje wzorów, aby umiał odczytać prawdę o sobie. Tak często nie potrafimy przyjąć owoców zbawienia, nie dlatego, że są one niewystarczające, nie dlatego nawet, że nie mamy wiary. Nie potrafimy przyjąć owoców zbawienia dlatego, że Panu Bogu otwieramy nie siebie, tylko innego człowieka, że często nie umiemy odczytać prawdy o sobie i dajemy Bogu wiązkę uczuć nie naszych, wiązkę nadziei nie naszych, dajemy nie nasze obietnice. Wielka to tragedia, jeśli człowiek nie potrafi siebie nastawić, siebie otworzyć na łaskę. Prześwietla promieniami Bożej łaski jakieś wyobrażenia czy wyimaginowane nadzieje.

Jest to więc wielki program dla nas: umieć odczytać siebie. W świetle Maryi, patrząc na Nią, uczyć się odczytywać siebie i potem siebie otwierać na Boga i siebie naświetlać Bożą łaską, która jest dla nas jedynie skuteczna.

Tu leży źródło tragedii niejednego powołania. Dlaczego się ono nie rozwija? Bo potrzebna jest codzienna medytacja, codzienna modlitwa codzienne wpatrywanie się w Boga, żeby odczytać w sobie obraz Boży. Trzeba codziennego klękania przed Bogiem, żeby zobaczyć, jak wielki On jest, odbijając siebie samego we mnie.

Miałem niedawno trudną rozmowę z pewnym człowiekiem szczególnego powołania. Ten biedak nie potrafi znaleźć miejsca dla siebie. Ma pretensje do wszystkich, że go nie doceniają, że go nie widzą. Ciągle problem „ja”. Próbowałem mu więc wytłumaczyć: „Bracie, przestań klęczeć przed samym sobą, uklęknij przed Bogiem w tobie”. To jest wielka różnica. Trzeba, żeby człowiek nie drżał o siebie, ale żeby zadrżeć o Boga w sobie, o jedność swoją z Bogiem, żeby człowiek przestał się bać tych niebezpieczeństw, które grożą jemu, żeby się zaczął lękać tego, co grozi Jezusowi, Jego planom, Jego zamiarom. Tak jak Maryja, która nie drżała o siebie, lecz o Jezusa. Dzięki temu była taka wielka, taka autentyczna, i dzięki temu ciągle jest zjednoczona z Bogiem i z nami, z każdym człowiekiem.

Składamy trzy śluby: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, aby dzięki nim oddać się całkowicie na własność Bogu. Musimy więc często stawiać sobie pytanie: czy w życiu moim zanurzam się coraz więcej w Boga? Czy drżę o te granice grzechu: dotąd jeszcze wolno, a dalej już nie? To jest zasadnicza, podstawowa różnica: zanurzyć się w Boga, nie lękając się o własne sprawy, nie targować się, nie chodzić po krawędziach. Ten, kto chodzi po krawędziach, nie rozwinie skrzydeł do lotu, nie nabierze rozpędu, bo krawędź nie pozwala na rozpęd. Trzeba więc rzucić się w głąb największą, jaką jest głębia Boga. Ciągle na nowo próbować odcinać się od świata. Mądrze powiedział św. Jan od Krzyża: – „nie ma różnicy, czy ptak będzie przywiązany jedwabną nitką, czy potężnym, grubym sznurem, czy łańcuchem. Nie ma różnicy – nie wzleci”. Trzeba umieć odciąć się od świata, od rozmaitych przywiązań, wydzierać z siebie wszystko, co nie jest z Boga. Człowiek, który tego dozna, który otworzył raz jeden płuca, którego Pan Bóg dotknął smakiem nieskończoności – nie może być potem szczęśliwy, pełzając po ziemi. On musi tę ziemię czynić odskocznią do większych, wspanialszych spraw.

Jak ciągle na nowo trzeba uczyć się myślenia chrześcijańskiego, Chrystusowego. Za żadną cenę nie dać sobie wmówić, że świat ma rację. Nie, to Chrystus ma rację. Wczytujemy się w Ewangelię, w Boże myśli – dlatego, że mamy do Boga zaufanie. Wiemy, że to On stworzył człowieka i On lepiej wie, co człowiekowi potrzebne.

Z kazania wygłoszonego podczas Pielgrzymki Sióstr Zakonnych do Rokitna 30 IV 1988 r.
2017-11-27T15:13:01+00:00 30 kwietnia 1988|Varia|