„Powrót do korzeni jest warunkiem postępu”

Łomża, 19 czerwca 2009 r. Homilia wygłoszona podczas Mszy św. w Katedrze Łomżyńskiej w 1000 rocznicę męczeńskiej śmierci św. Brunona Bonifacego z Kwerfurtu

Umiłowani, Bracia i Siostry!

Wysłuchaliśmy przed chwilą bardzo wzruszającej przypowieści Pana Jezusa o Dobrym Pasterzu, którego obraz jest już obecny w Starym Testamencie i bardzo intensywnie przemawia do każdego z nas. Bóg jest pasterzem ludzi, a więc odpowiedzialnie prowadzi nas w pewnym kierunku. Chrystus jest Dobrym Pasterzem.

Może warto zatrzymać się nad tą cechą: Bóg jako pasterz. W dniu kiedy świętujemy 1000-letnią rocznicę śmierci Patrona naszej Diecezji, Świętego Brunona, a jednocześnie obchodzimy uroczystość Serca Jezusowego, ujawniającą kolejną cechę Chrystusowego Człowieczeństwa – serce, możemy zauważyć, że bez tego wymiaru serca, dobroci, życzliwości, nie byłoby pełni człowieczeństwa. Warto też dopowiedzieć, że przecież dzisiaj rozpoczyna się duszpasterski Rok Kapłaństwa, który papież Benedykt XVI chce poświęcić szczególnej trosce o nie byle jakie kapłaństwo, ale takie jakim było kapłaństwo Chrystusowe, jakim było pasterskie kapłaństwo Świętego Brunona – a więc warto spytać o cechy Dobrego Pasterza.

Pierwszą z nich jest troska o pokarm. Dobry Pasterz szuka miejsc żyznych, na które mógłby wyprowadzić swoją trzodę, która Go zna i słucha. Dobry Pasterz troszczy się o bezpieczeństwo swoich owiec, ale jednocześnie ma serce wrażliwe – kocha je, utożsamia się z każdą z nich, i gdy jedna zginie zostawi dziewięćdziesiąt dziewięc, a pójdzie szukać tej zagubionej, aby wziąć ją na ramiona i przyprowadzić na właściwe miejsce, aby poczuła się znów bezpiecznie we wspólnocie stu owiec. Chrystus Dobry Pasterz nawet życie swoje oddaje za owce, umiera za nas na krzyżu, bo tylko w ten sposób jest w stanie przekonać nas, powiedzieć: wszystko wam dałem, co dać mogłem.

Jan Paweł II referując cechy miłości pasterskiej kapłanów, którzy szczerze próbują zjednoczyć się w kapłaństwie Chrystusowym, mówił że miłość pasterska powinna być taka, jak Boża, a ta jest miłością szukającą. Bóg szuka człowieka w różny sposób, szuka poprzez ludzi, szuka poprzez wydarzenia i znaki, żeby przyprowadzić do rozeznania prawdy, do rozpoznania wielkiej godności, którą każdy z nas w sobie nosi, a o której trzeba żeby nam ktoś powiedział. Przecież dlatego On stał się Człowiekiem, żeby ludziom na ludzki sposób powiedzieć, wytłumaczyć, przybliżyć wielkość Boga – niewidzialnego, nieskończonego, ale jednak Ojca.

Święty Brunon – Bonifacy wzorem pasterza

Tym wysiłkiem stawania się Dobrym Pasterzem odznaczały się rzesze ludzi powołanych. Jednym z nich jest Święty Brunon z Kwerfurtu. Urodził się jak wiemy w 974 r., w Kwerfurcie we wschodnich Niemczech. Skończył szkołę katedralną w Magdeburgu i tam zapoznał wielu bardzo wybitnych ludzi, którzy także zostali świętymi. Tam się zaprzyjaźnił z późniejszymi cesarzami Ottonem III i Henrykiem II, który potem okazał się świętym Cesarzem Niemiec. Tam poznał ideały kapłańskie, a szukał ich u kamedułów i u benedyktynów, i wśród różnych ludzi. Niebawem wyświęcony na kapłana, kanonikiem katedralnym został mając zaledwie dwadzieścia parę lat. Potem w drodze do Rzymu towarzyszył cesarzowi i tam spotkał znów kolejną serię świętych Nila i Romualda, a także Jana i Benedykta – późniejszych męczenników międzyrzeckich. Budował się tymi świętymi ludźmi, widząc że dla nich oddać życie za owce to jest właśnie spełnienie ideału. Przecież to w tym samym czasie Święty Wojciech został zamęczony jako biskup gnieźnieński – właściwie był nim bardzo krótko, ale spełnił funkcję gorliwości apostolskiej, ewangelizacyjnej. Obraz Dobrego Pasterza, który oddaje swoje życie – przemówił do Brunona Bonifacego, który wstępując do benedyktynów obrał właśnie to drugie imię za przykładem Pierwszego Apostoła Niemiec.

Bruno Bonifacy niestrudzenie ewangelizował, był w różnych krajach: na Prusach, i na Jaćwieży. W naszych stronach zatrzymywał się także, musiał przechodzić tędy wielokrotnie, bo szedł przecież na południe. W Kijowie i na Węgrzech odnotowano jego obecność, był też w różnych miejscach nad Morzem Czarnym. Nawracał, przybliżał ludzi do Boga.

W pewnym momencie, kiedy poznał na misjach różnych ludzi, zauważył że rośnie napięcie między cesarzem Henrykiem a polskim królem Bolesławem Chrobrym. Co robi ten święty biskup? Pisze list do cesarza. Upomina cesarza w cztery oczy. Pisze tak: Strzeż się królu, gdybyś chciał iść siłą a nie duchem miłości do ludzi. Tyś napadł na królestwo polskie i z poganami wdarłeś się w jego granice. Czy godzi się prześladować lud chrześcijański, a żyć w przyjaźni z poganami? Czy nie uważasz tego za grzech? Wiem, że zarzucicie mi, że kocham króla polskiego – on, biskup niemiecki to pisze – więcej niż Niemcy, niż ciebie, cesarzu. Nie, w miłości nie ma różnic, ale kocham go za to, że jest uczciwy, że sprzyja dobru, że popiera dobro.

Myślę, że to jest na dzisiejsze czasy wielkie przesłanie. Widząc grzech nie wolno milczeć. Nawet jeśli to jest Twój przyjaciel czy przełożony, jeśli pochodzi z Twego narodu, z twojej wioski czy ugrupowania – trzeba mu zwrócić uwagę. Trzeba mu zwrócić uwagę najpierw w cztery oczy.

Ten fragment Ewangelii Świętego Łukasza, który przeczytany był przed chwilą, jest poprzedzony parę wierszy wyżej wskazaniem Pana Jezusa: Jeśli brat twój zgrzeszy przeciwko tobie, idź upomnij go w cztery oczy. Potem – jeśli nie posłucha – weź świadka, dalej mu zwracaj uwagę, wyrywaj go na czyste pola, gdzie mógłby być karmiony żywym pokarmem prawdy, a jeśli nie – nie stój spokojnie, powiedz Kościołowi. To jest wskazanie także na dzisiaj, żebyśmy nie milczeli na zło, ale próbowali zwracać uwagę dyskretnie, najpierw w cztery oczy. Nie w gazecie, nie w telewizji, ale najpierw trzeba o dobro dobijać się u bram serca tego drugiego człowieka, który zaplątuje się w zło. Myślę, że ta jedna cecha by wystarczyła, żeby Brunona okrzyknąć patronem naszych czasów, które wołają o ludzi autentycznych, wołają o ludzi odważnych, wołają o to, żebyśmy nie milczeli na zło.

Jesteśmy tu, żeby podziękować Panu Bogu i temu Świętemu Patronowi, który przez wiele lat oręduje za nami u Boga, a który był i bywa zapominany przez wiele pokoleń. Warto, patrząc na przykład Świętego Pasterza, popatrzeć też na siebie – bo to jest sens naszej tu obecności – i postawić sobie pytanie o współczesność. Jesteśmy przecież odpowiedzialni za odczytanie wyzwań naszych czasów, za to wszystko co się na naszych oczach dzieje. Jesteśmy odpowiedzialni za przekaz wiary, o którym ksiądz Biskup Gospodarz wspomniał w swoim słowie wprowadzającym.

Wychowawcza rola autorytetu

Warto przypomnieć, że ogromnie ważną rzeczą w wychowaniu są wzorce wychowawcze. Myśmy wynieśli wiele z naszych rodzin, wszystko to czym się dzielimy otrzymaliśmy jako sprawdzone przez pokolenia, mieliśmy jakieś pozytywne wzorce. Trzeba, żeby te wzorce były jasne, żeby były rzeczywistym punktem odniesienia. Kto jest dla mnie, kto jest dla ciebie wzorcem wychowawczym? Kto jest dla moich dzieci, dla moich sąsiadów, kto jest dla nas dzisiaj autentycznym wzorcem, bohaterem zachowań? Jakie cechy, jakie kryteria decydują dziś o zaufaniu, o autorytecie konkretnego człowieka? Popularność? Wzięcie w telewizji, w radio, czy może dobroć, szlachetność, poświęcenie, prawość, uczciwość? Kto jest dziś autorytetem – polityk, artysta, ksiądz? Dzisiaj depcze się autorytety. Ale autorytety w wychowaniu są bardzo potrzebne. Trzeba szanować autorytet ojca i matki, trzeba szanować autorytet nauczyciela, kapłana. Myślę, że to jest bardzo ważne przesłanie. Patrzmy: Bóg daje nam ciekawe czasy, w których żyjemy i stawia na naszej drodze niezwykłych ludzi. Jan Paweł II – przecież to człowiek wybitnie pozytywny, który nie oszczędzał siebie, a bądźmy szczerzy: ilu było jego krytyków? Dzisiaj skoro powszechna opinia głośno go zaakceptowała – nikt się nie odważy tego papieża kwestionować. Benedykt XVI – jego najbliższy współpracownik w Kongregacji Doktryny Wiary, a dzisiaj papież, całe życie oddaje Kościołowi. Najpierw służył Kościołowi przy boku Jana Pawła II, a dzisiaj podkreśla nieustannie wielkość swego Poprzednika i jego linię realizuje, broni etyki, moralności, nie schlebia słabościom ludzkim,  nie ulega naciskom liberałów, co powoduje wylew niechęci. Ciekawa rzecz, można to i trzeba powiedzieć, że dzienniki włoskie, nieprzyjazne Kościołowi, przeprowadziły natychmiast ankietę: czy popularność, czy autorytet tego papieża spada po takich atakach prasowych? Sprawdzono, okazało się, że o kilkanaście procent wzrósł jego autorytet. Odwaga tego papieża, który przestrzega przed tym, że Kościół nie może stać na marginesie polityki w trosce o sprawiedliwość, budzi szacunek, bo nigdy Kościół nie może stawać na marginesie w trosce o prawdę. Musi prawdzie służyć. Służenie prawdzie – mówi papież – związane jest z ofiarą. Prorok zazwyczaj głosi prawdy niepopularne i potem cierpi. Jeremiasz – ile razy wygłosił przemówienie do władców – szedł do więzienia, ale to Jeremiasz wszedł do historii, bo budował, bronił prawdziwą wiarę narodu wybranego.

Ojciec Święty przestrzega, że kultura Zachodu staje się dzisiaj ofiarą dziwnej nienawiści samej siebie przez to, że odcina się od korzeni, z których wyrosła. Niedawno w „Niedzieli” ukazał się wywiad z włoskim senatorem – agnostykiem, Marcello Pera, który napisał książkę „Dlaczego musimy uważać się za chrześcijan?” I tam ten niewierzący senator mówi, że Europa albo na nowo odkryje swoje korzenie chrześcijańskie, albo zaniknie. Tak, jeśli się pozbawi tych korzeni, z których czerpie siły, z których wyrosła, jeśli przekreśli tradycje, jeśli odwróci się od Boga, od religii, od zdrowego sumienia – fundament egzystencji rozpłynie się. Europa pójdzie w inne ręce. Nie chodzi o to, żebyśmy ratowali Europę jako potęgę cywilizacyjną, ale musimy każdego człowieka ratować, nasycać go Bożą łaską i prawdą. Musimy zabiegać wszyscy o zbawienie, o rozwój duchowy, o rozwój intelektualny, o rozwój kultury międzyludzkiej, bo to jest warunek postępu.

Są, nie udawajmy, że ich nie widzimy, w dzisiejszym świecie zagrożenia – były i są. Tych różnorodnych sił jest wiele. One się rodzą w młodych sercach, ale one są często sugerowane i sterowane.

We Wrocławiu wydano niedawno książkę Patricka J. Buchanana, przetłumaczoną z angielskiego „Śmierć Zachodu”. Autor przytacza tam szereg ciekawych przykładów, dotyczących sytuacji współczesnej. Między innymi przykład marksisty włoskiego Antonio Gramsciego, który pojechał do Moskwy za komunistycznych czasów, wiele tam przeżył, doświadczył i potem spisał listę rad – co robić, żeby ideologia nowoczesnego komunizmu-marksizmu mogła objąć cały świat. Trzeba zdeptać Zachód, trzeba kapitalizm pokonać. A jak według marksisty najlepiej pokonać kapitalizm? Otóż radzi tak: Trzeba zacząć od chrześcijaństwa, bo chrześcijaństwo jest tarczą tradycji. Aby zdobyć Zachód, marksiści muszą najpierw ten Zachód zdechrystianizować, trzeba rozpocząć od rodziny, następnie przechwycić kulturę, a potem wszystko stanie się łatwe.

Pogłębiać człowieczeństwo i umacniać wiarę

Tak. Człowiek jest drogą Kościoła – powtarzali wielcy teologowie, powtarzał Jan Paweł II. Człowieka, naturę, dobroć, sumienie człowieka trzeba ratować. Wtedy chrześcijaństwo ma fundament, wtedy rozwój człowieczeństwa i kultury jest na właściwych torach.

Co robić? Myślę, że warto posłuchać ludzi, którzy odznaczają się mądrością, i wiedzą, i Bożym duchem. Według obecnego papieża, a przedtem według kardynała Ratzingera, według takich wielkich teologów, jak Urs von Balthazar, jak Karol Rahner, trzeba się troszczyć o esencjalizację wiary. Esencję, istotę wiary trzeba uchwycić, to wszystko co w wierze najważniejsze trzeba uznać i zachować i nie wolno od tego odejść pod żadnym warunkiem. Powtarzają ci mądrzy ludzie, że chrześcijaństwo jutra będzie chrześcijaństwem mistyków, albo nie będzie nim wcale. Tak, trzeba sobie w sprawach wiary stawiać większe wymagania, szukać kontaktu osobistego z Bogiem, poprzez naszego Nauczyciela i Zbawiciela Jezusa. On po to umarł i zmartwychwstał, żebyśmy mieli punkt odniesienia, żebyśmy z Nim czuli się mocni. Dzięki Niemu nigdy nie będziemy sami. On pomoże w najtrudniejszych sytuacjach. Odniesienie do Boga żywego to pierwszy warunek zwycięstwa.

Następnie trzeba pamiętać o tym, że wiara bez świadectwa martwieje. Wiara bez ewangelizacji, bez dzielenia się nią, zamiera. Wiarę trzeba głosić. Chrystusem, przeżyciem religijnym, Bogiem  –  trzeba dzielić się tak, jak dzieli się matka z tym kogo kocha, ucząc pacierza dziecko, które przyszło na świat. Trzeba się dzielić wiarą jak ten, kto uwierzył na nowo, jak św. Brunon który szedł do ludzi, żeby powiedzieć im o Chrystusie, żeby dać nową nadzieję życia i zbawienia. Dzisiaj też tej nowej nadziei potrzeba.

Kościół nie może się wycofać z życia społecznego. Kościół musi ciągle szukać okazji do świadectwa, Kościół ciągle musi analizować i oceniać sytuację, w której żyjemy, bo to stwarza okazję do głoszenia prawdy.

Mam przed sobą fragment listu biskupów polskich z 1973 r. Co nam mogą powiedzieć biskupi sprzed 30 lat? Posłuchajmy.  Biskupi pisali wtedy: Zeświecczony tryb życia, laicka rodzina, wychowanie i szkoła, świecka sztuka i kultura, prasa, książka, film i telewizja – wszystko jest już laickie. Prowadzi to do wizji narodu bez ducha, bez idei, bez mocy, bez hamulców moralnych, to znaczy – bez przyszłości. Czy nie można by tego powtórzyć dzisiaj? Trzeba powiedzieć: to już nie siłą narzucony, ale dzisiaj niejednokrotnie z wyboru laicyzm praktyczny wdziera się do naszych serc.

Ostatnio wydawanych jest dużo ciekawych książek, także autorów żydowskiego pochodzenia. Abraham Heschel to był ciekawy rabin. Urodził się w Polsce, potem był profesorem w Berlinie, umarł w Ameryce. W rozważaniach na temat aktualnej sytuacji pisze: Upadek religii nie wynika stąd, że została odrzucona, ale stąd że dla samych wierzących stała się nieistotna, zwietrzała, przygniatająca, mdła. Gdy wiara staje się raczej dziedzictwem niż żywym źródłem, gdy religia przemawia bardziej w imię autorytetów niż głosem współczucia, jej przesłanie traci znaczenie („Człowiek nie jest sam”).

Religia musi być osobistym spotkaniem z Bogiem, które ma miejsce we mnie. Wiara, Bóg, kontakt z Nim, z innym człowiekiem najpierw musi się dokonywać we mnie. Ja muszę się zachwycić Bogiem, aby się Nim dzielić, ja mam się domagać od samego siebie, a potem od innych, żeby Chrystus był kochany, żeby był przepraszany za grzechy.

Dzisiaj przeżywamy uroczystość Serca Jezusowego, przeżywamy ją zazwyczaj jako okazję do wynagrodzenia za grzechy. Wpatrujemy się w miłość Serca Jezusowego, aby uczyć się kochać w sposób godny, ofiarny i czysty, aby zapragnąć świętości życia wszystkich bliskich mi ludzi. To ja muszę się troszczyć o to, żeby ksiądz, który mi przewodzi na drodze wiary był święty, ale ksiądz musi się domagać, żeby święci byli jego ludzie i żeby szli za głosem Chrystusa aż do końca. Głoszenie prawdy Bożej to pierwszy warunek i zadanie, ale musi to być prawda głoszona w miłości.

Czas nas przynagla, ale chciałbym ujawnić moje wielkie pragnienie: żebyśmy przyjęli i żyli przesłaniem Chrystusa. Żebyśmy w nim odnajdywali Dobrego Pasterza, który nas słabych i grzesznych bierze na swoje ramiona, aby zaprowadzić do Ojca, aby nam zapewnić wieczność, zbawienie.

Tradycja nauczycielką mądrości życiowej

Zanim zakończę, chciałbym nawiązać do ostatniej książki Jana Pawła II „Pamięć i tożsamość” – gdzie papież pisze o tym, że trzeba podtrzymywać tradycje, że patriotyzm mieści się w ramach czwartego przykazania Bożego. Nie trzeba się bać przywiązania do tradycji. Pogłębiany i szeroki związek z Bogiem dokonuje się przez znajomość Objawienia, ale także przez zachowanie wielkiej Tradycji Kościoła oraz tych naszych małych, ludzkich tradycji. Pamiętajmy, że w Kościele jest również miejsce dla ludzi słabej wiary, nie tylko dla gigantów świętości. Każdy może być gigantem na swoim miejscu i może nim jest, mimo że nie jest zauważony. Tylko Bóg zna prawdę o sercu człowieka – to jest ta wielka nadzieja naszej obecności tutaj.

Wchodząc do tej piękniejącej łomżyńskiej Katedry, chcę bardzo serdecznie podziękować i księdzu biskupowi Stanisławowi i Księdzu Proboszczowi a także wam bracia kapłani oraz wszystkim diecezjanom, że kochacie ten kościół – ze wzruszeniem zawsze tu wchodzę i biorę lekcje historii. Na zwieńczeniu naszej katedry jest data: 1525 rok – to przecież lata tuż po Reformacji. To wtedy następowała ta wielka religijno-społeczna burza w Europie. W Gdańsku bunt, gdzie indziej krwawa  zasada „Czyja władza tego religia” i bolesne wojny religijne, Luter, reformacja, zmagania wielkiego Kardynała Hozjusza, świętego Piotra Kanizjusza, publiczne wołania o reformę Andrzeja Frycza Modrzewskiego, to wielka także eksplozja ofiarnych ludzi, intelektualnych wysiłków licznych świętych – co dalej z tym Kościołem?

A w Łomży budowano kościół. Budowano tę najpiękniejszą katedrę. Wszystko tamto przeminęło. Katedra łomżyńska trwa. I pięknieje. Tu się uczyłem wszystkiego. Tu przychodziłem uczyć się miłości do Boga, do Kościoła, do Ojczyzny, tak jak wielu z nas, jak wszyscy tu od zawsze przychodzimy. Bo tu w tych naszych stronach miłość do Boga, do Kościoła, do Ojczyzny była razem, była jak jedno wielkie ramię. Bez Boga nie było pracy, nie było poświęceń dla Ojczyzny, nie było wysiłków, nie było ludzi, którzy mieli imię, nazwisko. To musiało być razem.

Ojcowie wiary tego terenu, nasi ojcowie wiary, nasi praojcowie – to ludzie,  których warto przy tym Jubileuszu wspomnieć. Może przynajmniej  niektórych. Biskup Stanisław Łukomski, długoletni sekretarz Episkopatu. Kiedy przyszła ciemna noc wojny, nie opuścił diecezji, był ze swoim ludem, a kiedy burzono Łomżę oświadczył Niemcom, którzy przyszli wysadzać naszą katedrę, że nie wyjdzie ze świątyni, że się każe w niej pogrzebać. „Podkładajcie dynamit, ja tu zostanę”. Podszedł wtedy do niego jeden z niemieckich oficerów i powiedział – „proszę księdza, ja też jestem katolikiem, mam dzieci, do których chciałbym wrócić… rozkaz muszę wykonać, ale ostatni obiekt, który wysadzę w Łomży to będzie katedra”. Wysadzali po kolei różne budynki i niespodziewanie w tym czasie Rosjanie przyszli do Piątnicy. Niemcy musieli się wycofać, nie zdążyli dokonać zniszczenia kościoła. Boża Opatrzność czuwała, ale to był wielki biskup, cieszący się wielkim szacunkiem księży. Po nim był biskup Czesław Falkowski – to pasterz naszego pokolenia kapłanów. Tu, w tej katedrze urodził i nas do kapłaństwa. Tu przeżywaliśmy i lęki, i nadzieje, tu uczyliśmy się wiary i szacunku do Najświętszego Sakramentu. To przecież wielki, ostatni polski rektor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, który w Łomży okazał się człowiekiem niezwykłych kazań i niezwykłej pokory. Po nim przyszedł nasz Ojciec Duchowny – wybitny organizator, wybitny kapłan i człowiek prawego serca, kapelan lotników Dywizjonu 302 w Anglii w czasie II wojny światowej, biskup Mikołaj Sasinowski. Leżą tu, w tej Katedrze, jakby u fundamentów naszej wiary. Chciałbym wymienić wielu; księdza rektora Józefa Perkowskiego, który mógłby być kandydatem na ołtarze – to przecież świątobliwy mistyk, miłosierdziem promieniujący rektor naszych czasów. Wielu było tu niezwykłych kapłanów, którzy przeszli przez ten Boży Dom, przez naszą diecezję, że wspomnę jeszcze wybitnego kapłana muzyka i prawnika, konstruktora organów, księdza Bolesława Waldmana. Myślę, że mamy wzorce, do których możemy się odwołać. Mamy przykłady ofiarności kapłańskiej, mamy przykład Świętego Brunona z Kwerfurtu – świadka i Męczennika, który zostawił ślad na naszej ziemi, a i dalej nas prowadzi do Tego, który jest i pozostanie naszym wzorem ponad wszystko –  nasz Zbawiciel, który dzieli się z nami swoim sercem. Pamiętajmy, ta miłość nigdy nie zawodzi.

Amen.

2017-06-18T20:32:46+00:00 19 czerwca 2009|Homilia|