Przypowieść o dobrym Pasterzu

Przychodzimy raz jeszcze, w rocznicę śmierci Biskupa Wilhelma, pierwszego ordynariusza diecezji gorzowskiej, aby pochylić się nad wielkim Człowiekiem, Chrześcijaninem i Biskupem.

Był to człowiek nieprzeciętny. Urodził się w licznej, dziewięcioro rodzeństwa liczącej, rodzinie górniczej, w roku 1910 w Kochłowicach. Prymas Wyszyński w liście gratulacyjnym pisał: „w rodzinie silnej, twardej wiary śląskiej”. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk biskupa Gręboszcza w 1934 roku. Krótko był wikariuszem, a potem wyróżniającego się zdolnościami młodego księdza biskup posłał jako profesora do gimnazjum. Wojna w 1939 r. przerwała tę pracę. Wrócił do rodzinnych Kochłowic. Od 1942 r. pisuje systematycznie listy do swoich parafian na froncie, uczy ich, jak się zachować w trudnych warunkach, przypomina o żalu za grzechy, zwłaszcza wtedy, gdy nie będą mogli się wyspowiadać, przybliża im prawdę o Bożej sprawiedliwości, o sądzie i miłosierdziu Bożym. Ta korespondencja nie uszła uwadze władz. Zrobiono mu rewizję, zabrano maszynę do pisania, ale od więzienia uchronił go Bóg.

Wojnę przetrwał jako administrator szeregu parafii. Wreszcie został proboszczem parafii św. Józefa w Katowicach-Załężu i rektorem kursu neoprezbiterów. Na tym stanowisku pozostał do roku 1958, kiedy to niespodziewanie wezwał go do siebie Ks. Kardynał Stefan Wyszyński. W prymasowskiej poczekalni spotkał się wówczas z innym biskupem nominatem – ks. Karolem Wojtyłą. O tym, że jednego dnia zostali ogłoszeni biskupami, wspomina także Ojciec Święty.

Od roku 1958 Bp Pluta rozpoczął swoją posługę w największej w Europie diecezji – Administracji Gorzowskiej, która dopiero od roku 1971 została przemieniona w samodzielną diecezję gorzowską.

2 stycznia 1986 roku Bp Wilhelm Pluta zginął w wypadku samochodowym, w drodze do swoich kapłanów.

Oto kilka cyfr, kilka dat z życia człowieka, który wniósł do kapłaństwa, do gorzowskiej rodziny diecezjalnej wielkie dary ludzkie, jakby dziesięć talentów wyniesionych z rodzinnego domu i ze swego środowiska. Był człowiekiem w pełni dojrzałym. Dzięki temu mógł rozwijać swe dary nadprzyrodzone i odważnie iść w przyszłość. Był to człowiek o bardzo wysokiej kulturze osobistej, w stosunku do siebie samego bardzo wymagający. Odznaczał się niezwykłą pracowitością. Znał dobrze kilka języków. Jego pracowitość, posunięta niekiedy aż do heroizmu dała owoc między innymi w szeregu publikacjach. Nasze „Studia Paradyskie” wyliczają 210 artykułów i książek wydrukowanych za jego życia. A były to przecież czasy niełatwe, nie sprzyjające wydawaniu tekstów pisanych przez katolickiego biskupa.

Kochał diecezję całym sercem, miłością, której nauczył się w dzieciństwie. Był przecież bardzo wrażliwy i czuły wobec swojej najbliższej rodziny. Cieszył się, kiedy najbliżsi go odwiedzali. Była to jednak miłość biskupa odpowiedzialnego. Przy spotkaniach zawsze pojawiało się pytanie o ich życie duchowe, o modlitwę i komunię św. Prowadził ich do kaplicy, bo zawsze wokół Mszy św. koncentrował formację i myśli tych, których kochał. Ta postawa mądrej miłości brata, wujka czy krewnego przynosiła owoce. Jeden z jego siostrzeńców jest dziś księdzem. Biskup Wilhelm był też człowiekiem pełnym humoru. Tym zdrowym, niewinnym humorem zyskiwał ludzi.

Najpiękniejszym świadectwem, jakie wystawił mu człowiek na tej ziemi był list Ojca Świętego Jana Pawła II opublikowany w książce Bpa Wilhelma.

Papież dziękuje w nim za przemyślenia, za świadectwo wiary i przywiązania do Kościoła, za książkę, w której każde słowo jest owocem głębokiej myśli i modlitwy.

Wiara Bpa Wilhelma Pluty była wiarą osadzoną w życiu i ożywianą codzienną modlitwą. Klęcznik, który został po nim w jego prywatnej kaplicy, jest wzruszającym świadectwem modlitwy Biskupa. Wytłoczone miejsca kolan i dłoni przypominają, że przez całe lata godzinami przebywał przed Panem i Zbawicielem. Tam w kaplicy, w rezydencji Bp Wilhelm czuł się najpewniej, najodważniej. Tam też prowadził swoich gości, bo wiedział, że znajdą tam Dar największy i znak chrześcijańskiej gościnności. Tam też jest najpewniejsze skrzyżowanie przyjaźni ludzkich, najtrwalsze ich zakorzenienie, jest siła nadprzyrodzona i możliwości, którymi w pierwszym rzędzie człowiek wierzący winien się dzielić.

Biskup żył obecnością Boga i jakże często wracał do tej myśli, że trzeba stale pamiętać o obecności Pana, że nasze chrześcijańskie życie trzeba wiązać z Bogiem i starać się przepajać łaską Bożą wszystkie codzienne trudy. Walczył o łaskę uświęcającą w sercu każdego człowieka. Po całej Polsce chodziło o nim powiedzenie, że o niczym innym nie pamięta, tylko o łasce uświęcającej, o świętości, do której zachęcał i którą ukazywał Ludowi Bożemu. Pamiętał o ostatecznym rozrachunku z Bogiem i nie dał się od tego nigdy odwieść. To było właśnie jego siłą.

W każdą podróż zabierał ze sobą kapelana i oleje święte. Przydały mu się w tej ostatniej godzinie. Jakby ją wyczuł. Całe życie gotował się na to spotkanie z Panem i dlatego poszedł przygotowany jak rzadko kto.

Już w pierwszym przemówieniu w dniu ingresu do Katedry gorzowskiej prosił o modlitwę: „… abym umiał po czasie, jak długo Bóg mi pozwoli przewodzić tą cząstką Kościoła Bożego daną mi jako zadanie na pracę apostolską, po spełnieniu tej pracy pójść do nieba”.

Wiara Biskupa Wilhelma pulsowała autentyczną miłością do Pana Jezusa, do Trójcy Przenajświętszej. Wiara, która nie bała się trudnych problemów. W książce „O życiu Bożym w człowieku” pisał m.in.: „Miłość ku Panu Bogu jest najistotniejszym czynnikiem życia chrześcijańskiego”. A więc nie mądrość, nie zasługi nawet, ale miłość ku Panu Bogu jest najważniejsza w budowaniu życia wewnętrznego. Miłość ku Bogu ma także walory poznawcze. Dziś wiadomo, że ku prawdzie trzeba iść i dochodzi się do niej całym sobą, całą duszą, a nie tylko rozumem. Miłość. Oto klucz do Boga.

Jego wiara była wiarą dziecięcą na wzór Matki Najświętszej. Zanim przyjechał do Gorzowa, odbył pielgrzymkę na Jasną Górę, do Piekar i do Rokitna. W Rokitnie po raz pierwszy ubrał się w szaty biskupie. Tak jak Boża Rodzicielka stała się stróżem największego daru, Chrystusa Zbawiciela, tak on stanął na straży wiary Chrystusa w naszej diecezji.

Jak wiadomo, kiedy przyjdzie nowy biskup, gromadzą się ludzie. Jedni, żeby zaoferować mu swoją współpracę, życzliwość, żeby przynieść mu swoje cierpienie, wesprzeć go. To jest wspaniałe otwarcie, znak solidarności z Kościołem. Są też ludzie, którzy przychodzą, aby podpatrzeć, wytknąć, oskarżać. W aktach biskupa Wilhelma czytamy, że doniesiono na niego, iż po Prymasie Wyszyńskim jest największym wrogiem polskiej rzeczywistości. Parę lat przygotowywano przeciwko niemu akt oskarżenia. Na szczęście nie doszło do procesu. Ktoś roztropnie wyciszył sprawę. Nie doszło do skandalu i uwięzienia. Biskup Wilhelm nie atakował nikogo. Bronił się i przypominał, że musi bronić prawdy. Nawet za cenę narażenia się na represje nie może przekreślić wierności Bogu, Kościołowi i tym ziemiom jako prawdziwy Polak. Kapłani wiernie stanęli obok niego. Miał w nich pociechę. Później nie wracał do tego wydarzenia. Nie zraził się do nikogo, nie potępiał. Miał wielkie doświadczenie i zdrowy patriotyzm. Kapłanom i Ludowi Bożemu przypominał, że tu jest nasze miejsce. Szedł tą linią, którą w sumieniu swoim uznał i której do końca chciał bronić.

Popatrzmy teraz przez chwilę na Biskupa Wilhelma jako na kapłana. Kapłanem nie staje się człowiek na godzinę, na osiem godzin dziennie. Kapłanem staje się na zawsze, na całą wieczność, biorąc odpowiedzialność nie tylko za grzechy własne, za wiarę i miłość we własnym sercu. Kapłan nie zbawia się sam. Do ołtarza nie idzie sam. On zawsze idzie ze swoim ludem: zawsze niesie grzech, biedę, upokorzenie, miłość i radości swojego ludu. On niesie także wdzięczność swojego ludu na ołtarz, by jednoczyć ich z Ojcem. To jest cel posługi kapłańskiej.

Tak swoje kapłaństwo rozumiał Biskup Wilhelm, który we wszelkiej możliwej formie .ujawniał gorliwość swego serca.

Warto także przypomnieć niektóre, szczególnie mu bliskie dziedziny duszpasterstwa. Przede wszystkim życie sakramentalne, ale też życie sakramentalnego uświadomienia, pogłębienia kontaktu prowadzącego do zjednoczenia z Bogiem. Następnie – troska o rodzinę i duszpasterstwo rodzin. Nieustannie dbał o to, aby rodzina jako najbardziej podstawowa i fundamentalna komórka społeczna w formacji nowego człowieka była zdrowa i prawdziwie chrześcijańska. Biskup Wilhelm wiedział, że kapłani sami w dzisiejszych czasach nie dadzą rady. Rozumiał, że Kościołowi i Ojczyźnie naszej potrzeba ludzi światłych, katolików wiernych i uczciwie patrzących w swoje sumienie.

Niemożliwą jest rzeczą, aby szczegółowo opowiedzieć o życiu i działalności ks. Bpa Wilhelma Pluty. Nie ma bowiem takiego zaułka życia diecezjalnego, w którym nie byłoby jego gorliwości, mądrości i miłości do Boga i ludu.

Co miesiąc jeździł do Seminarium, aby prowadzić tam dzień skupienia. Głosił konferencje, rozmawiał, formował przyszłych swoich kapłanów. Z myślą o nich napisał książkę „W trosce o życie wewnętrzne”.

Biskup Wilhelm to jest postać, którą trzeba przez całe lata odkrywać. To mistyk naszych czasów, człowiek autentycznego zjednoczenia z Bogiem. Jego pogrzeb był wielką manifestacją. To było wielkie świadectwo zrozumienia jego misji. Ludzie go kochali i rozumieli, bo wiedzieli, że on dla nich żył i do nich został posłany przez Stwórcę.


za: „Aspekty”/ 1991

2017-11-29T21:05:24+00:00 01 stycznia 1987|Homilia|