Refleksje o ludziach i sprawach

Spojrzenie na kapłańską drogę to okazja do pogłębienia pytania o obecność Pana Boga i ludzi w moim życiu, o zjednoczenie z Chrystusem, który uczy, przebacza i prowadzi do zbawienia, o umiejętność otwarcia się na Ducha Świętego w przyjęciu Miłości Zbawczej i w dawaniu jej ludziom.

Przez kapłaństwo zaistnieliśmy też w nowy sposób dla ludzi, a i oni inaczej zaistnieli dla nas. Ascetyczne wskazówki z kaplicy czy z „rozmówek-spacerów” z ojcem duchownym braliśmy trochę jako teorię. Zresztą tak radzili doświadczeni koledzy, bo starsi o cały rok! Ale z latami rośnie moje przekonanie, że tamta teoria wcale nie była taka teoretyczna, ani daleka od życia (a w ogóle widzę dziś, że najbardziej praktyczne są właśnie teorie). Cóż znaczyłbym bez ludzi, bez ich akceptacji, bez ich pomocy? To oni są polem mojej pracy, motywem działań, często „motorem napędowym”.

Wsłuchiwałem się w sposób myślenia ludzi wszędzie, gdzie byłem: w Jelonkach, Zambrowie, Rzymie, Gorzowie i wsłuchuję się w Przemyślu. To bardzo ważne: wiedzieć co o nas myślą, o naszej pracy, jak ją oceniają.

W Jelonkach przeżyłem kilka niezwykłych przygód. Może to tak wygląda karmienie niemowląt „mlekiem duchowym” przez Pana. Odczułem, że Ktoś mnie prowadzi, wprost jest przy mnie, posługuje się mną w swoim dziele. Potem na wiele lat nieco pewnie „przygłuchłem” duchowo, może dlatego, że straciłem kontakt z bezpośrednim duszpasterstwem. Na moich rozmówców (interesantów) staram się jednak ciągle patrzeć z gotowością posługi słowa.

Dobra i zdrowa była atmosfera seminaryjna. Żartowaliśmy przecież nie tylko z siebie, ale i z naszych profesorów. Wiedzieli o tym i akceptowali, co ujawniało się na popularnych wieczorkach humoru.

Świątobliwy nasz rektor ks. Józef Perkowski promieniował zjednoczeniem z Bogiem, a przy tym nie zatracił serca dla kleryków. Dlatego fundował stypendia, kupował sutanny czy wreszcie „leczył” i wzmacniał miodem. Znał przy tym doskonale teologię dogmatyczną, którą wykładał. Ściśle wg Dicampa. Czytam sobie, w rocznicę święceń prymicyjne kazanie, które na Świętą Trójcę wygłosił Ks. Rektor. Wytyczył w nim swoisty program wiary.

Ks. Mikołaja Sasinowskiego zapamiętaliśmy chyba bardziej jako ojca duchownego niż profesora teologii moralnej. Uczył też języka angielskiego, a znał go lepiej niż uczył.

Ojciec był człowiekiem niezwykłej woli, dyscypliny i pracowitości. Wszystkie książki ascetyczne przeczytał dokładnie w swej bibliotece, a konferencje miał napisane i podkreślone kilkoma kolorami. Są kopalnią cytatów. Ale nie zakochał się dogłębnie w żadnej szkole duchowości, co dzisiaj jest bardzo modne.

Był w życiu seminaryjnym więcej niż ojcem, gotów pomagać w każdej sprawie. Jemu powierzało się trudności i różne wątpliwości. Stawał po stronie kleryka. To on zorganizował słynny wyjazd seminarium na eskapadę przez Polskę. Dla wielu z nas był to pierwszy bezpośredni kontakt z górami, a może też z Warszawą czy Krakowem. Wiele z tej racji ucierpiał od diecezjalnych konfratrów, bo było to swoistym burzeniem schematów nt. wychowania seminaryjnego.

Ks. Prymas Stefan Wyszyński cenił ks. M. Sasinowskiego za obronę kleryków-żołnierzy, których już po naszych święceniach wcielano do wojska, nękając ich przy tym niemiłosiernie.

Przez kilka lat wspólnego zamieszkania obserwowałem naszego Ojca z bliska jako biskupa. Z każdą sprawą, podróżą i decyzją rósł w moich oczach. Był to prawy człowiek Kościoła, wierny zasadom harcerskim, które poznał i uznał za własne od czasów młodości, trochę oficer, który niekiedy lubił „błysnąć szlifami” i czasami ideologizował życie, ale wierzył ludziom, ufał księżom, nie zauważyłem w nim nawet cienia mściwości, co jako kurialiści odbieraliśmy bardzo pozytywnie, dziwiąc się tylko, że niekiedy wyglądało to na brak konsekwencji życiowych. Dziś widzę to jako przejaw sympatii do „swoich” księży i wychowanków.

Biskup dużo czytał, większość spraw załatwiał sam. Tylko w wypadkach bardziej skomplikowanych potrzebował rady. Wszystkie nominacje ustalał samodzielnie. Ale i do niego szukali klucza różni konfratrzy. Bronił ich wtedy, przyjmując na siebie ich pomysły.

Biskup Aleksander Mościcki „Ojczeńka” różny był charakterem od bpa Mikołaja, ale dożywał pod wspólnym dachem, ciesząc się wielką sympatią otoczenia.

Jak wielkim darem dla diecezji jest bp Tadeusz Zawistowski, miało się okazać w późniejszych latach. Prawy człowiek zawsze prostuje ścieżki Pańskie, bo inaczej być nie powinno. O jego inteligencji świadczy poczucie humoru sytuacyjnego i krytyczny realizm.

Ks. prof. Bolesława Waldmana braliśmy z humorem i nieco z dystansem. Bywało, że się zdenerwował i nie ukrywał przyczyny. Uczył nas myślenia prawnego i ducha prawa, które dziś widzę coraz bardziej jako dyscyplinę bardzo humanitarną. Ks. B. Waldman to artysta-kompozytor, a więc człowiek o szczególnej wrażliwości, a przy tym wynalazca, mechanik-twórca, nie mający nic wspólnego z praktycznością życia. Jako sąsiedzi z Kurii i z mieszkania w seminarium (w starym budynku) zżyliśmy się ze sobą i korespondowaliśmy do końca jego życia. Raz nawet urządził przyjęcie w swoim pokoju (on, który kontestował całe życie wszystkie przyjęcia!). Jedliśmy na desce od prasowania, nakrytej czystym obrusem, opartej na wyciągniętych szufladach z biurka. Siostra Stefania zdawała egzamin „kucharki”. Otrzymałem od ks. B. Waldmana w testamencie jego własny najcenniejszy obraz św. Józefa. Wisi nad moim biurkiem, tak jak kiedyś wisiał nad jego.

Na życie biskupie ten doświadczony kurialista dał mi kilka niezwykłych wskazówek, o które go zresztą prosiłem.

Łatwym we współżyciu i bardzo miłym sąsiadem był ks. Stanisław Ołdakowski, który w naszych czasach lubił uchodzić za „szczupaka” nękającego ospałe ryby w stawie, ale na starsze lata skończył jako popularny „dziadziuś”.

Wola Opatrzności sprawiła, że w początkach roku 1978 podjąłem pracę w Rzymie i to na dwóch stanowiskach: w Watykańskiej Radzie ds. Laikatu i w Papieskim Kolegium Polskim, będącym domem studiów dla kilkudziesięciu polskich księży. Tam także zatrzymywał się Kardynał Karol Wojtyła i stamtąd pojechał na Konklawe.

Na szczęście kontakty z „naszym” kardynałem nie urwały się, stwarzając sytuację wprost nie do pomyślenia podczas innych pontyfikatów: nasz papież zapraszał do siebie i dawał okazję spotkań. Pomagał też na swój sposób w doli i niedoli rektora Kolegium. Obserwacja, a po trosze i udział w wydarzeniach pontyfikatu, wiele mnie nauczyły, bo przecież nasze Consilium pro Laicis zorganizowało pierwsze międzynarodowe spotkania młodzieży w Rzymie z okazji Roku Świętego, a potem z racji Międzynarodowego Roku Młodzieży. Był to duży sukces duszpasterski Kościoła i samego Ojca Świętego.

Tęskniłem jednak za duszpasterstwem bezpośrednim. Zdawało mi się, że to jest moje miejsce. I że to będzie łatwiejszy „kawałek chleba” kapłańskiego. Poprosiłem o możliwość powrotu do diecezji.

Ojciec Święty w odpowiedzi zaprosił mnie na obiad do Castel Gandolfo (były to wakacje 1986 r.) i w rozmowie wypowiedział ubocznie pytanie, czy rzeczywiście chcę wrócić do Polski. Nie wiem czy zdziwił się moim racjom, bo i sam może przeżywał zew ziemi ojczystej mocniej niż na zewnątrz to wyglądało.

Decyzję nominacji na biskupa gorzowskiego przekazał mi Ks. Prymas, a święceń udzielił sam Papież, o co go poprosiłem. Został Wielkim Człowiekiem mego życia.

Z całą otwartością serca i pogodą ducha, ale i w poczuciu największej, na jaką mnie stać, odpowiedzialności staram się pełnić powierzony mi urząd. Wsłuchuję się w życzenia, opinie i oceny, wczytuję się w Słowo natchnione i w różne lektury, wewnętrznie odwołuję się do wzorców biskupiego posługiwania, które dane mi było poznać. Wszyscy byli na swój sposób niezwykli. Kompleksów jednak nie nabrałem, bo widzę jak ich prawdziwa wielkość promieniowała dobrem, zachęcając do nabrania odwagi. Tak i ja próbuję wędrować jak potrafię, ucząc się od innych nieustannie. Także od świeckich. Coraz bogatszy staje się Kościół i naród dzięki pracy ofiarnych i dobrych ludzi – ludzi świętych.

Do zrozumienia czym jest kapłaństwo dochodzę poprzez kontakt z księżmi. Widzę ich jak potrzebni są ludziom. Albo kiedy zapracowują się, oddają siebie poczynając od budowy kościoła i parafii. Najczęściej rzeczywistość wewnętrzna jest nierozdzielna od zewnętrznej. Po wejściu do kościoła podczas bierzmowania czy wizytacji widać czy ksiądz miejscowy jest duszpasterzem, kapralem, czy mistrzem życia duchowego.

Potrzebę księży odczuwam w różnych trudnych sytuacjach, kiedy trzeba większego ich ryzyka (np. w sytuacjach odpowiedzialności narodowej lub społecznej) albo w czas większego zaangażowania. Sukces programów biskupa to sukces księży, ich pozyskania do idei, pomysłu, zamiaru.

Największym darem bywa świadectwo autentyzmu księdza. Przeżyłem je kilkakrotnie. Np. w Gorzowie w czasie konferencji ascetycznych zalegała wielka, ujmująca cisza, była to zasługa śp. Poprzednika, bpa Pluty. Z zachowania księży poznawałem jego głęboką duchowość, metody pracy, oczekiwania. Wyjątkowym przeżyciem było dla mnie pożegnanie z tamtymi księżmi. Nigdy nie przypuszczałem, że tak bardzo się zżyliśmy ze sobą przez dosyć krótki czas.

Stosunkowo łatwo jest biskupowi być duszpasterzem ludzi świeckich. Spotkania sporadyczne spłycają relację. Zadaniem pierwszoplanowym i najważniejszym jest związek ze swoim klerem, duszpasterstwo księży, to stałe zadanie. Delikatne, angażujące, domagające się stałego wysiłku, aby poznać samych księży, ich potrzeby duchowe, budzić sumienie, zapobiegać szkodom, pomagać w rozwoju kulturalnym, duchowym etc. Istnieją pewne schematy w tej pracy, ale widzę jak przeżywają się zebrania, rekolekcje, jak zanika życie towarzyskie i nie bardzo wiem co robić, żeby „pachniało nam” kapłaństwo ideałów młodości.

Szczególnie ważnym zadaniem jest kapłańska modlitwa. Jej celem jest uwielbienie Ojca, jego chwała i cześć, a jednocześnie wstawiennictwo za ludem. Zanika zwyczaj ofiar mszalnych, bo chyba za mało mówimy i sami nie przeżywamy należycie głęboko prawdy teologalnej o roli modlitwy wstawienniczej, zastępczej. Taką była modlitwa Chrystusa, taką powinna być nasza modlitwa. Codziennie więcej i bardziej spontanicznie modlić się za nasz lud (biskup: za księży, kleryków, zakony etc).

Nigdy nie przestaje się być kapłanem, nie przestaje się być chrześcijaninem. Doskonalenie swego chrześcijańskiego myślenia i życia jest tworzeniem warunków rozwoju naszego kapłaństwa. Mam wrażenie, że im bardziej stajemy się „ludzcy”, prostolinijni, pokorni, tym większy zyskujemy autorytet wewnętrzny i mamy szansę na lepsze wypełnienie zadań.

Życie prawie dobiega końca – taka jest prawda – a tak niewiele zmieniło się na bardziej ludzkie. A jednak nie tracę nadziei, że Duch Święty, dawca łaski, wkroczy, aby pomóc w pokonywaniu w sobie i w innych „starego człowieka”, aby zrodził się człowiek nowy.

2017-12-17T16:32:44+00:00 17 grudnia 2000|Artykuł|