Ryzyko Ducha Świętego

Grażyna Pytlak: – Żyjemy teraz w czasie przełomu politycznego. Przechodzimy z jednej rzeczywistości ustrojowej w drugą. Z minionych czasów wychodzimy głęboko zranieni, okaleczeni. Poszczególni ludzie w różnym stopniu doświadczyli okrucieństwa poprzedniego systemu i w różnym stopniu ulegli kalectwu, ale generalnie wszyscy zapadliśmy na pewnego rodzaju duchową ślepotę, wyrażającą się niewrażliwością na świat wartości lub ograniczeniem umiejętności jego prawidłowego rozpoznawania. Człowieka, który nie widzi, można wiele nauczyć. W znanych sobie okolicznościach będzie się zachowywał jak widzący, ale w nowych warunkach jego kalectwo ujawnia się z całą okrutną wyrazistością. Jesteśmy teraz świadkami takiego zagubienia wielu ludzi, którym jeszcze do niedawna wydawało się, że znają swoje miejsce i nie zabłądzą. Myślę, że szczególnie w duszpasterstwie nie chodzi tylko o to, żeby ociemniałego człowieka w trudnych dla niego okolicznościach przeprowadzić w bezpieczne miejsce, ale przede wszystkim o to, aby odzyskał wzrok i umiejętność samodzielnego poruszania się w otaczającej go, zmieniającej się nieustannie rzeczywistości.

Biskup Józef Michalik: – Od żywego Pana Jezusa, od Ewangelii, z Kościoła idzie do nas nieustannie zachęta do przywracania ludziom wzroku. W tym, co Pani powiedziała, jest bardzo wiele elementów, które składają się na odpowiedź. W duszpasterstwie, w ogóle w posługiwaniu Kościoła (nie myślę tu tylko o duchownych, ale o całym Kościele, w którym Chrystus żyje w ludzkich sercach) jest ta zuchwałość wierzenia, że nie sam człowiek, ale Bóg działa przez człowieka, że nasze starania są jakąś formą współdziałania z Bogiem. O to właśnie chodzi – niewidomym przywracać wzrok, głuchoniemym – słuch i mowę. Przekracza to ludzkie siły i dlatego wymaga nadprzyrodzonego spojrzenia wiary. Uczy pokory, ale też otwiera przed człowiekiem nową rzeczywistość. Na tym właśnie, najbardziej na tym polega przydatność Kościoła. Zdanie sobie z tego sprawy jest już dla nas wielką pomocą, nawet jeśli nie potrafimy, nie wiemy, jak rozpocząć proces przywracania zdrowia zagubionemu człowiekowi.

Tak, to prawda, w nowe czasy idziemy mocno okaleczeni, ale dla mnie nie jest to moment tragedii narodowej czy nawet tragedii ducha polskiego. Jest to dramat wpisany w odwieczne zmagania, w wiekuistą historię walki dobra ze złem, którą teraz my piszemy.

Tajemnica dobra i zła zamknięta jest w sercu każdego człowieka. Patrząc dzisiaj na dobrego człowieka, modlę się nieustannie, żeby został dobry, ale patrząc na złego, wołam do Boga o ratunek dla niego.

 – Jak ksiądz prałat Józef Michalik, rektor Papieskiego Kolegium Polskiego w Rzymie, zareagował przed pięciu laty na wiadomość, że przyjedzie do Gorzowa jako Biskup Ordynariusz?

– Byłem wtedy w Polsce z jakąś interwencją i nagle zawrócono mnie do Rzymu. Kiedy dowiedziałem się od Ks. Prymasa o decyzji Ojca Świętego, w pierwszym momencie uświadomiłem sobie, że w moim życiu ma zacząć się nowy okres, który rozpocznie się wśród ludzi i w stronach zupełnie mi nieznanych. Odczułem wówczas pilną potrzebę bliskości Pana Boga…

Kościół gorzowski znałem z opowieści jako Kościół wielkiej pracy i wielkich trudności. Byłem jednak przekonany, że na tej drodze nie będę sam, nie sam przecież siebie do tej posługi wybrałem i nie ja sam podejmowałem tę decyzję.

– Zaraz po objęciu diecezji przez Księdza Biskupa rozpoczęły się liczne odwiedziny. Na spotkania z nowym Biskupem Ordynariuszem przybywały przeróżne grupy, reprezentacje wszelkich istniejących na terenie diecezji grup duszpasterskich i wspólnot, nie mówiąc już o księżach diecezjalnych, zgromadzeniach zakonnych czy o Seminarium.

Po tych wizytach wyłonił się jakiś obraz gorzowskiego Kościoła. Czy pokrywał się on z wcześniejszymi wyobrażeniami?

– Przyjechałem w zimny, deszczowy wieczór. Pierwsze spotkanie z diecezją miało miejsce na drodze granicznej diecezji gorzowskiej, w Goraju, a następnie przed cudownym obrazem Matki Bożej w Rokitnie. Byłem mile zdziwiony, że mimo spóźnienia (spowodowanego opóźnieniem samolotu) oczekiwało na mnie cierpliwie tylu ludzi, pełny kościół. Wydawało mi się, że to z ich strony jakiś niezwykły gest ofiarności. Wtedy też postanowiłem rozpocząć przygotowania do koronacji obrazu Matki Bożej.

Już pierwsze kontakty z diecezją uświadomiły mi, że jestem na drodze, która daje mi wielką szansę wzrostu duchowego. Z różnych racji. Przede wszystkim z racji misji nadprzyrodzonej i bliskości Boga, ale także dzięki ludziom.

Bardzo głęboko przeżyłem w tamten pierwszy wieczór spotkanie z moimi odtąd księżmi. Gorzowski ksiądz to fenomen  niezwykły na skalę przekraczającą ramy diecezji; dla biskupa to misterium codziennej głębokiej wiary i przyziemnej pracy.

Pierwszym, całkowicie nowym dla mnie odkryciem było to, że kiedy tylko rozpocząłem pracę w zupełnie nowym miejscu, na nieznanym mi urzędzie, ludzie – zarówno księża, jak i świeccy – przychodzili do mnie już nie po rady, ale po decyzje tak, jak ja bym był tu od dawna. To doświadczenie pozwoliło mi uświadomić sobie w całej pełni sens nadprzyrodzonej misji człowieka postawionego w Bożych sprawach na ziemi. Było to coś niezwykłego. Dla ludzi mój brak doświadczenia nie był istotny. Ważna była dla nich decyzja i droga, którą im wskażę. Tę istotę posługiwania biskupa przeżywałem wtedy bardzo mocno.

Muszę powiedzieć, że innym „mocnym” dla mnie momentem było pierwsze spotkanie z katedrą, z biskupami, którzy tam oczekują zmartwychwstania, z historią tych ziem. Już wtedy uświadomiłem sobie, że jest to wielka karta w historii Polski nierozerwalnie związana z wielowiekową historią Kościoła.

Poznałem wiele inicjatyw na terenie diecezji, o które gdzie indziej byłoby trudno, wiele działań kulturalnych powiązanych z Kościołem. Odkryłem też dynamizm świeckich środowisk katolickich. Na ingresie grała orkiestra symfoniczna, śpiewały chóry. Była to wielka gala, ale trzeba przyznać – zorganizowana bardzo umiejętnie.

Cieszyło mnie także to, że nie zauważyłem jakiejś blokady pomiędzy duchowieństwem a laikatem i biskupem. Te kontakty były naturalne, istniały od wielu lat. Biskupi głosili rekolekcje, konferencje, wspierali wiele inicjatyw rozmaitych środowisk i wspólnot. To nie jest praktyka ostatnich pięciu lat, lecz zjawisko wpisane w tę diecezję od dawna.

Wiele razy też powtarzam, że wielką przygodą dla mnie było odkrywanie poprzez księży i świeckich wielkości biskupa Wilhelma Pluty. Znałem go osobiście, ale jego autentyczną wielkość poznaję przez to, co z niego i od niego wzięli inni. Myślę, że jest to kryterium bardzo surowe, z którego on wychodzi bardzo obronną ręką.

– Jak przebiegały pierwsze kontakty Księdza Biskupa z władzami państwowymi na terenie diecezji?

– O podsłuchach wiedziałem wcześniej, wiedziałem też, że naprzeciwko rezydencji zainstalowano kamerę, która miała rejestrować moich gości. Czułem się w obowiązku odprowadzać ich w taki sposób, aby nikt nie umknął czujnemu oku tego urządzenia. Muszę powiedzieć, że było to dla mnie bardzo wyraźne świadectwo choroby ówczesnego systemu.

Duchowy dynamizm diecezji wyraźnie kontrastował z zaskorupiałością i zaściankowością administracji państwowej. To było żenujące. Musiałem wysłuchiwać uwag i otrzymywałem pisma od władz o treściach, na które nigdzie indziej sobie już nie pozwalano. Urzędników w Wydziale Wyznań w Zielonej Górze przez kilka lat musiałem przekonywać, że Stalin już dawno nie żyje. Ich mentalność była przerażająca. Budziło to we mnie współczucie, troskę i często zastanawiałem się, jak im pomóc, jak do nich trafić?

– Dzisiaj Zielona Góra wydaje się miastem bardziej zintegrowanym od Gorzowa, który z kolei bardzo dzielnie walczył w stanie wojennym.

– Są to dwa różne miasta, które mają swoje własne, bardzo różniące się rytmy życia. Inaczej w nich biją ludzkie serca. Dla mnie jest to pewna radość, że występuje taka różnorodność. Ciekawe inicjatywy są i tu, i tu. Bez wątpienia „Solidarność”, którą zastałem w Gorzowie była mocniejsza, mniej ludzi stąd uciekło, wyemigrowało. Ale tak było tylko w pierwszym momencie. Historia pokazała później, jak złożone są to problemy. W Zielonej Górze inne wartości były mocniejsze. Według mnie trudniejszą sytuację duszpasterską ma jednak Zielona Góra. Jest to wynik wielkiej, zaprogramowanej walki systemu minionych czasów, realizowanej w zielonogórskim środowisku konsekwentnie. W rezultacie udało się tam zamrozić, zablokować w ludziach pewne rzeczy. Dzisiaj oczywiście wiele się zmienia. Powstają ciekawe programy i decyzje. Jestem pełen nadziei, ale i rozdarty wewnętrznie, bo obydwa te miasta są „moje”, tak jak „moimi” są: Piła, Głogów, Żary itd.

– Podczas ingresu miał Ksiądz Biskup możliwość poznania lidera gorzowskiej „Solidarności”, Edwarda Borowskiego, na którego charyzmacie – tak to chyba można ująć – została zbudowana ta organizacja i przetrwała przez najtrudniejsze czasy.

– Sytuację ze sztandarem „Solidarności”, który pojawił się na ingresie, pamiętam doskonale. Nic wówczas nie wiedziałem o tym przedsięwzięciu. W pierwszym momencie nie zorientowałem się, że wśród licznych sztandarów jest ten jeden, ryzykownie wyniesiony i przeprowadzony przez ulice Gorzowa na oczach SB.

Sprawa się wyjaśniła dopiero w czasie uroczystości w katedrze. Pamiętam, że pan Borowski został za to ukarany przez kolegium niemałą jak na owe czasy grzywną. Wiele razy z nim rozmawiałem. On wiedział, że jestem z nim i z „Solidarnością”. Ostatnia rozmowa odbyła się przed kościołem Matki Bożej Królowej Polski, na dwa dni przed śmiercią pana Borowskiego. Czułem się potem w obowiązku uczestniczyć w jego pogrzebie, co też muszę przyznać, doprowadziło do pasji moich rozmówców z KW PZPR i Urzędu Wojewódzkiego. Wiele było spraw, które ich denerwowały, a których byłem sprawcą. Analizowali pilnie moje kazania, nagrywali je, przepisywali, usiłowali mnie pouczać. Sądzili, ze mam wielki wpływ na „Solidarność”, o wiele większy niż to było faktycznie, ale oczywiście nie prostowałem.

– Ostatnia diecezjalna uroczystość rozpoczynającą roczną peregrynację kopii obrazu Matki Bożej Częstochowskiej skłoniła mnie do wniosku, że dzisiaj tylko Kościół potrafi zmobilizować ludzi, by dobrowolnie, chętnie, z jakąś ogromną serdecznością, zgromadzili się po to, by na wspólnej modlitwie dać wyraz własnym poglądom i tęsknotom. Teraz już nie przychodzi się na uroczystości religijne z zastępczych powodów. Dawniej wielu ludzi przychodziło do Kościoła dlatego, że był to wyraz sprzeciwu wobec władzy, że była bezpieka, MO, ZOMO, bo fotografowali, filmowali i można było, nie narażając się na zbyt wielkie przykrości, pokazać IM, że MY myślimy inaczej. Teraz tysiące ludzi przyszło z jednego tylko powodu, dlatego, że ONA – Królowa Polski do nas przyjechała. Wydaje się, że mimo tej całej ślepoty, jaką jesteśmy okaleczeni, niekiedy niemal instynktownie kierujemy się we właściwą stronę.

– Jeżeli chodzi o naszą diecezję, jestem optymistą. Wielu biskupów mówiło mi, że zauważyli odczuwalną różnicę w atmosferze pomiędzy podobnymi uroczystościami u nas i gdzie indziej. Przede wszystkim było dużo młodzieży. Przykładem nadziei może być również piesza pielgrzymka do Częstochowy, w której uczestniczy prawie sama młodzież.

W Kościele widzimy takich, którzy odchodzą, są też ci, którzy w nim nieustannie trwają, ale przychodzą też stale zupełnie nowi ludzie. Wszyscy oni mają wielkie zapotrzebowanie i nadzieję na odnalezienie trwałych fundamentów życia – Boga. Historię tych poszukiwań pisze Pan Bóg w ludzkich sercach.

– Jak wobec tego mógłby Ksiądz Biskup ocenić minione pięć lat swojej posługi w diecezji gorzowskiej?

– Nazwałbym je ryzykiem Ducha Świętego. Nie wiem, czy jestem w stanie dokonać takiej oceny. Zastałem tu wiele dobrego. Nie chciałbym zmarnować tego dziedzictwa, które jest wynikiem pracy zarówno moich poprzedników, jak i ludzi którzy tu pracowali i pracują. Coraz bardziej jestem świadom charakterystycznych cech naszego regionu, specyfiki całej diecezji i występujących tu problemów duszpasterskich. Jest ich może więcej niż w innych rejonach Polski. Mimo że po pięciu latach dostrzegam je o wiele lepiej, nie znaczy to jeszcze, że potrafię znaleźć ich rozwiązania i wszystkim zaradzić. Próbuję.

– Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła: Grażyna Pytlak

2017-12-16T15:02:48+00:00 16 listopada 1991|Wywiad|