Sprawiedliwi wśród narodów świata

Wstęp

 

Markowa jest wioską jak wiele innych w archidiecezji przemyskiej i w Polsce, a rodzina Sług Bożych Józefa i Wiktorii Ulmów podobna do innych rodzin swego czasu. Jednakże atmosfera tej i każdej wioski miała i ma zawsze poważny wpływ na styl życia swoich mieszkańców.

Józef Ulma ukończył szkołę rolniczą. Był bardzo zaradny i pracowity, bo ludzie w Markowej zawsze cenili pracę na roli i porządek. Interesował się nowościami technicznymi i postępem w rolnictwie, aby swoją pracę uczynić bardziej owocną. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej poważnie powiększył gospodarstwo, zamierzając przenieść się na wschodnie rubieże Polski, gdyż widział w tym większe szanse dla swojej rodziny. Był człowiekiem o wszechstronnych zainteresowaniach, a przy tym bardzo otwartym na sprawy i ludzi. To, czego sam się nauczył, zaraz bezinteresownie przekazywał innym, chociaż w domu żyło się bardzo skromnie. Nieustannie się dokształcał, wiele czytał, a nawet prenumerował „Wiedzę i Życie”.

W trzydziestym piątym roku życia ożenił się z młodszą o 12 lat Wiktorią i odtąd rodzina stała się największą miłością jego życia. Widać to na licznych fotografiach, które sam zresztą wykonał.

Na początku września 1939 roku do Markowej wkroczyły wojska okupacyjne. Rozpoczęły się drastyczne rządy Niemców, którzy intensywnie próbowali pozyskać mieszkańców wioski na volkslistę, jako że większość nazwisk brzmiała dla nich dość swojsko. Wszystko bezskutecznie.

Tymczasem ta dobrze zorganizowana wioska i w nowej, trudnej sytuacji okazała swój osobliwy charakter. Zaczęto organizować patriotyczny podziemny ruch oporu, a cała społeczność zdecydowanie negatywnie oceniała posunięcia niemieckich okupantów. Dla prostych, uczciwych i wychowanych na ewangelicznych zasadach ludzi nie do przyjęcia była niesprawiedliwość i okrucieństwo stosowane wobec wszystkich, poczynając od Żydów.

W wiosce żyło około 30 rodzin żydowskich. Część z nich już w 1939 roku opuściła swe domy, wypełniając polecenia okupanta. Pod koniec 1941 roku wobec pozostałych rozpoczęto represje. Za udzielenie im pomocy groziła kara śmierci. Na oczach mieszkańców wioski urządzano krwawe polowania na Żydów i wykonywano egzekucje.

Pomimo to mieszkańcy Markowej nie zamknęli ani serc, ani drzwi do swoich domów. Odwiedziny posterunkowych i komendanta z Łańcuta budziły strach, ale poczucie obowiązku pomocy skrzywdzonym było mocniejsze. Markowianie nie donosili na siebie – to inni donosili na nich i dlatego do wioski raz po raz przyjeżdżali granatowi policjanci i żandarmi z Łańcuta, budząc paraliżujący strach. Niektórzy, w obawie o życie własne i własnych dzieci, udzielali tułającym się Żydom gościny zaledwie na kilka dni, inni wystawiali pokarm na umówionym miejscu, ale wielu było takich, którzy na strychu lub w piwnicy przez całą wojnę ukrywali prześladowanych. Były przypadki, że włączano Żyda – zwłaszcza młodszego wiekiem – do rodziny lub jako pomocnika w pracach gospodarskich. Tak przechował się Abraham (Romek), który do dziś odwiedza Markową i daje piękne świadectwo przyjaźni, życzliwości i wierności prawdzie o czasach, które były gehenną i dla Żydów, i dla Polaków.

Z okien domu Józefa i Wiktorii Ulmów widać było dokładnie egzekucje wykonywane na Żydach, którzy uprzednio kopali dla siebie groby. Ulmowie nie przestraszyli się tego drastycznego obrazu, ale ze współczucia wobec prześladowanych, mając już na utrzymaniu sześcioro nieletnich dzieci, przyjęli na strych swego niewielkiego domu ośmioro Żydów: troje bliskich sąsiadów i pięciu mężczyzn z Łańcuta.

Zachowanie ścisłej tajemnicy w takich okolicznościach było wprost niemożliwe. Wszyscy sąsiedzi wiedzieli lub domyślali się, że obce twarze pojawiające się na podwórzu powinny pozostać niezauważalne. Najtrudniej było tę „tajemnicę” ukryć przed dziećmi, ale i one w ten sposób uczyły się gotowości do ponoszenia ofiar.

Żydów, których przechowywali Ulmowie, znał jeszcze przed wojną posterunkowy z Łańcuta. To on powiadomił Niemców o miejscu ich ukrycia. W nocy 24 marca 1944 roku żandarmi zorganizowali furmanki i w kilkunastoosobowej grupie dotarli tuż przed świtem do gospodarstwa Józefa Ulmy. Miało się dokonać najgorsze. Najpierw zastrzelono ośmiu Żydów oraz Józefa i Wiktorię Ulmów, potem kolejno sześcioro płaczących dzieci. Siódme zginęło w łonie matki, która zaczęła je rodzić. Razem zginęło 17 osób. Oddali życie za innych. Niezwykła rodzina i niezwykłe wydarzenie, które w tych okrutnych czasach wcale nie było rzadkością. Ludzie narażali się i oddawali swoje życie dla ratowania innych.

Dziś niekiedy próbuje się zafałszować historie naszych ludzi i ziem. Kto ma prawo powiedzieć, że Ulmowie byli wychowani w antysemityzmie?! Chodzili przecież do polskiej szkoły i do pobliskiego kościoła w każdą niedzielę. Józef i Wiktoria – jak ludzie pamiętają – od najwcześniejszych lat uczyli swoje dzieci modlitwy. Znali przykazania Boże, a przykazanie miłości bliźniego zastosowali w swym życiu aż do końca.

Warto wspomnieć, że i ten kolejny mord, na Ulmach, nie zachwiał odwagi i życzliwości polskich gospodarzy w Markowej – chociaż musiał paraliżować strachem – którzy dalej narażali się, przechowując Żydów. W Markowej, jak mówią świadkowie, przeżyło ich do końca wojny przynajmniej 17.

Trwa proces beatyfikacyjny Ulmów, niezwykłej, a zarazem zwyczajnej polskiej i katolickiej rodziny, która miłość bliźniego w najtrudniejszych okolicznościach praktykowała w sposób heroiczny, aż do końca, aż do ofiary z życia dla innych.

Jakże wiele zawdzięczamy takim rodzinom. Ważne jest i dziś odkrycie i umiłowanie powołania rodziny. Miłość do kolejnego dziecka, umiłowanie trudu ojcostwa i macierzyństwa jest fundamentem zdrowego człowieczeństwa, warunkiem rozwoju człowieka i nadzieją na ład społeczny. Kiedy zamiera wrażliwość na dziecko, umiera chęć do ofiary, rozkwita egoizm, a stąd już tylko krok do mrożącej ludzkie relacje nienawiści.

Słudzy Boży Józef i Wiktoria świadczą, że nie ma takich sytuacji, w których wzajemna miłość małżonków nie może się rozwijać i owocować nowym życiem, i że nie ma takiej sytuacji, w której bylibyśmy zwolnieni od pomocy biedniejszym od nas.

Wdzięczny jestem Wydawnictwu, że we współczesnych czasach zamieszania myślowego na temat godności rodziny podejmuje się upowszechniać przesłanie skromnej, ale pięknej wiejskiej rodziny. To właśnie takie rodziny ratują zdrowie duchowe narodu i są trwałym fundamentem żywotności Kościoła.

 

+ Józef Michalik
Arcybiskup Metropolita Przemyski
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski

2018-02-09T19:22:09+00:00 09 marca 2007|Wstęp do książki|