„Święty arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński – patronem czasów trudnych”

Warszawa, 8 marca 2010 roku. Homilia wygłoszona w warszawskiej archikatedrze pw. Św. Jana podczas Mszy św. dziękczynnej za kanonizację św. arcybiskupa Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. We Mszy św. uczestniczyli biskupi uczestniczący w 351. Zebraniu Plenarnym KEP w Warszawie

„Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie” Łk 4, 24

1. Przestroga Pana Jezusa

Fragment dzisiejszej ewangelii zawiera bardzo wielkie bogactwo nastrojów: oczekiwanie na przybycie Jezusa – niezwykłego ziomka, sąsiada, który zdobył sławę niezwykłymi znakami. Atmosferę jeszcze podnosi świąteczny dzień i modlitwa w wypełnionej synagodze, a Jezus bierze Księgę Pisma świętego i czyta tekst mesjański, a więc najważniejszą wiadomość o swojej misji przekazuje swoim najbliższym, krewnym, sąsiadom, przyjaciołom. Oni jednak czekali na znaki, cuda, może przywileje a nie na słowa prawdy, mimo, że to prawda o największym znaczeniu, o Mesjaszu, Zbawicielu, który przynosi oczekiwane zbawienie. Niestety, wszystko na nic! Jezus nie pasuje do ich wyobrażeń i oczekiwań. Zawód jest tak wielki, że nie panują nad sobą: „Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta”, chcą Go nawet strącić z góry, zabić. Tak, bo „żaden prorok nie jest mile widziany w swojej Ojczyźnie”.

2. Uzdrawiająca misja proroka jest niewygodna.

Misją proroka jest głoszenie Bożej prawdy. Prorok jest posłańcem Bożym, otrzymuje trudne zadanie nawoływania do nawrócenia, zwracania uwagi na to, co dobre i co niewłaściwe, przestrzega przed niebezpieczeństwami, a nawet przepowiada przyszłość. Bywały sytuacje, że proroctwo wydawało się niejasne, czy absurdalne, którego prorok nie rozumiał, albo jak Jonasz, nie chciał wypełnić, ale z czasem okazywało się, że  w takich sytuacjach, Pan Bóg widział dalej i bezpieczniej było iść za Jego wskazaniem.

Prorok Jeremiasz często przestrzegał króla i po każdym trudnym proroctwie był zamykany do więzienia, ale to on miał racje, a cały naród ponosił potem stratę, że go nie słuchano.

I dawniej i dziś ludzie nie chcą słuchać proroków, stawiających wymagania, bądź domagających się nawrócenia, bo łatwiej się słucha pochwał, albo obietnic – nawet jeśli się domyślamy, że są puste. Niełatwo jest przyjąć słowa o potrzebie wysiłku, pracy czy zmiany dotychczasowego życia.

Spróbujcie posłuchać kandydatów z przedwyborczych kampanii. Wszyscy składają deklaracje i obietnice, o których wiedzą, że są nierealne i mimo, że było tego już wiele, to i dalej po 60 latach od wojny i po 20 latach od uzyskania niezależności nie możemy się wybić na jedność narodu, podjąć uchwały o fundamentalnym, etycznym znaczeniu, o pełnym szacunku do poczętego życia i każdego z Bożych praw, o wyeliminowaniu kłamliwych obietnic, o szacunku do świętości ojczyźnianych ołtarzy. Naród wymiera, a troska o świętość życia i rodziny wcale nie jest priorytetem naszych myśli i działań.

Dziedzictwo ideologii komunistycznego strachu przed sąsiadem i kolegą, który donosił, zaszczepiło anonimowość i chłód naszych ludzkich relacji tym bardziej niebezpieczny, że umykający naszej uwadze. Zanika kultura życzliwości w naszych relacjach, zanikają więzy rodzinne i w efekcie nie ma miejsca dla starszych dziadków czy rodziców w naszych coraz piękniejszych i obszerniejszych mieszkaniach.

[Śmierć starej, samotnej osoby po 3 miesiącach odkrywają nie sąsiedzi, ale poborcy opłat, których nie uiszcza za czynsz i wodę: czy wreszcie zauważymy chorobę anonimowości w windzie, tramwaju, w relacjach między ludźmi?].

3. Nowy święty Polski.

Przychodzimy dziś do warszawskiej katedry, aby uroczyście uczcić pierwszego kanonizowanego arcybiskupa warszawskiego. Gratulujemy stolicy, że po Gnieźnie, Krakowie, Włocławku, Płocku, Lwowie i Przemyślu ma swego świętego biskupa. Gratulujemy arcybiskupowi metropolicie Kazimierzowi, że mógł za łaską Pana ukazać w ostatnich miesiącach dwa wielkie skarby, ukryte jak brylanty w skarbcu Kościoła Warszawskiego, które zajaśnieją nowym światłem w naszych czasach. To dwaj kapłani – męczennicy św. arcybiskup Zygmunt i błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko. Tych ukrytych skarbów kościół Stolicy ma więcej: Traugutt i ks. Detkens, Janusz Korczak, ks. Godlewski, są bohaterowie powstania warszawskiego, jest Przemyk, ks. Zych, ks. Niedzielak, są męczennicy spod ulicy Rakowieckiej i Pałacu Mostowskich. Czymże dziś żyłaby Polska i Kościół w naszej Ojczyźnie, gdyby zabrakło Ojca Ojczyzny Sługi Bożego kardynała Stefana Wyszyńskiego. Ich historią karmi się i oddycha cały naród. Trzeba dziś za nich podziękować Warszawie, ale przede wszystkim podziękować Bogu, który dał taką moc ludziom, że wytrwali w trudnościach, pozostali wierni aż do końca.

Święty Biskup Zygmunt Szczęsny Feliński był i pozostanie prawdziwym prorokiem, „który przyszedł do swoich a swoi go nie przyjęli”, bo „żaden prorok nie jest mile widzimy w swojej ojczyźnie”. Urodził się 1 listopada 1822 roku w Wojutynie na Wołyniu jako jedno z 11 dzieci w polskiej, szczerze religijnej i patriotycznej rodzinie Gerarda i Ewy Felińskich. Jego stryj Alojzy, pisarz i poeta był autorem hymnu narodowego „Boże coś Polskę”, a bratanek – Władysław – zmarł w opinii świętości jako kleryk w Zgromadzeniu Zmartwychwstańców.

Całe życie Zygmunta Szczęsnego przypadło na trudny okres niewoli Polski rozdartej przez trzech zaborców, co miało bezpośredni wpływ na niedole życia wszystkich patriotycznych rodzin Polskich angażujących się czynnie w obronę praw Kościoła katolickiego i narodu podczas kolejnych powstań.

Miał 9 lat, kiedy wybuchło powstanie listopadowe a po nim był świadkiem burzenia kościołów, zamykania klasztorów i rusyfikacji szkół. W tym czasie umiera jego ojciec a 11-letni Zygmunt wie, że musi zaufać Bogu i od siebie więcej wymagać. Wkrótce jako 13-letni chłopiec składa ślub czystości. W 17 roku życia boleśnie przeżywa zesłanie patriotycznej matki na Syberię. Ich majątek rodzinny skonfiskowały władze carskie a 6 rodzeństwa zostaje bez rodziców i dachu nad głową. Ich losem zajmują się krewni i ludzie obcy. Zygmuntem zaopiekuje się człowiek obcy: Zenon Brzozowski, który widząc prawość i zdolność młodzieńca upatruje w nim wychowawcę swoich synów i wspiera go finansowo podczas studiów matematyki na Uniwersytecie w Moskwie, a potem wyśle jeszcze Zygmunta na studia do Paryża (Sorbona i College de France) i Monachium.

W Paryżu Zygmunt nawiąże bliskie kontakty z patriotyczną elitą Polaków tam przebywających. Centrum stanowi hotel Lambert i Adam Czartoryski, ale jest też Zygmunt Krasiński, Józef Ignacy Kraszewski, Wincenty Pol. Zaprzyjaźnił się z Juliuszem Słowackim, z którym wyprawi się do Polski, aby wziąć udział w powstaniu „Wiosny Ludów” (1848) w Poznaniu. Po powrocie do Paryża Słowacki, pojednany z Bogiem umrze na jego rękach. Ta śmierć – jak sam Zygmunt wyzna – obudziła w nim kapłańskie powołanie jako pragnienie całkowitego oddania się Bogu i ludziom w zniewolonej Ojczyźnie.

Wraca do kraju i wstępuje do Seminarium Duchownego w Żytomierzu (1851). Po roku biskup wysyła go na kontynuację studiów do rzymskokatolickiej Akademii Duchownej w Petersburgu  gdzie spotka wybitnego rektora arcybiskupa Ignacego Hołowińskiego i zostanie przez niego – już chorego – wyświęcony na kapłana. Odtąd oddaje się całym sercem pracy duszpasterskiej jako wikariusz a potem profesor i ojciec duchowny alumnów Akademii Duchownej. Opiekuje się sierotami i ubogimi, i potajemnie zakłada Zgromadzenie Sióstr Rodziny Maryi. Słynie też jako wybitny kaznodzieja i spowiednik. Opinia o nim jest powszechnie bardzo pozytywna, mówi się, że to „najlepszy ksiądz w Rosji”. Łaska Boża idzie za nim do tego stopnia, że rośnie liczba nawróceń i to nawet w gronie najbliższych współpracowników cara, tak się nawrócił carski adiutant, baron Leonij Pawłowicz Nikolaj (następnie wstąpi do kartuzów).

6 stycznia 1862 roku – Ks. Zygmunt na sugestię cara zostaje mianowany przez Piusa IX arcybiskupem Metropolitą Warszawskim i w dwadzieścia dni później przyjmuje w Petersburgu święcenia biskupie. Do Warszawy przybywa już 6 lutego po dniu modlitwy spędzonym na Jasnej Górze.

Powitanie w Warszawie było chłodne, ponieważ odmówił propozycji rządowych ceremonii a księża i lud Warszawy bardzo nieufnie patrzyli na biskupa z Petersburga.

Sytuacja w Stolicy była bardzo skomplikowana. Od czterech miesięcy kościoły warszawskie były zamknięte przez władzę kościelną na znak protestu przeciw represjom wojskowym połączonym z rozlewem krwi, dokonanym w katedrze i w kościele św. Anny. Nowy Arcybiskup wiedział, że sytuacja jest napięta, ale zdawał też sobie sprawę, że bez modlitwy i wspólnej niedzielnej Mszy świętej słabnie wiara a i duch narodu powoli ulega rozkładowi. Zarządza zatem otwarcie wszystkich kościołów, ale przestrzega przed prowokacjami, zaleca zaniechanie śpiewu pieśni patriotycznych, drażniących okupanta, w tym śpiewu Boże coś Polskę autorstwa jego stryja. Takie zarządzenia nie mogły się podobać, ale Arcybiskup patrzy dalej i z dynamizmem godnym świętego promuje odważny, maksymalnie dynamiczny program pracy organicznej od podstaw, nad ożywieniem i pogłębieniem wiary, nad ukierunkowaniem zdrowej religijności.

Za wszelką cenę próbuje oszczędzić starć z wojskiem carskim, w czasie których giną najlepsi synowie Ojczyzny, potrzebni jej w trudnych czasach.

Widzi, że wśród duchowieństwa są różne orientacje, są oportuniści, ale i gorące, patriotyczne serca. Wprowadza wspólne rekolekcje dla księży, szerzy trzeźwość i nabożeństwa majowe w całej archidiecezji. Do opieki nad sierotami i młodzieżą sprowadza na ulicę Żelazną swoje umiłowane Siostry Rodziny Maryi a wkrótce także Siostry MB Miłosierdzia. Nie ukrywa uczuć miłości do Ojczyzny. Publicznie mówi: Polakiem jestem, Polakiem umrzeć pragnę. Przywiązanie do narodu to według niego „uczucie święte”, ale prawdziwy patriotyzm polega nie na głośnych okrzykach, lecz na sumiennej, a wytrwałej pracy dla dobra kraju.

Przygotowuje Synod Prowincjalny, jednocześnie broni represjonowanych patriotów i interweniuje za uwięzionymi. Całym sercem usiłuje powstrzymać wybuch Powstania Styczniowego, bo wie, jaką cenę trzeba będzie zapłacić wobec carskiej przemocy.

Kiedy po wybuchu powstania represje nie ustawały, 12 marca 1863 roku złoży dymisję z Rady Stanu i napisze list do cara Aleksandra II, w którym stwierdza z bólem: Krew płynie wielkimi strumieniami, a represje jeszcze bardziej je rozdrażniają … Polska nie zadowoli się autonomią administracyjną, ona potrzebuje bytu niepodległego.

Wezwany do Petersburga wie, że jego los jest przesądzony i że do Warszawy nie wróci. Rząd Narodowy proponował mu ucieczkę za granicę, ale Arcybiskup propozycji nie przyjął. Pożegnał się z księżmi w rezydencji na Miodowej i zarząd diecezją powierzył biskupowi nominatowi Pawłowi Rzewuskiemu, a na wypadek jego zesłania, mianował trzech kolejnych wikariuszy generalnych. Niestety – carat wszystkich czterech skazał na wygnanie.

Biskup płocki Wincenty Popiel uczestnik pożegnania z Warszawą odnotował fragment przemówienia Arcybiskupa Felińskiego, który z przejęciem zachęcał: Strzeżcie praw Kościoła świętego, pilnujcie gorliwie tej świętej wiary naszej… Jeśliby was, kto namawiał do takiego czynu, którego popełnić się nie godzi bez uchybienia prawom Bożym i prawom Kościoła, odpowiadajcie każdy: NON POSSUMUS, odpowiadajcie wszyscy NON POSSUMUS…

Z tej jego lekcji w chlubny sposób skorzystał kiedyś Sługa Boży Kard. Stefan Wyszyński, który w trudnym czasie komunizmu, w pewnym momencie oświadczy, że kiedy wróg pragnie zasiąść na ołtarzu – musimy powiedzieć – stop, nie możemy pozwolić, non possumus!.

Także i dzisiaj każdy chrześcijanin, każdy ksiądz i każdy Biskup przy całej otwartości na nowe wydarzenia musi w pewnych momentach stwierdzić; nie możemy milczeć, nie możemy udawać, że nie widzimy nieuczciwości i intryg, że nie widzimy zaniku kultury i ducha w narodzie, że nie widzimy bezradności wobec mafijnych układów, konsumpcji i wyprzedaży miejsc pracy.

Non possumus – nie możemy milczeć, gdy o prawo do zabijania dziecka poczętego dobija się po międzynarodowych sądach matka i kiedy za nazwanie zabójstwa niewinnego, bezbronnego dziecka – morderstwem – karze się redaktora katolickiego pisma. Nie możemy milczeć, widząc jak stołeczna salonowa gazeta rozkłada ducha narodu i wszelkimi sposobami wmawia mu, że nowoczesność polegać będzie na wyrzeczeniu się honoru, miłości ojczystej ziemi, chrztu, ewangelii i zbawczego krzyża.

Arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński 14 czerwca 1863 roku opuścił Warszawę jako więzień stanu i pod eskortą wojskową dotarł do Gatczyna. Stąd napisał memoriał do cara, którym przesądził jeszcze swoje bezterminowe zesłanie. Z odwagą pisał do monarchy: Miłość ojczyzny jest uczuciem wrodzonym i nikogo nie można za nią winić. Nie jest też winą Polaków, że mając świetną i bogatą przeszłość historyczną wzdychają do niej i dążą do odzyskania utraconej niepodległości.

Dwadzieścia lat spędził w Jarosławiu nad Wołgą, kolejne – aż do śmierci – 12 lat przeżył w południowej Galicji w Dźwiniaczce. Wszędzie spalał się w gorliwej służbie ludowi, organizował budowę kościołów i pomoc biednym, zwłaszcza dzieciom. Zaskarbił sobie serca ludzi i miłość Serca Jezusowego. Wierny sługa i czciciel Maryi zmarł w Krakowie, wracając z nieskutecznej kuracji w Karlsbadzie. Kazanie pogrzebowe wygłosił ks. Józef Sebastian Pelczar, dziś także czczony jako święty biskup przemyski.

Twoje życie i śmierć Twoja – to jakby wielkie kazanie do Narodu, by szedł zawsze drogami bożymi, jeżeli się chce doczekać lepszej doli. Za to kazanie dziękuje ci Ojczyzna, dziękują pasterze z ludem, dziękuje dawna Twoja owczarnia i przy tej trumnie przeprasza, że Cię pierw nieraz  zasmuciła.

Cierpienia i upokorzenia świętych stają się błogosławieństwem dla potomnych. A zatem od tej trumny świętego biskupa, który ludowi naszej stolicy służył zaledwie 16 miesięcy, ale przykładem życia i ofiarą wiernej miłości utwierdzał jej wiarę aż do śmierci, niech idzie na cały naród przesłanie, że wiara zwycięża, a Boży prorok zawsze ma rację i że warto go słuchać zwłaszcza wtedy, kiedy stawia trudne wymagania.

Amen.

2017-06-18T20:45:23+00:00 08 marca 2010|Homilia|