Trzeba, by Jasna Góra była nadal twierdzą duchową!

Fragmenty homilii abp. Józefa Michalika wygłoszonej w Kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze 20 stycznia 2005 r. Tekst nieautoryzowany, opublikowany w dwumiesięczniku „Jasna Góra” nr 2/ 2005.

 

(…) Jesteśmy przed Tą, która od czasów Jana Długosza nazywana jest, odczuwana i przeżywana jako Królowa Polski. Przed tym Obrazem modlimy się świadomi, że jest jakaś głębsza więź każdego polskiego serca z Matką Pana, którą przez życie modlitwą, przez nasze wysiłki i ofiary chcemy uznawać Królową, czyli Panią – Tą, która decyduje z nami, a niekiedy i za nas. Przychodzimy tu dzisiaj pokrzepić się spojrzeniem na historię naszych dziejów, aby lepiej i godniej żyć. Idąc w przyszłość, chcemy wnieść w nią te wielkie wartości, które otrzymaliśmy od naszych przodków, które otrzymaliśmy przez Maryję od samego Jezusa.

Drogowskaz jest bardzo wyraźny. Słyszeliśmy go przed chwilą, dwukrotnie powtórzony przez św. Jana: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (zob. 15,12-17). A więc skałą prawdziwą, mocną, na której warto budować jest miłość. Miłość, która ma określone cechy. Miłość chrześcijańska nieodłączna jest od wiary. Jasna Góra jest zbudowana na fundamencie wiary czynnej, na tym fundamencie wiary owocującej w życiu. Ta cecha maryjności jasnogórskiej ma jeden szczególny rys – piękny, kwitnący, owocujący w życiu ludzi, którzy tu przychodzą. Jasna Góra jest niezwykle bogata w konfesjonały. Tu człowiek przychodzi oczyścić się wewnętrznie. Tu, za każdym spojrzeniem na człowieka ukorzonego przed Bogiem, dokonuje się cud Bożego miłosierdzia, unicestwienie grzechu, odrodzenie wewnętrzne, przywrócenie łaski chrztu. To jest skała wiary Narodu polskiego i tej skały musimy strzec.

Myślę, że słusznie wydobywamy ze skarbca historii to wielkie, niezwykłe wydarzenie, jakim była zwycięska obrona Jasnej Góry. Wiemy, że pokonany król Jan Kazimierz – zniechęcony i przerażony – uciekł wtedy na Śląsk, znajdujący się poza granicami Polski. Król szwedzki Karol Gustaw był już w Krakowie, właściwie był wszędzie. Pozostała mu tylko Jasna Góra. Nie należała ona do największych i najmocniejszych twierdz. W środowiskach żołnierskich nazywano ją pogardliwie „kurnikiem”. Cóż by się tam miało dziać?! Będzie łatwo ją zdobyć! Żołnierze mają swoje sposoby, a i technologia była już wtedy dobrze rozwinięta. Wiemy, że każdego dnia 340 ciężkich pocisków pancernych spadało na ten klasztor, że przyciągnięto 6 potężnych armat, że bombardowano nieustannie… A jednak nie pokonano tego miejsca, które broniło 160 żołnierzy i 70 zakonników. Tylko tylu. Może jeszcze kilka rodzin, którym zakonnicy dali schronienie. Ale obrona stała się możliwa. Dlaczego? Dlatego, że wiara i moc miłości przywiązania do tego miejsca płonęła w jednym sercu, a z tego serca rozpalała się na tych 70. i tych 160. To jest właśnie ta wielka tajemnica człowieka, który całym sobą, całą swoją inteligencją próbował paktować. Przyjmował posłów, pisał listy i do króla, i do gen. B. Mullera, targując się i prosząc o zwłokę. Jednocześnie podtrzymywał braci, bo wiedział, że jeśli wytrwają w jedności, to śmierć w obronie tego miejsca będzie zaszczytem. Umrzeć bowiem w dobrej sprawie, to oddać życie ku chwale wieczności w zjednoczeniu z Maryją i z Jezusem, dla którego o. Augustyn żył, dla którego składał śluby, do którego każdego dnia przychodził modlić się i czerpać z Niego siły.

Myślę, iż warto przypomnieć, że Rzeczypospolita XVI w. była wydana na prywatę, na przekupstwo, na zdradę, bo to było przyczyną nieszczęścia naszej Ojczyzny. Prywata „postaw sukna”. Ojczyzna podzielona według tej zasady – kto miał więcej możliwości, ten więcej starał się sobie przykroić. A jednak znalazła dość siły, żeby się obronić. Wydobyła z siebie te siły dzięki o. A. Kordeckiemu, dzięki jednemu człowiekowi. Warto sobie uświadomić i powiedzieć, że i w dzisiejszych czasach Polska, Ojczyzna nasza, jest zalewana różnymi prywatami. Nie ma już chyba dnia, żebyśmy nie dowiadywali się o jakimś nowym skandalu, o jakiejś prywacie bezwstydnej, o tym, że ktoś, komu wspaniałomyślnie przebaczono przeszłość i zaufano, znów dopuścił się nadużyć.

Tak jak kiedyś, pojawiają się głosy, że Polska traci substancję, bo traci wolę życia, bo rozlewa się zniechęcenie. I dlatego ogromnie ważne jest to, żebyśmy zrozumieli, że w Ojczyźnie naszej i dzisiaj, w roku 2005, jest dosyć sił do powstania, jest dosyć sił do odrodzenia, ale musi być żelazna konsekwencja i większa jedność w Narodzie. Inaczej ten Naród po raz kolejny przechodził będzie przez bolesne doświadczenia, zapominając o historii bliższej i dalszej. I dlatego myślę, że warto wsłuchać się w słowa kard. Karola Wojtyły, który w 1973 r. podczas uroczystości z okazji 300-lecia śmierci o. A. Kordeckiego powiedział bardzo wymowne słowa: Przybyliśmy tutaj, aby się od niego nauczyć tej wiary i tej nadziei, która wszystko zwycięża, staje przed każdym zagrożeniem, nie boi się zagrożenia wiary, która pisze dzieje Kościoła i Polski. Również my przychodzimy tu dzisiaj z wiarą, że jest z nami Jezus, że jest z nami wstawiennictwo Maryi po to, żebyśmy lepiej i mocniej uwierzyli, żebyśmy wzbudzili w sobie nadzieję i wartość czynu, z miłości do drugiego człowieka, z miłości do Kościoła i z miłości do naszej Ojczyzny.

Na przestrzeni wieków Jasna Góra stawała się natchnieniem i wyzwalała niezwykłe duszpasterskie programy, które tworzył sługa Boży kard. S. Wyszyński – wielki niewolnik Maryi. Tworzył je także Ojciec Święty Jan Paweł II jeszcze jako kardynał krakowski. Potem, już jako Papież, przychodził i przypominał, że trzeba przykładać ucho do tego miejsca, gdzie bije serce Polski i przykładać ucho do serca Maryi, które bije w sercach wierzących; i pytać, i patrzeć, i obserwować, i wiedzieć zagrożenia.

(…) Dzisiejsze czasy są również wielkim wyzwaniem i zadaniem dla Jasnej Góry i dla każdego polskiego serca. Jasną Górę, jej siłę i moc tworzą wszyscy Polacy; tworzą ją wielkie, piękne ikony, malowane kopie tego Cudownego Wizerunku i te maleńkie obrazki noszone gdzieś tam przy sercu czy w modlitewniku. To nas wszystkich łączy, bo myśmy wychowani na tym drgnieniu serca w kierunku Matki Bożej Jasnogórskiej, która trwa nieustannie. To nie jest tylko slogan, to nie jest przenośnia. Trzeba, żeby ta Jasna Góra była nadal twierdzą duchową, która osłania, ma odwagę stawiać czoła, rozpoznawać nieprzyjaciela, pokazywać światło:, pokazywać drogę, wzniecać i umacniać nadzieję, która pozwoli przetrwać trudności.

Duchowość Jasnej Góry jest wyraźnie duchowością maryjną, a będzie duchowością prawdziwą, jeśli będzie oparta na wysiłku wiary czynnej (…). Potrzebne jest świadectwo naszej wiary, potrzebne jest to pochylenie się przed ołtarzem, przed krzyżem i przed obrazem Pana i Jego Matki. To najważniejsze, ale zaraz po tym musi być krok następny, który jest przywołaniem serca do czynu, do posłuszeństwa sumieniu, do tego, żeby w drugim człowieku jawił się nam żywy Chrystus, żebyśmy próbowali ewangelizować. Żebyśmy przez modlitwę za drugiego człowieka, przez słowo i przez przykład życia przyprowadzali do Chrystusa i Jego Matki także innych ludzi.

Myślę, że pierwsze wyzwanie, które niesie dzisiejsza rocznica, jest wołaniem do zakonników, do Ojców Paulinów, do stróżów Cudownej Ikony, żeby uczyli i pomogli nam żyć prawdziwą miłością maryjną. A ta miłość maryjna ma kilka cech – powiedziałbym, że są to cztery „m”.

Miłość maryjna jest mądra, nie boi się rozeznawania znaków czasu. Żeby obronić Jasną Górę, potrzebna była mądrość o. Augustyna. Trzeba było bowiem uruchomić całą inteligencję, żeby zgromadzić 160 zjednoczonych, odważnych rycerzy, żeby odwlec oblężenie, licząc na pomoc Opatrzności i mroźnej zimy, która osłabiała nieprzyjaciela. Mądrość, to jest posługiwanie się tym wielkim darem rozumu, który umacnia Duch Święty. Przyjęty w sakramencie bierzmowania, pomaga nam zachować krytycyzm do samych siebie i wybrać środki właściwe do zrealizowania celu, jakim jest zbawienie każdego człowieka, każdego z nas.

Jasnogórska miłość do Matki Bożej jest męska: odważna, zdecydowana, nie lękająca się trudności, dźwigająca odpowiedzialność za czas, który został nam dany. Mówi się, że dzisiaj jest kryzys macierzyństwa, że Polska wymiera, ale kryzys macierzyństwa jest dlatego, że jest kryzys ojcostwa, że brak męskości, która ma odwagę patrzeć perspektywicznie naprzód, przewidywać i wybierać środki dostosowane do tych trudności, do tych zadań i celów, które mamy zrealizować.

Miłość ta powinna być także mocna wiarą mocniejszą niż wszystko inne i ofiarą niepoddającą się zwątpieniu. Kto zwątpił i uwierzył kłamcom, ten już przegrał. Trzeba uwierzyć Bogu, który jest Odwieczną Prawdą. Niech ta nasza miłość będzie również miłością do Ojczyzny, nie tylko do Kościoła, nie tylko do drugiego człowieka. Nie wstydźmy się i nie bójmy się mówić o patriotyzmie, o miłości Ojczyzny, bo ona tej miłości potrzebuje. Potrzebuje nie tylko rachunku zysków i strat, ale też ofiary. Musimy się dziś bardzo pilnować, bo coraz więcej wokół nas tego patriotyzmu krzykliwego, zewnętrznego… Za wiele prywaty „postaw sukna”, za wiele tych, którzy powstają niby z miłości do Ojczyzny pod kolejnym szyldem, by tak naprawdę jak najwięcej pozyskać dla siebie. A należałoby zjednoczyć się w trudzie, żeby i innych pobudzić do tego zdrowego patriotyzmu, gotowego do poświęcenia i ofiary.

Myślę, że trzeba tu dzisiaj powiedzieć, że liczymy na modlitwę, liczymy i prosimy o nowy cud obrony naszej Ojczyzny, jej ducha, jej duszy, tego wszystkiego, co dobre, tego wszystkiego, co otrzymaliśmy i co wyznajemy przed ołtarzem. Ten współczesny patriotyzm trzeba poszerzyć przed ołtarzem. Trzeba go też poszerzyć o miłość Europy. Europy, do której weszliśmy dobrowolnym aktem wyboru. Ta Europa potrzebuje ludzi wierzących i ludzi praktykujących tę wiarę, bo zginie, jeśli się nie obudzi do uznania Boga za swego Pana i Władcę. I trzeba to przyjąć jako cel i zadanie, bo Europa jest nie tylko areligijna, ale jest chora moralnie. Europa – jak słyszymy i obserwujemy – ma dziwny lęk przed Bogiem, który jest jedynym zbawcą. I dlatego newralgia, jakiś paraliż umysłowy i duchowy dotyka polityków europejskich, ilekroć trzeba powiedzieć, że Panem serca człowieka jest Bóg, który ma prawo do tego serca.

Myślę, że uzdrowienie jest uwolnieniem od grzechu – grzechu niewiary, grzechu nienawiści do Boga i drugiego człowieka. A z grzechu uzdrawia Bóg i trzeba o tę łaskę uzdrowienia się modlić. Warto to sobie dzisiaj powiedzieć w poczuciu odpowiedzialności za to wszystko, czym żyjemy i czym chcemy żyć w przyszłości. Warto powiedzieć, że niebezpieczną jest sytuacja, kiedy się redukuje religię do interesów publicznych. Nigdy nie można na to pójść! Polityka musi uznawać etykę i prawo moralne, jednak religii nie można zredukować ani do kultury, ani do społecznych funkcji. Religia chrześcijańska to spotkanie Jezusa Zbawiciela, to ożywienie tej głębi, która dokonuje się w sercu człowieka i głębi jedności, która prowadzi nas do nadprzyrodzoności, która budzi w nas nadzieję życia wiecznego.

Warto posłuchać ludzi mądrych. Filozof francuski Andre Gluxman mówi, że dziś głównym problem Europy jest to, że nie jest ona w stanie zauważyć zła, które ją otacza i nieszczęść, które mogą się wydarzyć. Dlatego Europa potrzebuje ludzi wierzących, ludzi przestrzegających przed budowaniem przyszłości na interesach finansowych, na handlu, na zysku… Jeśli to będzie zysk bez etyki, jeżeli to będzie zysk, na czele którego nie stoi miłość, miłosierdzie i czynna troska o drugiego człowieka, zysk, który lekceważy Boga – smutna jest przyszłość Europy i… nasza.

Nie bójmy się jednak Bracia i Siostry, ufajmy że człowiek jest lepszy niż myślimy, pomimo że ta propaganda – wysiłek o pozyskanie ludzkiego serca – przetacza się przez Europę, przetacza się przez świat i naszą Ojczyznę (…).

2017-06-18T19:23:41+00:00 20 stycznia 2005|Homilia|