Wywiad z abp. Józefem Michalikiem, nowym przewodniczącym Konferencji Episkopatu

KAI: Jak Ksiądz Arcybiskup postrzega swoją rolę jako przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Jaką ma koncepcję pracy? Co w pracach KEP wymaga reformy?

Poznałem dwa wzorce prac Episkopatu. Jeden naszej Konferencji, który prezentował Prymas Polski kard. Józef Glemp, z drugim miałem okazję się zapoznać podczas mojej pracy w instytucjach watykańskich oraz w oparciu o różne kontakty zagraniczne. Obydwa wzorce uwzględniały model „kolegialności”, czyli wspólnego podejmowania decyzji. Przecież Konferencja Episkopatu jest wspólnotą biskupów, z których każdy jest odpowiedzialny za swój lokalny Kościół, a podlega wyłącznie papieżowi.

Na pewno w pracach Episkopatu nie może być realizowany taki rodzaj pracy, w którym można się natychmiast skonsultować z przewodniczącym mieszkającym w Warszawie, bo sytuacja jest teraz zupełnie inna, ponadto przewodniczący nie jest prymasem, nie będzie mieć za sobą tego historycznego autorytetu.

Pewien etap już się zakończył. Rozpoczynamy nowy, który dopiero trzeba zbudować.

Swoją rolę – jako przewodniczącego – widzę jako tego spośród biskupów, który przede wszystkim służy innym biskupom i umożliwia im realizację ich zadań. To jest typowa funkcja służebna, z którą łączy się bardzo niewielka władza, ale za to dużo obowiązków.

Uważam, że skuteczność przewodniczącego w ramach Konferencji Episkopatu może być tym większa, im głębszy będzie jego związek z biskupami, a im mniejsza „zewnętrzność”. Moja sytuacja jest inna niż dotychczasowych przewodniczących , którzy mogli liczyć na bezpośredni kontakt z kościelnym i nie tylko kościelnym środowiskiem stolicy, ponadto, jak już wspomniałem nie mam autorytetu tego historycznego urzędu prymasa – nie mam też za sobą cierpień Prymasa Wyszyńskiego czy doświadczenia Prymasa Glempa.

W bardzo spokojny i pokorny sposób muszę stanąć naprzeciw czekającym zadaniom. Na szczęście nie jestem sam, jest Prezydium Konferencji, jest Rada Stała, biskupi, a i ks. Prymas na pewno nie odmówi pomocy.

KAI: Jakich zmian w sposobie pracy KEP możemy się więc spodziewać?

Najpierw musimy wypracować konkretny styl pracy i dlatego spotkamy się w gronie prezydium KEP: przewodniczący, zastępca oraz sekretarz, i propozycje trzeba przedstawić Radzie Stałej.

Byłoby nieroztropne przedstawiać jakieś koncepcje bez przeprowadzenia tych konsultacji, wysłuchania opinii biskupów. Sądzę, że poszczególni biskupi mogą mieć bardzo cenne pomysły. Wśród wielu z nich narasta świadomość, że reforma sposobu pracy Episkopatu jest potrzebna.

KAI: A jak ocenia Ksiądz Arcybiskup działalność Komisji, Rad i Zespołów Episkopatu? Czy ich prace nie powinny mieć większego przełożenia na problematykę zebrań plenarnych KEP, na treść listów Episkopatu? Są takie Komisję, które zebrały się w ciągu ostatnich kilku lat tylko raz. Czy metoda prac KEP nie wymaga zmian?

Ewentualne zmiany wymagają określenia aktualnych wyzwań stojących przed Kościołem i dostosowania do nich metod pracy. Zdecydowana większość Komisji pracuje intensywnie i dobrze. W przypadku osłabienia dynamizmu twórczego nie wiadomo, czy są złe struktury, czy istnieje jakaś inna przyczyna, która wygasiła zainteresowania zespołu.

Mogę powiedzieć, że pracowałem w kilku Komisjach i cenię sobie to doświadczenie, ale zanim dokona się jakichś ocen lub wystąpi z propozycjami trzeba dobrze rozeznać sytuację.

Może korzystne by było zintensyfikowanie kontaktów Prezydium Konferencji z przewodniczącymi Komisji, ale nie wiem jednak jak taki pomysł ocenią sami zainteresowani i czy będzie to w pełni możliwe z racji ograniczeń czasowych. Zawsze jednak warto szukać nowych sposobów i metod pracy.

KAI: Jaką Ksiądz Arcybiskup ma koncepcję współpracy ze swoim zastępcą? Dotąd wydawało się, że rola wiceprzewodniczącego KEP ma charakter bardziej formalny? Pytamy o to tym bardziej, że w komentarzach prasowych zwracano uwagę na wyraźną komplementarność cech i programu działania, jakie reprezentuje abp Gądecki.

Współpraca z prezydium Episkopatu, a więc z zastępcą abp Stanisławem Gądeckim i sekretarzem bp Piotrem Liberą, nie zależy tylko od przewodniczącego.

Nie zamierzam niczego narzucać, ale będziemy pracować kolegialnie. Wydaje się, że zrewidowania będzie wymagać koncepcja funkcji sekretarza generalnego KEP, który będąc na miejscu w Warszawie, będzie pewnie musiał dźwigać większą odpowiedzialność wobec spraw nagłych, nie cierpiących zwłoki. Zresztą statut przewiduje taką możliwość.

Nie planuję np. otwierać osobnego biura przewodniczącego Episkopatu, nie chcę mnożyć administracji. Ta praca spadnie pewnie na Sekretariat Episkopatu.

KAI: Jak będzie Ksiądz Arcybiskup łączył nowe obowiązki z pasterzowaniem w metropolii przemyskiej?

Na pewno będę musiał być częściej w Warszawie, ale jak często nie potrafię jeszcze powiedzieć. Sądzę, że część pracy można będzie wykonać przy pomocy internetu czy telefonu.

KAI: Wiemy, że na Księdza Arcybiskupa czeka osobne piętro w nowym gmachu Episkopatu w Warszawie?

Nie wiem jak wygląda to „osobne piętro” i nie zamierzam go zajmować. Wystarczy mi jakiś skromny pokój np. ten, który zajmowałem dotychczas. Nie chcę mnożyć przestrzeni wokół siebie. Nie na tym polega rola przewodniczącego Episkopatu.

KAI: A jakie będą relację między prymasem a przewodniczącym Episkopatu, jak zostaną rozdzielone zadania?

Nie mamy jeszcze wypracowanej metodologii pracy, pewnie jakieś zadania zostaną przy prymasie. Nie jestem zwolennikiem rewolucji, prace Kościoła musimy dostosowywać do wymagań i możliwości, trzeba szukać nowych dróg zachowując szacunek wobec tego, co do tej pory zostało zrobione zwłaszcza jeśli przynosi dobre owoce.

W Statucie KEP nie są określone kompetencje prymasa, ale to przecież człowiek wielkiego doświadczenia i żal by było zeń nie skorzystać, będziemy zapraszać Księdza Prymasa do udziału w pracach Rady Stałej.

Na którymś z zebrań plenarnych można rozważyć różne nowe alternatywy, ale aby coś zmodyfikować na stałe, wówczas trzeba wprowadzić odpowiedni zapis do Statutu KEP.

KAI: Jaki – zdaniem Księdza Arcybiskupa – jest stan naszego Kościoła, nasza religijność, kondycja duchowa Polaków? Co jest największą siłą polskiego katolicyzmu, a jakie są największe słabości?

Jako największy „sukces” Kościoła w Polsce postrzegam bardzo wysoką frekwencję osób przystępujących do sakramentu pokuty. Możemy być dumni, że mamy kolejki do konfesjonałów, że nie boimy się mówić Bogu o swoich słabościach. Sakrament pojednania jest zwierciadłem naszego katolicyzmu. Polacy zachowują poczucie grzechu i potrafią zgodnie z wiarą ten grzech przeżyć. Wciąż wierzą, że tylko Bóg odpuszcza grzechy poprzez sakrament pokuty.

Dopóki mówimy Bogu o swoich grzechach, dopóty nie grozi nam kryzys wiary. Właśnie utrata poczucia grzechu leży u podstaw problemów Kościoła w krajach zachodnich. Brak poczucia grzechu – relatywizacja dobra i zła – otwierała bramy masowej laicyzacji.

Sukcesem jest też szeroko prowadzona i unowocześniana katechizacja oraz akcja charytatywna Kościoła, życie duchowe wielu parafii i powołania, nie chodzi tylko o powołania zakonne czy kapłańskie, ale także o nowe formy powołań świeckich.

Ostatnio np. biskupi zdecydowali o wprowadzeniu stałego diakonatu, pojawiły się wdowy konsekrowane, powstają instytuty świeckie, czy powołania do konkretnych zadań w Kościele.

Mamy bardzo silną świadomość obrony życia, świeckie ruchy broniące życia poczętego są bardzo aktywne, domy samotnej matki istnieją w każdej diecezji. Warto podkreślić, że to nie państwo, ale właśnie Kościół rozwiązał ten problem. Mamy liczne kościoły zbudowane rękoma zwykłych ludzi. One wyrosły z naszej wiary, z naszych serc, z ofiar…

Siłą naszego Kościoła będzie też i na przyszłość stopień zaangażowania świeckich. Znamy liczne pozytywne przykłady zaangażowania podejmowanego przez nasz laikat. Z pewnością ten stopień zaangażowania i odpowiedzialności za wspólnotę Kościoła nie jest w pełni wystarczający, ale dobrze, że wiemy nad czym trzeba pracować. Na pewno sukcesem Kościoła w Polsce jest niezależność od świata polityki czy biznesu.
Ile razy Kościół tracił te niezależność tyle razy ponosił stratę. Uważam, że to jest siła Kościoła.

Dlatego jestem zdecydowanym przeciwnikiem przywilejów dla Kościoła, np. ulgom celnym, bo one rodzą falę podejrzeń, nieufności i oskarżeń. W kwestii ceł na działalność charytatywną może warto wypracować jakieś rozwiązanie na poziomie Unii Europejskiej. Kościół musi być przede wszystkich związany z ludźmi szczerymi, autentycznie praktykującymi, zatroskanymi o jego misję, a to jest najczęściej biedny lud, który go utrzymuje ze złotówek rzucanych na tacę.

Są też i zamożni praktykujący i ofiarni chrześcijanie, którzy z potrzeby serca a nie dla wykazów i statystyk wspierają dzieła Kościoła.

Dzisiaj jednak wszyscy w Kościele, także pracujący w jego strukturach świeccy, kapłani i biskupi winni mieć odwagę przyjęcia postawy ubóstwa. Kościół ubogi zyskuje dodatkową zewnętrzną wiarygodność. Jako pasterze nigdy nie możemy o tym zapominać. Pamiętać o Bogu i biednych.

KAI: A czy księża w Polsce chcą być ubodzy?

Bogactwo księży to mity, są pojedyncze przypadki ekstrawagancji materialnej, ale z lubością nagłaśniają je środowiska antyklerykalne czyniąc tym pewnie przysługę zainteresowanym. Mitem jest też bogactwo Kościoła w Polsce. Mam wiele takich parafii, które nie są w stanie utrzymać zabytkowego Kościoła, bo państwo narzuca wymagania konserwatorskie, których nie możemy wypełnić. Z kolei w małych parafiach księża borykają się z poważnymi trudnościami aby np. opłacić zimowe ogrzewanie.
W mojej diecezji istnieje od kilku lat fundusz pomocy małym, biednym parafiom.

KAI: Może trzeba zmienić system finansowania Kościoła w Polsce, np. wprowadzając tzw. podatek kościelny?

O tym powinni zadecydować sami wierni, bo to przecież są ich pieniądze. Być może większość opowie się za jakąś formą podatku kościelnego. Ja osobiście bardzo się obawiam wprowadzania tu jakiś urzędowych rozwiązań i działania za pośrednictwem „fiskusa”.

KAI: A jakie są słabości naszego Kościoła?

Niestety Polacy jak wszyscy Europejczycy często nie potrafią przełożyć wiary na codzienne życie. Są chrześcijanami w domu, w kościele, ale w pracy już nie kierują się wartościami Ewangelii. W dużej mierze jest to wyraz słabości ludzkiej, ale także dziedzictwo przeszłości, a i dzisiaj niespójne, a często niesprawiedliwe prawodawstwo utrudnia moralne odrodzenie społeczne.

Ulegliśmy światu w relatywizacji licznych zachowań. Wiara części Polaków nie jest dostatecznie pogłębiona, jest na pewno zbyt wiele pustych słów, rzucanie haseł bez pokrycia.

W niektórych regionach kraju sieć kościołów filialnych, dojazdowych jest niewystarczająca i uciera się zły zwyczaj mszy radiowej czy telewizyjnej, która przeznaczona jest dla chorych i nie mogących uczestniczyć bezpośrednio w tym misterium zbawczym.

Zawsze też trzeba się strzec niebezpieczeństwa rozłamu, braku jedności. Musimy tu być bardzo czujni, uważni. Trzeba rozróżniać co jest pluralizmem, a co już naruszaniem jedności.

KAI: Mówi Ksiądz Arcybiskup o zagrożeniach jedności Kościoła. Co Ksiądz Arcybiskup ma na myśli? Czy takim niebezpieczeństwem jest np. środowisko Radia Maryja? Episkopat powołał specjalny zespół ds. toruńskiej rozgłośni, ale mimo 2 lat działalności nie zdołał on wypracować jasnego rozwiązania, np. umowy między Episkopatem a Radiem Maryja?

Nie można refleksji i troski o zachowanie jedności Kościoła kanalizować tylko w problemie „Radia Maryja”, „Radia Plus”, „Tygodnika Powszechnego”, czy konkretnego teologa lub publicysty.

Dla wszystkich jest miejsce w Kościele, wszyscy jego jedność tworzą, lub naruszają. Na każde środowisko katolickie lub chrześcijańskie chciałbym patrzeć przez pryzmat eklezjalności i dlatego sądzę, że radio, które uważa się za katolickie powinno nim być w 100 procentach, bez cienia wątpliwości.

Radio Maryja nie da się zakwalifikować jednoznacznie. Ma ono misję i emisję religijną i pełni ją profesjonalnie, dobrze i owocnie pogłębia wiarę. Trzeba o tym zawsze pamiętać. Nie do przecenienia jest wielka szkoła modlitwy prowadzona od lat także przez to radio. Nadaje ono w ten sposób nowy wymiar naszej rzeczywistości, ponadto poprzez intensywny kontakt ze słuchaczami budzi podmiotowość społeczeństwa, dynamizuje je, zmusza do myślenia i działania i to we wszystkich sprawach, religijnych, społecznych, organizacyjnych i innych.

Według mnie aby nie było wątpliwości w sprawach zaangażowania społecznego, politycznego lub duszpasterskiego Radia Maryja, powinno ono przyjąć asystenta kościelnego z ramienia Konferencji Episkopatu. Jest to wprawdzie rozgłośnia zakonna, lecz ogólnopolska, a w takim razie w sensie realizowanego programu winna podlegać bezpośrednio trosce ze strony Episkopatu. Asystent kościelny jest po to, aby mieć decydujący wpływ na treści nadawane przez katolickie radio. Winna je cechować pełna zgodność nie tylko z nauczaniem Kościoła, ale programem duszpasterskim realizowanym przez Episkopat.

Obserwacja kościelnego życia medialnego w Polsce nasuwa liczne refleksje. Wiemy jak trudne i kosztowne jest zorganizowanie własnego radia czy gazety. Tygodniki „Niedziela” czy „Gość Niedzielny” otworzyły się na edycje diecezjalne.

Redakcje naczelne tych tytułów nic nie straciły na tej propozycji, powiem więcej – zyskały. Zyskały też diecezje i może tak mogłoby się stać w przypadku Radia Maryja. W ten sposób redaktorzy poszczególnych radiostacji diecezjalnych, mianowani przez biskupa byliby niejako kościelnymi asystentami tego Radia.

Obecnie Episkopat pracuje nad instrukcją określającą zasady wypowiadania się duchownych w mediach. Ta instrukcja ma na celu uporządkowanie problemu prawa do prezentacji różnorodności poglądów, które duchowni wypowiadają w środkach społecznego przekazu, a które właśnie mogą zagrażać jedności. Pluralizm poglądów jest potrzebny, ale łamanie jedności niebezpieczne.

Mówiąc skrótowo: w Kościele i w Polsce jest miejsce dla Radia Maryja i dla Radia „Plus”, „Tygodnika Powszechnego”, dla „Niedzieli” i „Gościa Niedzielnego”, a także „Christianitas”, „Źródła” i „Więzi”, ale wszyscy powinniśmy krytycznie czuwać i strzec, aby różnorodność ubogacała, aby była realizowana zgodnie z zasadami i aby nie przekraczała granic kultury ludzkiej, poprawności teologicznej czy zasad jedności eklezjalnej. Wyrazem tej ostatniej jest także jedność duszpasterska.

KAI: A czy poprzez tą instrukcję Kościół sam nie ograniczy możliwości korzystania z tak wielkiego środka ewangelizacji jakim są media. Przecież ksiądz, który posiada misję kanoniczną otrzymuje od Kościoła prawo do wypowiadania się w jego imieniu. Czy nie lepiej zająć się konkretnymi problematycznymi przypadkami niż zamykać, bądź poważnie ograniczyć dostęp do mediów wszystkim duchownym?

Jest jednak różnica między głoszeniem bezpośrednim nauki Kościoła w czasie kazania czy na katechezie a wypowiadaniem się w mediach. W tej pierwszej sytuacji mamy możliwość jakiejś kontroli, interwencji, a w mediach nie. Jednak problem rzeczywiście istnieje i być może warto się nad tym jeszcze głębiej zastanowić.

KAI: Mówił Ksiądz Arcybiskup o sukcesach i słabościach naszego Kościoła. Jakie w związku z tym jawią się najważniejsze wyzwania duszpasterskie na najbliższe lata?

Wyzwaniem z pewnością jest formacja księży i formacja, pogłębianie wiary wszystkich ochrzczonych.

Na pewno też korzystna by była zgodna z tradycją a jednocześnie otwarta na współczesne problemy i wyzwania formacja seminaryjna, którą wychowawcy seminaryjni mogliby przedłużać na pierwsze lata wśród młodych księży. Musimy pomóc księdzu odnajdywać się we współczesnym świecie. Trzeba też bardziej skorelować formację w seminarium diecezjalnym i w seminarium zakonnym.

Problemem jest niekiedy mała odporność osobowościowa i zbyt duże obciążenie księży codziennymi obowiązkami, np. katechezą w szkole.

Księża za mało są przygotowywani w seminariach do objęcia opieką ruchów i stowarzyszeń świeckich. Nie mają świadomości, że nie tylko formują świeckich, ale także sami w tych ruchach i wspólnotach winni być formowani. Również trzeba jasno uświadamiać księżom jakie powinny być relacje osób duchownych do polityki: pomagać świeckim katolikom zająć należne im miejsce w polityce, o co dopomina się Jan Paweł II w 42 numerze „Christifideles Laici”, ale jednocześnie samemu nie angażować się bezpośrednio, służyć oceną moralną. Łączy się to z wyzwaniem jakim jest bycie sumieniem narodu.

Nie może zabraknąć osądu moralnego Kościoła w życiu publicznym.

Wyzwaniem duszpasterskim jest także formacja biskupa. Papież wydał w ostatnim czasie trzy dokumenty właśnie na temat formacji biskupów.

KAI: A jakie wnioski dla polskich biskupów wypływają z tych dokumentów?

Biskup musi być obecny wśród wiernych z pozytywnym przesłaniem nadziei. Jako pasterz, nie może być naiwny, powinien jasno określać zagrożenia moralne, ale też wskazywać na „ożywcze pastwiska” czyli pozytywnie wskazywać na wartość wiary, prowadzącej do Boga i ukazującej nową godność człowieka odkupionego, jednym słowem ma zapewnić pokarm duchowy ludziom. Biskup musi też zabiegać o nowe powołania.

KAI: A czy w Polsce nie mamy wciąż zbytniego dystansu biskupów od wiernych?

Dystans tworzy biskup i ludzie, obie też strony pokonują go, nawiązując kontakt. Wiele zależy więc od potrzeb duchowych zarówno konkretnego wiernego jak i konkretnego biskupa.

Papież jest pozornie bardzo daleko od ludzi, a w rzeczywistości bardzo nam wszystkim bliski.

W Polsce biskupi stwarzają okazje bycia blisko wiernych, nie dostrzegam problemu jakiegoś dystansu. Biskupi w innych krajach mają o wiele mniejszy kontakt z wiernymi niż u nas, ale pewnie najbliżej są swoich wiernych biskupi w Rosji, Kazachstanie, czy na misjach, ponieważ są to bardzo nieliczne wspólnoty i biskup ma szansę poznać i zapamiętać większość wiernych.

KAI: W ostatnich latach były dwa przypadki w Polsce, kiedy biskupi byli zmuszeni do rezygnacji z pełnienia swoich funkcji. Czy jest to objaw jakiegoś głębszego kryzysu, czy pojedyncze przypadki. Jak Kościół powinien reagować na słabość swoich pasterzy?

Są też przypadki, że biskupi polscy są ogłaszani świętymi. Widać, że na tej szachownicy ludzkich zachowań muszą się pojawiać różne postawy.

Według mnie należy stosować takie same kryteria oceny wobec świeckich, księży i biskupów. Dekalog jest taki sam dla wszystkich, a nawet większe jest zobowiązanie moralne tych, których Kościół obdarza większym zaufaniem.

Być może te trudne sytuacje – o jakich Panowie mówicie – są potrzebne Kościołowi w Polsce. Potrzebne po to, aby nam przypomnieć, że nikt nie jest wolny od słabości i jeśli coś się udaje to nie dlatego, że my sami jesteśmy dobrzy czy święci, tylko dlatego, że pozwoliliśmy działać przez nas Bogu. A jeśli pojawia się grzech, to znaczy, że odwróciliśmy się od Boga. W Kościele są święci i grzesznicy. Trzeba zawsze o tym pamiętać, a Kościół winien być zdolny do samooczyszczenia.

KAI: W Kościele na Zachodzie, szczególnie w USA pojawiły się poważne problemy związane z homoseksualizmem. W Polsce wydaje się, że są to odosobnione przypadki, ale czy nasz Kościół nie powinien się zawczasu przygotować, biorąc pod uwagę doświadczenia, jakie miały miejsce gdzie indziej? Jak winien być traktowany problem homoseksualizmu wśród duchownych i związanych z tym wypaczeń?

Na całym świecie rozróżnia się płciowość człowieka od jego zachowań. Każda płciowość jest darem Bożym, nadużywanie jej złem. Objawienie nazywa to grzechem.

Kapłan w Kościele rzymskokatolickim składa ślub celibatu, czyli zobowiązuje się do życia w czystości niezależnie od budzących się trudności.

W konkretnym przypadku na pewno nie wolno tolerować zła, a jednocześnie nie wolno rzucać oskarżeń bez poznania prawdy. Doświadczenia innych krajów wskazują, jak łatwo można skrzywdzić niewinnych ludzi. Musimy szanować obowiązującą wśród cywilizowanych społeczeństw zasadę domniemanej niewinności.

Zarówno homoseksualizm, heteroseksualizm czy biseksualizm nie jest złem sam w sobie. Nadużywanie płciowości jest grzechem czyli chorobą moralną. Trudno człowieka potępiać jeśli ze słabością walczy, próbuje się wyzwolić, to jest jego zasługa. Ale jeśli nie podejmuje wysiłku, ulega lansowanym modom relatywizującym moralność, to ponosi osobistą klęskę.

Ale jeśliby chrześcijanin zaczął praktykować niewłaściwe zachowania seksualne, to Kościół musi upominać, protestować a nawet odsunąć takiego funkcjonariusza lub kapłana od pełnienia obowiązków kościelnych z powodów moralnych, z powodu zgorszenia. Tu linia postępowania musi być jasna i jednoznaczna, wskazana zresztą przez św. Pawła.

KAI: Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia stosunki państwo-Kościół? Czy Kościół w Polsce ma dostateczną przestrzeń wolności do realizacji swojej misji?

Kościół w Polsce ma przestrzeń wolności w życiu społecznym do realizacji swojej misji, tu trudno mieć jakieś zastrzeżenia. Natomiast uważam, że obecnie stosunki państwo-Kościół powinny polegać nie tylko na poprawnych, kulturalnych zachowaniach i wzajemnym szacunku, ale na głębszej i dalekosiężnej, perspektywicznej współpracy dla dobra ludzi.

Moje zastrzeżenia budzą też niektóre postanowienia, jak chociażby wspomniane prawne regulacje w sprawie zabytków, które są poważnym ciężarem dla Kościoła.

Na pewno nie powinniśmy się zamykać na kontakty z państwem, bo wszyscy służymy człowiekowi, ale ja nie jestem „człowiekiem politycznym”, raczej wolałbym zachować życzliwy dystans wobec władzy politycznej.

KAI: Jaki powinien być stosunek Kościoła do współczesnej kultury i relacje z nią. Wiele środowisk katolickich w Polsce widzi we współczesnej kulturze wyłącznie zagrożenia. Czy Ksiądz Arcybiskup podziela ten pogląd? Jakie są punkty, które mogą być polem dialogu ze współczesną kulturą?

Papież mówi, że dzięki kulturze człowiek staje się bardziej człowiekiem i wszędzie tam gdzie Ewangelia nie staje się kulturą, a kultura nie łączy się z Ewangelią tam nie ma ani jednego, ani drugiego.

Twórczość człowieka jest szczególnym wykwitem życia wewnętrznego, więc prawdziwa kultura nie jest zagrożeniem dla Ewangelii.

Natomiast problem pojawia się w momencie, gdy mamy do czynienia z nadużywaniem wolności twórczej, z używaniem wyrazu artystycznego do jakiejś destrukcji, zachęcania do niemoralnych zachowań, czy gdy po prostu króluje kicz próbujący ubrać się w szatę obrazoburczej trywialności. Nie wszystko jest kulturą, nawet jeśli za taką chce uchodzić.

Właśnie w takich przypadkach chora twórczość staje się zagrożeniem dla kultury i samego człowieka. Źle jest gdy twórca zdradza się brakiem wrażliwości moralnej lub społecznej. Na tych polach niezbędny jest chyba dialog ze strony ludzi kultury i Kościoła, bo chodzi tu o odkrywanie najgłębszych duchowych źródeł naszej wspólnej egzystencji.

KAI: Jak postrzega Ksiądz Arcybiskup rolę świeckich w Kościele? Ksiądz Arcybiskup ma w tej dziedzinie bardzo bogate doświadczenia z Papieskiej Rady ds. Laikatu. Co z tych doświadczeń pragnie teraz przenieść na grunt polski?

W moim dotychczasowym posługiwaniu zawsze próbowałem dostrzegać rolę laikatu w Kościele. To było jednym z priorytetów mojego duszpasterskiego przekonania. Chodzi o to, aby wierzący ludzie świeccy bardziej włączali się w odpowiedzialność za Kościół, za wiarę, za tożsamość katolicką, za to, co się dzieje w parafii, a także za to, co dzieje się w świecie, w naszym sąsiedztwie, w naszym państwie.

KAI: Zacznijmy więc od parafii. Jak świeccy mają realizować swoją odpowiedzialność za parafię?

Chociażby poprzez większe wsparcie rodzin w parafii, szczególnie dysfunkcyjnych, które nie radzą sobie z wychowaniem dzieci. Jeśli rodzina nie jest w stanie przekazać dzieciom zasad, wartości, wiary czy zaimponować dobrymi wzorcami, powinna ją wspomóc w tym procesie wspólnota parafialna.

Dobra parafia to ta, która uruchomiła proces samoformacji świeckich poprzez różnego rodzaju inicjatywy lub grupy, ruchy, wspólnoty ewangelizacyjne, Akcję Katolicką i inne stowarzyszenia. Bliska jest mi wizja parafii jako „wspólnoty wspólnot”, w której realizują się różnorodne powołania i specyficzne charyzmaty.

Księżą pracują bardzo wiele, muszą być często „ludźmi do wszystkiego”, ale warto by im pomóc w nabyciu otwartości na te dary, jakie do parafii mogą wnieść ludzie świeccy.

Wartością tych nowych ruchów i wspólnot apostolskich jest dążność do stałej formacji osób świeckich, niezależnie od wieku. Jest to realizacja formacji permanentnej, o której tak wiele dziś się mówi. Oczywiście nie wolno zaniedbać duszpasterstwa sakramentalnego, bo życie sakramentalne jest wyrazem kondycji duchowej każdego chrześcijanina.

Dobra parafia daje też dobre powołania. Musimy mieć świadomość, że zbliżamy się do momentu, w którym nie da się prowadzić parafii jeśli proboszcz nie będzie miał ekipy ludzi całkowicie jej oddanych, coś na wzór instytutu świeckiego. Oni mogą pracować w ramach rady duszpasterskiej czy jakiegoś komitetu.

Wolontariat jest dziś na nowo odkrywany, a przecież to jest praktycznie zaangażowany laikat.

KAI: Jakie kompetencje powinna mieć taka rada, czy komitet, prawo kanoniczne tego nie reguluje?

Takie kompetencję może określić synod diecezjalny. Świeccy muszą dobrze znać sytuację parafian, wiedzieć kto wymaga pomocy, nie tylko materialnej ale także duchowej, czy są chorzy, do których trzeba dotrzeć z sakramentami lub pomocą opiekuńczą, a może trzeba zaangażować się w budowę Kościoła, włączać w przygotowanie młodzieży do bierzmowania. Pracy w parafii jest naprawdę bardzo dużo.

Chodzi jednak o to, aby ci świeccy troszczyli się nie tylko o materialny wymiar życia parafii, ale również o jej kształt duchowy i aby współbrzmieli z księżmi, aby wspólnie przeżywali komunię wiary.

KAI: A jaka jest opinia Ksiądz Arcybiskup o nowych ruchach religijnych, które w ostatnich dziesięcioleciach rodzą się w Kościele jak „grzyby po deszczu”?

Nowe ruchy religijne są wielkim bogactwem Kościoła. Oczywiście jak zawsze przy nowości trzeba jej życzliwie towarzyszyć, przede wszystkim pod kątem eklezjalności.

Znam bardzo wiele wspaniałych ruchów apostolskich, które już się sprawdziły, pokazały, że potrafią uruchomić świeckich do formacji wspólnotowej, nie tylko indywidualnej. Mogę tu wymienić takie wspólnoty jak Focolarini, Drogę Neokatechumenalną, Odnowę w Duchu Świętym, „Wiarę i Światło”, czy nasz rodzimy ruch ” Światło-Życie”.

Ruchy te otwierają Kościół i społeczność wiernych na rzeczywistość życia wspólnotowego. Księża mogą zaufać świeckim, że ci potrafią formować wspólnotę.

KAI: Jak postrzega Ksiądz Arcybiskup takie inicjatywy jak zorganizowany niedawno przez świeckich V Zjazd Gnieźnieński „Europa Ducha”, który zgromadził liderów tych ruchów z całej Europy, pragnąc pokazać współczesne źródła duchowe, które mogą być cenne także i dla naszego Kościoła?

Na pewno tego rodzaju inicjatywy są bardzo potrzebne i cenne. To jest manifestacja obecności laikatu. Świeccy pokazują, że czują swoją misję, swoją odpowiedzialność za Kościół. Raduję się, gdy laikat wypowiada się w Kościele, gdy daje świadectwo wiary, ono ich wiąże a i nam jest bardzo potrzebne.

KAI: Czy wejście Polski do Unii Europejskiej jest także wyzwaniem duchowym dla Kościoła? Jak Kościół powinien towarzyszyć społeczeństwu w tym procesie?

Kościół w Europie zawsze był jedną z nielicznych uniwersalnych społeczności ponadpaństwowych. Nie boi się więc Unii Europejskiej.

Europa średniowiecza nie miała granic, często były one płynne, co spowodowało, że na niektórych obszarach do dziś nie dało się tych ludnościowych granic ustalić, np. w Przemyślu czy we Lwowie, albo w Brukseli gdzie są flamandowie i walonowie.

Kościół zawsze pełnił swoją misję niezależnie od granic, stąd czujemy bliskość ze wszystkimi narodami Europy, bo mamy takie same korzenie. W zjednoczonej Europie Kościół nadal będzie wypełniać swoje zadania, z drugiej strony nowa Europa, chociaż tego wyraźnie nie mówi, potrzebuje Kościoła, który będzie stawał się płaszczyzną spotkania z Bogiem i ludzi między sobą.

Trudno jest mówić o integracji wyłącznie na poziomie politycznym czy ekonomicznym. Prawdziwa integracja nigdy nie nastąpi, jeśli będzie pozbawiona odniesienia duchowego i jeśli budowana będzie na interesie egoistycznym bez odniesienia do zasad zdrowej kultury, do wartości trwałych, etycznych, jednakowych dla wszystkich członków.

KAI: A czy nasz Kościół może coś szczególnego wnieść do tej nowej Europy?

Może i to bardzo wiele: prawdę o niej samej i łaskę nadziei. Biskupi z zachodu mówią niejednokrotnie, że liczą na naszą wiarę.

Na pewno powinniśmy ją zachować, a nawet ją pogłębiać, czynić żywą i odważną, a może wówczas, na zasadzie naczyń połączonych, zaowocuje to jakimś wzrostem wiary w innej części naszego kontynentu.

Jeśli Polacy w Europie, np. nasi politycy, pokażą, że ich motywacje wypływają z autentycznej kultury duchowej i wiary i że sami żyją tymi etycznymi wartościami, to będzie to piękne świadectwo i twórczy wkład w Europę. Zawsze jednak gdy zmieniają się warunki, istnieje niebezpieczeństwo utraty pewnych wartości, dlatego musimy być czujni.

KAI: A czy nie obawia się Ksiądz Arcybiskup jakiejś przyspieszonej fali laicyzacji?

Przyszłości akurat się nie obawiam, ani trudności mnie nie przestraszają. Od pierwszych lat dzieciństwa a potem przez całe moje kapłańskie życie obserwowałem ataki na religię i wiarę. Zmieniali się tylko ludzie i metody, ale po jakimś czasie dowiadywaliśmy się na nowo, że kardynał Stefan Wyszyński miał rację, a nie ci, którzy go oskarżali i uwięzili, zapowiadając koniec Kościoła i „śmierć Boga”, który przecież nie umiera.

I dzisiaj trzeba głosić Ewangelię i patrzeć w przyszłość z nadzieją. Sądzę jednak, że religijność Polaków ma na tyle trwałe podstawy, że zachowamy ją niezależnie od przyspieszonego procesu laicyzacji.

KAI: Czy my – Polscy katolicy – możemy się czegoś nauczyć od katolików z Zachodu?

Bardzo dużo. Oni nam przecież przekazali wiarę przed tysiącem lat, otworzyli nas na zdobycze myśli greckiej i rzymskiego prawodawstwa, a i dziś pokazują na przykład wielkie bogactwo duchowe rodzące się w konfrontacji z falą laicyzacji walczącej z Kościołem.

Są kraje, w których laicyzacja oddaliła ludzi od Kościoła, ale są i takie gdzie powstały wielkie ożywcze prądy, jak wspomniane ruchy religijne, które przynoszą owoce, także w Polsce.

Od chrześcijan z Zachodu z pewnością możemy uczyć się ofiarności na misje i wrażliwości wobec biednych i potrzebujących pomocy, umiejętności korzystania z nowoczesnych zdobyczy techniki oraz zaangażowania społecznego wynikającego z inspiracji chrześcijańskiej, a także wrażliwości ekumenicznej.

Strzec się trzeba bezkrytycznego przejmowania form zewnętrznych bez wrażliwości na zawartą w nich treść. Potrzebna jest zawsze krytyczna refleksja, której nas uczył belgijski kardynał, założyciel JOC – „widzieć – oceniać – działać”.

KAI: Jak ocenia Ksiądz Arcybiskup stan ekumenizmu na ziemi polskiej? Co należy zrobić aby ten „imperatyw ekumeniczny”, o którym mówi Papież, był poważniej realizowany u nas, w polskim domu?

Ekumenizm jest naszym obowiązkiem, jest znakiem tego uniwersalizmu Kościoła, jaki obecny jest już na kartach Ewangelii.

Powiedziałbym, że wezwanie ku budowie jedności jest wręcz jedną z kwestii dominujących w Ewangelii. Jezus o jedność modlił się gorąco podczas ostatniej wieczerzy. Jest to więc niejako jego testament.

Symbolicznym i pięknym gestem ekumenicznym była Droga Krzyżowa sprawowana w Gnieźnie podczas kongresu „Europa Ducha” przez biskupów z ośmiu Kościołów chrześcijańskich, także udział prawosławnego metropolity Sawy w obchodach 25-lecia posługi biskupiej Prymasa Glempa oraz obecność biskupa Janusza Jaguckiego z Kościoła Ewangelicko – Augsburskiego na tejże uroczystości.

Co można więcej zrobić? Zależy to od obydwu stron. Zawsze ten Kościół, który jest większy i silniejszy winien wykazywać większą cierpliwość i zrozumienie dla drugiej strony. Jeśli chodzi o dialog ekumeniczny na ziemi polskiej, to jestem pełen nadziei.

Dostrzegam otwartość do dialogu ze strony wszystkich Kościołów chrześcijańskich zgromadzonych w Polskiej Radzie Ekumenicznej. Mam wrażenie, że pewna wzajemna nieufność z roku na rok topnieje. Musimy mieć też świadomość, że ekumenizm jest dziełem znacznie szerszym niż tylko oficjalny dialog prowadzony przez przedstawicieli poszczególnych Kościołów i wspólnot wyznaniowych. Od wielu już lat bardzo ważny wkład w dzieło ekumenizmu wnoszą różne nowe ruchy apostolskie.

Na przykład Fokolarini od 50 już lat prowadzą bezpośredni dialog na samym dole: wspólnie się modlą i podejmują różne dzieła razem z przedstawicielami innych wyznań. Mówią, że ekumenizm polegać winien przede wszystkim na wzajemnym pomaganiu sobie, aby być wierniejszym Chrystusowi, tak aby każdy z nas bardziej zakorzenił się na gruncie tego Kościoła, w którym żyje. Prawosławny nich więc będzie bardziej prawosławnym, a katolik katolikiem.

Każdy z nas musi iść za swoim sumieniem. Ekumenizm dziś jest dla nas wszystkich bardzo ważnym zadaniem i wyzwaniem – coraz więcej powinniśmy o tym myśleć. Winniśmy też odważniej i bez kompleksów wychodzić sobie naprzeciw, czemu towarzyszyć winien wzajemny szacunek. Nie jest to droga ani łatwa ani prosta, ale tym bardziej nie można z niej rezygnować.

KAI: Co jest najgłębszym źródłem siły dla Księdza Arcybiskupa? W jaki sposób Ksiądz Arcybiskup dba o własny rozwój? Czy starcza na to czasu w ogromie i wielorakości obowiązków?

Siły do pracy czerpię jak każdy chrześcijanin z sakramentów i Słowa Bożego. Wstaję przed szóstą rano i nie wychodzę z kaplicy przed godziną w pół do ósmej. To jest duchowo najintensywniejszy czas. Modlę się, medytuję. Odprawiam Mszę św., albo uczestniczę w niej gdy odprawia ją mój sekretarz. Potem wypełniam swoje obowiązki duszpasterskie.

W ciągu dnia znajduję czas na inne modlitwy, odmówienie brewiarza, co nie traktuję jako obowiązek, ale jako spotkanie ze Słowem Bożym.

Bardzo dużo czytam, głównie dzieła teologiczne, ale także literaturę, poezję, także współczesną. Lubię myślicieli rosyjskich, publicystykę, słucham też radia. Ostatnio pasjonuje się hiszpańskim filozofem i pisarzem Miguelem Unamuno.

Nie oglądam telewizji, ale postanawiam poprawę, powinienem oglądać Wiadomości i Dzienniki. Do tej pory każdego ranka informację czerpałem z gazet, a telewizora pozbyłem się ze względu na oszczędność czasu.

Mam kilka ulubionych lektur duchowych np. jest nią książka anonimowego średniowiecznego autora pt. „Obłok niewiedzy”, do której sięgam często. Ona wprowadza mnie w niezwykłe i nieznane głębie życia.

Cenię sobie bardzo świętych z naszej diecezji św. bp. Józefa Sebastiana Pelczara i bł. Jana Balickiego, wielkiego nauczyciela pokory. Sięgam też do spuścizny tragicznie zmarłego biskupa zielonogórsko-gorzowskiego Wilhelma Pluty, którego byłem następcą. Często też krzepię się lekturą dzieł św. Jana od Krzyża i św. Teresy z Avila.

Moim mistrzem duchowym jest także niewątpliwie Jan Paweł II. Dokładnie śledzę i analizuję jego wszystkie wypowiedzi i dokumenty. Czasem jedno jego zdanie wystarcza mi za konspekt do kazania albo do programu pracy.

Rozmawiali: Marcin Przeciszewski i Bogumił Łoziński

2017-12-16T14:52:06+00:00 28 marca 2004|Wywiad|