„Wzorzec nowoczesnego kapłaństwa”

Przemyśl, lipiec 2002 r. List pasterski Metropolity Przemyskiego do kapłanów z okazji beatyfikacji ks. Jana Balickiego.

 

Drodzy Bracia,
Oczekiwana od wielu lat beatyfikacja księdza Jana Balickiego uświadamia nam, że prawie wszyscy wychowaliśmy się w cieniu tego niezwykłego człowieka, który przez całe życie pokornie dojrzewał w wierze, ale na szczęście, nie zdołał ukryć przed ludźmi bogactwa swego ducha i serca.

Kapłaństwo ks. Jana pokazuje, że wzorzec Chrystusowy się nie przeżył, jest ciągle atrakcyjny, aktualny, może być skuteczny i w naszych warunkach.

Kościół wynosząc człowieka do chwały ołtarzy stawia ludziom kolejny aktualny wzór do naśladowania. Byłoby czymś nieroztropnym nie zauważyć tego ważnego wydarzenia w życiu nas wszystkich.

Szczególnie liczne beatyfikacje i kanonizacje obecnego pontyfikatu są wołaniem o świętość – o to jedyne lekarstwo na choroby myśli i zamieszania we współczesnej hierarchii wartości.

Nie zamierzam powtarzać życiorysu nowego Błogosławionego, bo znacie go wszyscy, nie będę nawet próbował przytaczać jego duchowej sylwetki, bo wracaliśmy do niej chociażby w comiesięcznych tomikach rozważań ks. Jana pt. „Zapomnieć o sobie…” – rozsyłanych do każdego z księży w ostatnim roku, albo z odcinków „Mocarza Pokory” drukowanych na łamach «Przemyskiej Niedzieli». Czuję potrzebę i obowiązek przynajmniej „zapukania” do Waszych serc (jeśli nie ich poruszenia) ze swego rodzaju wnioskami duszpasterskimi nasuwającymi się przy tej okazji.

Błogosławiony jest darem, który żyje, o ile zostanie przyjęty i naśladowany. W tym darze przyjmujemy wszyscy ideały, którymi karmiono nas w Seminarium. W najbliższych tygodniach będziecie, Drodzy Księża, przybliżać tę Sylwetkę na spotkaniach katechetycznych. Niewątpliwie zaproponujecie Waszym uczniom próbę odpowiedzi – jak możemy dzisiaj naśladować Błogosławionego Księdza Jana? Pragnę i ja postawić to pytanie sobie i Wam.

Kierownik dusz

Zanim zaczęła się posługa Błogosławionego w konfesjonale przemyskiej katedry, został on ku swemu zdziwieniu i zażenowaniu poproszony o spowiedź i duchowe przewodnictwo przez rektora i innych kapłanów rzymskiego Kolegium, gdzie mieszkał podczas studiów. Mimo skromności nie udało się ukryć tej głębi ducha, która z niego emanowała. To trop, który każe nam zastanowić się nad nasza troską o duchowy wzrost. Wydaje się dziś rzeczą nieodzowną, w pogłębianiu kapłańskiej tożsamości, korzystanie z duchowego kierownictwa. Pragnę zachęcić do powrotu lub ożywienia tego sposobu naszego ubogacania. Postarajmy się zatem, o konkretnego kapłana, który byłby naszym spowiednikiem. Nie chodzi o „żelazne” trzymanie się tylko jego osoby. Wiadomo, że każdy kapłan ma w sobie charyzmat prowadzenia dusz. Ważne byśmy mieli kogoś takiego, przed którym ujawnilibyśmy swoje wnętrze, który by nas znał i prowadził. Znany jest epizod z życia św. Franciszka Salezego, któremu posługiwał świecki człowiek. Któregoś dnia po zakończeniu Mszy Świętej, tradycyjnie wspólnie spożywali śniadanie. Służący był wyraźnie smutny. Salezy zapytał go o powód złego nastroju. – Bo widzi Ekscelencja przydarzył mi się wielki grzech. Już chciałem iść do kogoś innego do spowiedzi, ale pomyślałem ostatecznie, że to u Waszej Ekscelencji się spowiadam, to trzeba i z tym grzechem przyjść. I teraz sobie tak myślę: Co też ksiądz biskup sobie o mnie pomyśli? – Dotąd uważałem cię za człowieka dobrego, od dziś wiem, że jesteś święty, bo jesteś pokorny – odpowiedział rozmówca.

Także i nam, kapłanom grozi pokusa szukania „nowych” spowiedników. Nieraz bez przygotowania, w byle jakim miejscu „załatwiamy” niepokoje sumienia. Więcej w tym religijnej psychoterapii niż rzeczywistej metanoi. Także i nas obowiązują wskazania Ojca Świętego przypominającego, że miejscem właściwym spowiedzi jest konfesjonał. A cóż powiedzieć o tym, co nie jest wyjątkiem jedynie, o spowiadaniu się kapłanów nawet bez sutanny, bez stuły.

Kolejną bolączką, którą obserwuję są kapłańskie rekolekcje. Jakże często brakuje w nich skupienia, nierzadkie są może i przypadki, że jedynie się zapłaci za udział i po jednej czy dwóch konferencjach już nas nie ma w gronie słuchających Słowa Bożego. Z drugiej strony, sami narzekamy czasem na niską frekwencję wiernych na rekolekcjach parafialnych czy szkolnych. Nie ma ceny za zbawienie duszy. Jedynie uczciwe podejście do tych rocznych spotkań daje nadzieję właściwego formowania kapłańskiej tożsamości. Ten akt pokazuje i niejako pozwala określić – jak dany ksiądz ceni sobie kapłaństwo. Jeśli nie stać go raz w roku na trzy dni uczciwej refleksji, to znaczy, że w ciągu roku jest po prostu jeszcze gorzej.

Błogosławiony Jan, który jak wspomniałem dla każdego przemyskiego księdza uosabia ideały Seminarium, zda się nas pytać o comiesięczne dni skupienia. Warto znaleźć raz w miesiącu kilka godzin, aby zostać sam na sam z Bogiem. Można to zrobić na plebanii, ale lepiej, jeśli znajdziemy sobie ulubioną pustelnię w domach rekolekcyjnych czy w cieniu tak licznych przecież w naszej diecezji sanktuariów. To dobra okazja, aby po takim dniu odwiedzić swego kierownika duchowego i przeprowadzić z nim duchowe skrutinium.

Szafować miłosierdzie

W dniu złotego Jubileuszu kapłaństwa penitenci udekorowali konfesjonał błogosławionego Jana kwiatami. Wskazali w ten sposób miejsce, gdzie On jako kapłan najbardziej im pomógł. Nasza radość z tej tak długo oczekiwanej beatyfikacji, jeśli nie ma być jedynie sentymentalna, powinna skierować nasze oczy na to miejsce szafowania Bożego miłosierdzia. Cieszę się, że ksiądz proboszcz katedry zamierza zorganizować całodniowe dyżury w „konfesjonale Błogosławionego”. Wierzę, że będzie to miejsce dalszych cudów Bożego Miłosierdzia. Trzeba tę inicjatywę rozciągnąć na wszystkie większe miasta naszej archidiecezji. A i w każdej parafii musi się stworzyć warunki do podobnych cudów. Jesteście zmęczeni niełatwym przecież procesem ewangelizacji w szkołach. Wiem, z jakimi trudnościami się musicie zmierzyć. Cóż, może to jest ta ewangeliczna „gwałtowność”, poprzez którą zdobywa się dusze i swoje zbawienie. Znam trud, który podejmujecie, a który owocuje tak liczną u nas praktyką pierwszych piątków. Cieszę się z tego i świadom zrozumienia przez was potrzeby uświęcania dusz poprzez szafowanie sakramentu pojednania proszę, abyście w każdej parafii przez pół godziny przed Eucharystią, czekali w konfesjonale na penitentów. Święty Escriva mawiał do swoich księży przy tej okazji: „Najpierw będziecie mieli czas na brewiarz, różaniec, medytację. Ale potrwa to niedługo. Wkrótce okaże się, że nie będzie na nic czasu, bo będą ludzie do spowiedzi”. Wierzę, że słowa te potwierdzają się już w życiu i posłudze wielu z Was. Ufam, że podjęcie tej prośby ubogaci o to doświadczenie innych. Ludzie, wiedząc, że ksiądz czeka w konfesjonale przyjdą wcześniej. Na pewno przyjdą ci, którzy z różnych powodów nie chcą spowiadać się „przy ludziach”. Wiedząc, że proboszcz czy wikariusz jest w kościele na pół godziny przed Mszą Świętą, pójdą, aby w samotności i ciszy naprawić swoje złamane grzechem życie. Czas spędzony w konfesjonale okaże się niebawem godziną własnej, osobistej modlitwy, naszego wzrostu w wierze i miłości.

Przytoczmy tu jedno wydarzenie z życia błogosławionego Balickiego: „Któregoś roku pracował przy katedrze profesor UJ Władysław Konopczyński. Po zakończeniu zajęć zamierzał wybrać się na spacer do parku. Obok katedry spotkał księdza Balickiego. Ten ujrzawszy go powiedział: „Pan do mnie? To proszę bardzo” i wskazując mu równocześnie z nadzwyczaj miłą i pociągającą uprzejmością wejście do katedry, zaprosił do środka. Zaraz potem usiadł do konfesjonału, a młodego historyka jakaś dziwna wewnętrzna siła, której sobie żadnym    sposobem nie mógł wytłumaczyć, pociągnęła do kratek. Uklęknął, lecz nie będąc przygotowany, usprawiedliwiał się, że chociaż spowiedź jest mu koniecznie potrzebna, jednak na razie spowiadać się nie zamierza, gdyż musi zrobić dobre przygotowanie z dłuższego czasu, jeszcze od swych studiów akademickich. Zachęcony przez księdza Balickiego i przygotowany przez niego, bardzo skrupulatnie odprawił spowiedź z całego życia i poczuł się szczęśliwy – jak się sam wyraził – «jak gdyby mu najcięższy kamień ze serca spadł». Był wprawdzie wierzący, ale od dłuższego czasu nic uczęszczał do sakramentów świętych”.

Takie zdarzenie może mieć miejsce w życiu każdego z nas, wielu je przeżyło. Czekajmy na naszych wiernych w konfesjonale. Każda posługa pojednania jest dla kapłana mini rekolekcjami. Uświadamiamy sobie wówczas jak delikatne sumienia mają nasi penitenci, reflektujemy, że przerastają nas w niejednym i wtedy staramy się o większą delikatność własnych sumień.

Sakrament pokuty powinien stać się częścią kierownictwa duchowego dla nas samych i dla naszych penitentów. Z tej to racji dobrze by było tak rozplanować cały rok pracy nad sobą, żeby przenieść go w każdym kolejnym miesiącu i na kierownictwo duchowe naszych penitentów. Tematów do takiej pracy nie będzie nam brakowało w naszym rachunku sumienia i nie powinno go braknąć dla innych: oczyszczenie wewnętrzne i zewnętrzne, eliminowanie złych pragnień, słów, zachowań, a także troska o cnoty naturalne, wiara, nadzieja eschatologiczna i życie nadprzyrodzone, apostolstwo, miłość Boga, bliźniego, nieprzyjaciół, przebaczenie, pojednanie, itd., itd. Najlepiej byłoby podzielić sobie rok pracy formacyjnej na pewne etapy, które miesiąc po miesiącu będziemy przekazywać penitentom (oczyszczenie z wad, nabywanie sprawności, doskonalenie modlitwy, życie sakramentalne, pogłębianie wiary i codzienne życie z wiary).

Ukochać plebanię

Zarówno biskupi, jak i kapłani narzekają na zaniedbania w kwestii rezydencji. Nie jest to tylko moje spostrzeżenie. Wiadomo, że wiele czasu zajmuje katechizacja. To sprawia, że nasze plebanie długi czas są bez księdza. Potem są inne zajęcia, które nas absorbują. To wszystko prawda i są to sprawy, które ludzie rozumieją. Zresztą wiedzą, gdzie jest szkoła, gdzie w nagłym przypadku można księdza spotkać. Są jednak sytuacje, w których nasza nieobecność jest nieuzasadniona. Nasza „mobilność” nie może pozbawiać wiernych łatwego dostępu do kapłana. Kiedyś w „Więzi” jeden z robotników dał takie świadectwo: „Lubię wracać do domu po drugiej zmianie. Jest ciemno. Po drodze mijam kościół i wieczna lampka prześwitująca przez kościelne witraże uświadamia mi, że jest Chrystus, który mnie kocha. Po prawej stronie mam plebanię. Migotliwe światło lampki pozwala mi wierzyć, że oto teraz mój ksiądz proboszcz modli się za mnie i moją parafię, odmawiając brewiarz”. To bardzo piękne świadectwo. Z rezydencją jest jak z posługą w konfesjonale. Nie wiemy kiedy zadzwoni do naszych drzwi człowiek z problemami. Gdyby nas wówczas nie było nie wiadomo, czy odważyłby się przyjść jeszcze raz. Może szatan, który w tym momencie był pokonany jego determinacją wyśle innych, gorszych od siebie, aby w tym człowieku zabić pragnienie rozmowy z kapłanem, pragnienie prostowania dróg. Lepiej niż ja pamiętacie z seminaryjnych czasów powtarzane wydarzenie z życia Błogosławionego, kiedy to wczesnym rankiem, coś zrzucało mu kołdrę z łóżka. Nie pomogło nic. Wreszcie wstał i poszedł do katedry. I tu pod drzwiami zastał ośnieżonego człowieka. Biedak zapytany co robi tak wcześnie odpowiedział: – Już nie mogę wytrzymać. Muszę doczekać księdza i się wyspowiadać bo inaczej odejdę od zmysłów.

Trudno o jakieś szczegółowe wskazania. Po prostu trzeba zrobić rachunek sumienia z naszej nieobecności. Sumienia nie da się oszukać i dopuszczone do głosu jasno nam to wszystko ujawni.

Bycie na plebanii to nie tylko oczekiwanie na ludzi. To kolejny czas na modlitwę, „życie w obecności Bożej” i na pogłębianie wiedzy. Wizytacje kanoniczne ujawniają wyraziście, że nie mamy się czym chwalić. Jeśli nie powszechnie, to dosyć często można stwierdzić fakt małej „przyjaźni księdza ze słowem pisanym”. Jeden z młodych kapłanów zapytany przeze mnie co czyta, odparł z rozbrajającą szczerością – brewiarz i „Tempo”. To bardzo smutna konstatacja.

Wgłębiając się w życiorys Błogosławionego nietrudno zauważyć rolę środowiska w tworzeniu, formowaniu celów i pragnień, w mobilizacji do zachowań i wyborów codziennych i decyzji niekiedy życiowych. Ks. Jan wychował się i żył w atmosferze świętych kapłanów. Świętością promieniował bł. bp Józef Sebastian Pelczar, który niezwykle mądrze uczył słowem i piórem kapłanów całej Polski. Jego książki ascetyczne są głęboko przepełnione wiarą i dzisiaj dostarczyć mogą zdrowych inspiracji (może tylko archaizm języka niekiedy utrudnia lekturę). W tymże czasie żyli w Przemyślu inni święci biskupi, kapłani, zakonnice i świeccy. Wielu z nich dziś są ogłoszeni błogosławionymi, że wspomnę o. Czartoryskiego, biskupów greckokatolickich Kocyłowskiego i Łakotę, ks. Gorazdowskiego urodzonego w Sanoku, o. Achillesa Puchałę z Kosiny, o. Atanazego Pankiewicza z Nowotańca, s. Celestynę Faron służebniczkę czy Stanisława Starowieyskiego z Odrzykonia.

Żyją jeszcze Księża i świeccy, duchowni wychowankowie ks. Balickiego. Trwa o nim – i niech się umacnia coraz bardziej –  sława wyjątkowego kapłana, prezbitera, jak by powiedziała współczesna teologia.

To On uczy nas pietyzmu dla teologii. Już pod koniec życia zastał go jeden z księży profesorów stojącego przed pulpitem i czytającego jakąś książkę. Zapytał: Po co ksiądz rektor męczy wzrok? Przecież Ojciec już to wszystko wie. Nieprawda – odpowiedział – zawsze znajduję coś nowego w tym niby mi znanym dziele.

Umiłowanie plebanii sprawi, że stanie się ona naszym miejscem zadomowienia, zawsze otwarta na gości, czysta.

Opowiadano mi takie wydarzenie sprzed lat. Do parafiii wprowadził się nowy wikary. Przywiózł pełno kwiatów, wspaniałe story, firanki. Młodzież odwiedzająca jego poprzednika stwierdziła: U księdza było ładnie, ale u tego nowego jest ślicznie. Z czasem zwiędły kwiaty, dom popadał w ruinę. A ksiądz poprzednik zapytał już teraz dorosłą swoją niegdysiejszą młodzież „co się stało?” Bo widzi ksiądz, w pewnym momencie nasz ksiądz zamieszkał w samochodzie. Podjeżdżał pod kościół samochodem, odprawiał Mszę Świętą i odjeżdżał samochodem. Wracał bardzo późno. Dom zaczął pustoszeć. Smutna to opowieść, ale i dziś ludzie widzą, obserwują i albo się nami budują, albo też smucą z powodu naszej nieobecności, a czasem degradacji.

Nie wyobrażałem sobie kiedyś sytuacji, a te niestety są częste, że proboszcz nie jest w stanie powiedzieć, kiedy wraca ksiądz katecheta, a ten z kolei nie ma pojęcia gdzie jest ksiądz proboszcz. To przecież podstawowa zasada grzeczności. Ta tajemniczość dużo mówi. Każe być niespokojnym.

Wobec wyzwań czasu

Święci to szaleńcy Boży, od Boga czerpiący odwagę działania. Mało się mówi o tej odwadze w przypadku księdza Balickiego. Jednak podjęcie wyzwania, jakim była troska o los wiejskich dziewcząt przyjmowanych do pracy w mieszczańskich domach, świadczy o wielkiej jego odwadze. Te biedne kobiety stawały się  „żerem” bogatych mieszczan i zabawką dla stacjonujących wówczas w mieście nad Sanem licznych wojskowych, którym swoją inicjatywą ksiądz Jan bardzo się naraził. Rozpoczęli na niego nagonkę i propagandę. Musiał wyjechać na roczne stypendium do Rzymu. Dzieło jednak pozostało. Do dziś żyją w Przemyślu szczęśliwe babcie i prababcie, które spokój jesieni życia zawdzięczają Świętemu kapłanowi i jego odwadze.

Kapłan to człowiek posłany do zagubionych owieczek. Maksymą jego posługi jest troska –  wzorem Chrystusa, w którego kapłaństwie uczestniczy – o tę zagubioną spośród 99 dobrych owiec. Nie będę tu wyliczał trudnych tematów. Księża znają je dobrze z duszpasterskiej praktyki. Musimy się modlić, by nie poprzestać na narzekaniu i załamywaniu rąk. Ksiądz Balicki zda się mówić: „Nie ma czasów łatwych. Każde są znaczone zmaganiem dobra i zła. Szatan został pokonany na krzyżu i kto w to wierzy, nie załamuje nigdy rąk twierdząc, że nic nie da się zrobić. Także i w kwestiach społeczno-obyczajowych, wszystko możemy w tym, który nas umacnia, w Chrystusie”.

Jezus Chrystus to wzorzec, którym kierowali się święci. On nie zawodzi i nie przeżywa się nigdy. On chwałę Ojca stawiał zawsze na pierwszym miejscu. Dlatego mówił o Nim – my też całe życia mówimy o Bogu, modlił się do Niego (noce spędzał na modlitwie) i uczył modlitwy innych, tak jak i w naszym posługiwaniu, ciągle mówimy o modlitwie – nie zapominajmy i my o modlitwie z ludźmi i za ludzi.

Poznając ks. Balickiego widzimy z zawstydzeniem jak nam daleko do jego wyniszczonego życia, życia niezwykle ubogiego i pokornego.

Egoizm, skoncentrowanie na sobie, niszczy nasze relacje z ludźmi i dusi nasz wewnętrzny oddech, nasze otwarcie na potrzeby innych, jeśli serce wypełniamy tylko swoimi przyziemnymi celami, powoli zabraknie nam czasu i cierpliwości dla innych, zabraknie go dla Boga. Egoizm i pycha (skoncentrowanie na sobie) to wielka choroba współczesnych ludzi. Wiedział o tym ks. Jan więcej niż inni i dlatego w relacji do Boga i ludzi zaszedł dalej.

Ksiądz nie może uciekać od życia, mamy uczestniczyć w życiu pełniej, inaczej niż inni ludzie, niż nasi parafianie. Obowiązkiem i zadaniem naszym jest wnosić do życia wymiar wiary, nadprzyrodzoności i nadziei eschatologicznej, która nigdy nie zawodzi, bo zawieść nie może.

Biedne dziecko, osierocony dom, samotny starzec czy zachwiana wierność rodzinna to dzwonek w moim sercu, to skrupuł sumienia, który powinien krwawić dotąd, aż przyjdę z pomocą lub tę pomoc zorganizuję.

Umiłować Kościół

Na koniec chcę przywołać jeszcze jedną bardzo dotkliwie ważną sprawę. Coraz mocniej mnie ona boli, uderza we mnie, uderza w nas wszystkich: brak miłości do Kościoła. Zanika powoli (ale systematycznie) sens tego, co jeszcze niedawno nazywało się „sentire cum Ecclesia” (współodczuwać z Kościołem).

Rozgardiasz w teologii, w etyce, w dyscyplinie kościelnej jest dziś powszechny. To nie jest humanizacja Kościoła, ale relatywizowanie przepisów, zasad, a to jest zawsze bardzo niebezpieczne. Dialog – tak, pluralizm form – tak, ale nigdy przekreślenie zasad, milczenie na zło, brak miłości do cierpiącego człowieka i brak miłości wobec Kościoła. Przecież Kościół to żywy organizm Chrystusa!

Każdorazowy bunt w parafii, to krzyk na temat wiary naszej i ludzi – jest nie pogłębiona, powierzchowna, często demagogicznie wiązana z księdzem, który do siebie przywiązuje, a nie do Chrystusa i Kościoła.

Płytkie, „odczytane”, nie przeżyte kazanie, zmęczone i wymęczone katechezy tylko pogłębiają ten proces powierzchowności wiary.

Ks. Jan Balicki to człowiek solidnej formacji ludzkiej, ksiądz wielkiej pracowitości, kapłan zdrowej pobożności eucharystycznej i maryjnej.

Czy można mieć nadzieję, że najbliższy rok zdoła „uruchomić” i nas w tym kierunku? Peregrynacja Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej może nam w tym pomóc. Naprawdę warto zauważyć tę niezwykłą zbieżność: beatyfikacja Kapłana Przemyskiego i Rok Maryjnej modlitwy w diecezji.

Kończąc pragnę przytoczyć kaznodziejski przykład, pewnie wielokrotnie używany: Do sklepu jubilerskiego przyszedł młody człowiek podziwiać szlachetne kamienie. Sycił nimi oczy i wzdychał zadziwiony pięknem. Jego uwagę przykuł szary niepozorny kamień, jakby nie pasujący do tych wspaniałości. Stary jubiler od dłuższego czasu przyglądał się młodzieńcowi i cieszył się, że są jeszcze ludzie zdolni do zachwytu. Wreszcie nawiązali rozmowę. Młody człowiek nie omieszkał wyznać, że dziwi go obecność w kolekcji szarego kamienia. Jubiler wyjął kamień z gablotki i dał młodzieńcowi prosząc, by ten potrzymał go przez chwilę w zamkniętej dłoni. Kiedy ją otworzył, kamień skrzył się tysiącami wielobarwnych iskier. – Widzisz to brylant. A ten osiąga piękno jedynie w cieple ludzkiego ciała.

Przez dar beatyfikacji rozbłysnął brylant świętego życia jednego z Kapłanów. Otoczmy Go ciepłem naszych serc i pilnujmy, by cieszył oczy i był inspiracją dla nas i naszych wiernych.

Pozdrawiam Was Bracia Kapłani całym sercem i ponownie zawierzam Matce Najświętszej, Pani Jackowej w nadziei na nowy wymiar kapłańskiej więzi z Błogosławionym Księdzem Janem Balickim.

+ Józef Michalik
Wasz Arcybiskup

Przemyśl, w lipcu 2002 roku.

2017-06-18T18:58:46+00:00 01 lipca 2002|List pasterski|