Zaufać – homilia w Niedzielę Zmartwychwstania 2008

Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego, Przemyśl-katedra, 23 marca 2008 r.

 

Ledwie kilka zdań, a właściwie to jeden z najważniejszych tekstów Ewangelii. Fundament dla dróg naszej wiary. Opis wydarzeń tamtego wielkanocnego poranka jest bardzo wymowny. Przynosi też wiele ważnych szczegółów. Uczniowie dobrze pamiętali swoje zmagania z misją Jezusa, w którego uwierzyli, za którym poszli, któremu do Wielkiego Piątku towarzyszyli. Tymczasem ten Jezus teraz domaga się czegoś innego. Domaga się wiary. Okazuje się, że zrobić ten krok to jakby skoczyć w przepaść. To z jednej strony widzieć po ludzku, dotykać, poruszać się w rzeczywistości zmysłowej, a z drugiej – przekroczyć próg myślenia właściwego człowiekowi, by zaryzykować i rzucić się w niewidzialne ramiona Boga. Uwierzyć.

Z Jezusem względnie łatwo żyło się Apostołom. Znośnie było nawet wówczas, gdy przyszło im spożyć paschalną wieczerzę i wysłuchać Jego mowy. Jak się później okazało – testamentalnej. Potem Janowi udało się wytrwać pod krzyżem, aż po grób. Ale i on, umiłowany uczeń, miał trudności z ogarnięciem tego wszystkiego, co się stało. Musiał odbyć drogę do Jezusowego grobu, gdzie nie było ciała. Dopiero to stało się znakiem wędrówki wewnętrznej, znakiem dojrzewania do wiary.

Tych kilka zdań, które usłyszeliśmy w Ewangelii, zawiera istotne przesłanie. Staje się obrazem relacji dwóch bliskich Jezusowi uczniów. Więcej, staje się wyrazem wiary ucznia, którego Jezus miłował, i tego, którego Jezus wyznaczył na przewodnika w gronie apostolskim, na fundament Kościoła, do którego Apostołowie będą mieli szczególne odniesienie. Pierwszy z nich to Jan, drugi – Piotr. Do grobu pierwszy przybiega Jan. Jest młodszy, silniejszy. Nie wchodzi jednak do grobu, czeka na Piotra. Ten jako starszy zjawia się po chwili. I wchodzi. To funkcja Piotra – przewodzić, przejąć ster w nowym, zrodzonym na krzyżu Kościele. Dlatego wchodzi pierwszy, by jako pierwszy dać świadectwo; dopiero potem Jan przekroczy próg Grobu Pańskiego i przekona się wewnętrznie, że to, co kobiety mówiły, ma nagle inny sens.

My też odbywamy drogę od Wielkiego Piątku, od zmagania się umysłu z tym, co po ludzku niemożliwe, do poddania się z wiarą tym wydarzeniom nie do ogarnięcia. Nie myślmy, bracia i siostry, że to, że dzisiaj tu jesteśmy, to przypadek. Myśmy Jemu uwierzyli. Przyszliśmy dzisiaj przeżyć te same wydarzenia. Wyznajemy to naszą obecnością, śpiewem, modlitwą, tęsknotą za Komunią świętą. Wyznajemy to naszą wiarą, co pozwala nam odnaleźć pośród nas Jezusa zmartwychwstałego, który karmi nas swoim Ciałem i słowem. Ten Jezus żyje i przeprowadzi nas przez bramę zbawienia.

Trudności w wierze może być wiele. Muszą istnieć. Prawdziwy rozwój to przecież nieustanne zmaganie się z sobą, ze swoimi wątpliwościami. Trochę to jak cykl pór rok. Zima, po niej wiosna. W końcu lato. Czas, kiedy wszystko uśpione, czeka na zasiew, a potem zbiór. Po zimie zaczynamy więc zmagania, żeby powstać i podnieść serce, żeby uwierzyć i poczuć, że On jest, że ze względu na mnie umarł i zmartwychwstał, że żyje w Kościele. Tu i teraz. Dzisiaj wielką tragedią chrześcijan jest to, że odłącza się Chrystusa od Kościoła, że się próbuje wmówić ludziom, że Chrystus – tak, ale tylko mój indywidualny kontakt z Nim; Kościół zaś – nie. Należy pamiętać, że Chrystus utożsamił się z Kościołem, z tym Kościołem, w którym my wszyscy jesteśmy, któremu przewodzi biskup Rzymu, następca Piotra, papież. To warto sobie uświadomić, inaczej kamień trudności uwiązany będzie u naszych nóg.

Na drodze wiary ważna jest nauka, ważne jest uzupełnienie wiedzy religijnej, żeby nam nie wmawiano, że nauka może wierze zaszkodzić. Żadną miarą! Wiara obejmuje całego człowieka! Z wiekiem dostrzega się głębszy sens wiary, piękno człowieka stworzonego na obraz Boga. Może dlatego, że coraz wyraźniejsza się staje tęsknota za wiecznością. Własna słabość i słabość innych winna nas prowokować do myślenia o wielkości Boga. Tak, bracia i siostry, dzięki myśleniu otwiera się przed nami nowa, głębsza perspektywa.

Bywa jednak, że mimo oczywistych wniosków rozumu coś przygniata ludzkie serce, nie pozwalając uwierzyć w Zmartwychwstałego. To kamień pychy i zarozumiałości, ciężki i trudny do odrzucenia. To także kamień kłamstwa, oszczerstw i nienawiści. Podsuwają go nam synowie Księcia ciemności. I nie ustają w tej pracy. I choć Chrystus zrzuca go z naszych ciał, coraz trudniej dzisiejsze czasy zrozumieć. Nie rozumiem bowiem, jak można akceptować zło. Grzech musi być nazwany po imieniu, zwłaszcza grzech nienawiści i krzywdy wyrządzonej słabszemu, zwłaszcza dziecku. Trzeba zło piętnować i walczyć z nim, ale nie pojmuję, jak niby człowiek Kościoła zamiast do przełożonych albo do rodziców, albo do sądu, idzie do telewizji. Czy nie po to, żeby zaistnieć? Czy taka metoda leczy, czy zaradza złu? Czy raczej je rozszerza, nadając mu rozgłos? A co będzie, jeżeli cała sprawa okaże się nieprawdziwa? Jeśli Chrystus przestanie być autorytetem, jeśli Kościół przestanie być autorytetem, to człowiek nie będzie bezpieczny.

Co roku w Wielkim Poście, już od czasów komunistycznych, pokazywano antyklerykalne filmy. Te bardziej znane to choćby Szerszeń czy Ptaki ciernistych krzewów. Emituje się je, żeby podważyć autorytet Kościoła, choć głośno tłumaczy się ten fakt tym, że chce się piętnować zło i grzech. Także ten w Kościele. Oczywiście, należy o tym mówić, ale w inny sposób. Nie możemy zapominać, że za każdy grzech umarł i zmartwychwstał Chrystus. Droga do powstawania z upadku prowadzi zaś nie przez rozsiewanie plotek, ale przez wysiłek, modlitwę, umartwienie. To bardzo trudna droga. Droga pokory. Nie czyńmy jej dla tych, którzy na nią wstępują, uciążliwszą niż jest.

Wiele dziś szumu towarzyszy sprawie tzw. Traktatu Lizbońskiego. Polska weszła do Unii Europejskiej, chce w niej być, ale chcą ją widzieć inną. I ma do tego prawo. Jeśli się odpowiada za naród, to trzeba widzieć go w perspektywie wieków, a nie kilku lat. Trzeba budzić odpowiedzialność narodu i budować jego podmiotowość, żeby ludzie sami się wypowiedzieli, jaką chcą mieć konstytucję. Bo z rym wiążą się prawa, ale i obowiązki. Dlatego trzeba pytać głośno: Czy można moralność odłączyć od polityki? Czy ważniejsza jest etyka oparta na Dekalogu, wpisanym w serce człowieka, czy partyjny interes? Przekreślając któreś z Bożych przykazań, partie przekreślają swój autorytet i niszczą fundament egzystencji. Zamiast zjednoczyć się w wysiłku służby w sprawach dla narodu korzystnych, jedna partia drugiej próbuje poderwać autorytet, ku sobie garnąc większy kawałek państwowego sukna. Nie idzie tu o interes państwowy, nie idzie tu o dobro wspólne, ale o partyjniactwo. Przypominam więc, że na wysokich stanowiskach państwowych trzeba być chrześcijaninem nie od czasu do czasu, ale być nim na co dzień. W każdej godzinie! To jest droga prawdziwego postępu.

Wiemy o strajkach w naszym rejonie. Milczą jednak wszyscy, nawet ci, którzy powinni być zainteresowani. Źle jest, że sprawiedliwość wobec jednych jest zobowiązaniem, a wobec innych unikaniem odpowiedzialności. Należy podnieść pensje lekarzom i pielęgniarkom, ale nie wolno zapominać o innych. Nie można przecież ludzi zostawić zupełnie bez wsparcia, nie zabiegając choćby o sprawiedliwe wynagrodzenie. Przychodzą do mnie posłowie. Mówię: idźcie do strajkujących i rozmawiajcie; odpowiadają, że to nie ich sprawa. To właśnie odpowiedzialność społeczna. Tymczasem to ważny problem, byśmy wszystko, całe życie, kształtowali wedle zasad naszej wiary, by solidarność nie była kwestią mody, pustym słowem, ale formacją wewnętrzną, jednością myśli i czynów. Inaczej nasza wiara, pozbawiona uczynków, stanie się martwa. To jest także mój lęk, by moja wiara owocowała uczynkami, i to jest także moje pragnienie, by ludzie mojego Kościoła uczynkami znaczyli swoją wiarę.

Wiele znaków pokazuje, że Kościół żyje. Jednym z nich jest prześladowanie Kościoła, bo jest niewygodny. Bolesny to znak, ale pewny. Chrystusa zabito, dlatego że byt dla ważnych ludzi niewygodny, że był niewygodny dla Księcia ciemności. To jest historia nie mająca końca. Dzieje się i dziś. Ale Chrystus zwycięża i pokonuje zło. On pomaga nam wyjść z zawikłań. Każdego dnia. Tym bardziej, że są promienie nadziei. Oto Leszek Kołakowski, niegdyś niewierzący i marksista, teraz mówi, że zmaga się z wiarą, że jest na drodze wiary. I w jednym z wywiadów, pytając samego siebie, co się otwiera przed światem – perspektywy wiary czy niewiary – odpowiada: „Jestem przekonany, że wiara należy do fundamentów naszego istnienia. Religia nie może zginąć”.

Tak! Nadprzyrodzoność, nieskończoność jest powołaniem człowieka. To, z czego korzystamy na ziemi, powinno nas otwierać na radość, na nieskończone szczęście. Kilka miesięcy temu gazety podały, że odchodzący ze stanowiska premiera Tony Blair przyjął wiarę katolicką. Może więc jest coś w tym Kościele… Parę dni temu podano zaś informację, że do Asyżu pielgrzymował Michaił Gorbaczow. Jak pisano, pojechał, żeby powiedzieć św. Franciszkowi, że go zafascynował tym, iż był tak blisko Chrystusa. Gorbaczow wyznał przy tym, iż w dzieciństwie został ochrzczony przez swoją matkę. Wiedział o tym, gdy był szefem komunistycznego państwa, które prześladowało Kościół. Dziś żałuje, przeżywając swoją duchową pieriestrojkę.

Duch Święty, bracia i siostry, działa, otwiera serca, tylko trzeba, byśmy i my poszli za Jego głosem. To jest najważniejsze przesłanie dzisiejszego dnia, byśmy poczuli, że zaufaliśmy Bogu, że nasza dzisiejsza obecność tutaj, tak jak obecność przy konfesjonałach, to świadectwo życia naszego Kościoła. Dopóki konfesjonały będą oblężone, katedry będą napełnione wołaniem o miłosierdzie Chrystusa, prośbami, by odpuścił nam grzechy i pomógł nam być dobrymi uczniami, dopóty możemy być spokojni o Kościół i Ojczyznę. Bo na pewno do końca swych dni będziemy służyli jej pracą, uczciwością i modlitwą.

 

Za: Abp Józef Michalik, Z Chrystusem w roku liturgicznym. Kazania, red. ks. Witold Ostafiński, t. 1, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, Warszawa 2011

2017-06-18T19:51:32+00:00 23 marca 2008|Homilia|