Żeby ludzie bardziej pokochali Chrystusa – rozmowa z abp. Józefem Michalikiem

Upływa 10 lat, od kiedy abp Józef Michalik rozpoczął posługę na stanowisku przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. Zgodnie ze statutem nie może być już wybrany na kolejną kadencję. – I pierwsza, i druga była dla mnie podjęciem obowiązku. Zawsze traktowałem to jako zadanie, jako trud – mówi w rozmowie  podsumowującej ten czas.

 

Kończy się druga kadencja Księdza Arcybiskupa jako przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. To 10 lat szczególnej służby Kościołowi. To też czas podsumowań. Zacznijmy jednak od początku: Jak patrzył Ksiądz Arcybiskup jeszcze jako kleryk, a potem jako młody ksiądz, na polskich biskupów, na Konferencję Episkopatu Polski?

AJM: Jako kleryk nie bardzo miałem pojęcie o tym, jak wygląda praca Konferencji Episkopatu Polski, jako ksiądz – też wiedziałem niewiele więcej. Natomiast zawsze patrzyłem z zaufaniem na mego biskupa i biskupów, którzy pod przewodnictwem kard. Stefana Wyszyńskiego wypowiadali się przy różnych okazjach. Był to dla mnie taki głos, jak głos moich rodziców czy moich nauczycieli. Byłem świadomy ich niedociągnięć czy uwarunkowań, ale to był głos, który szanowałem. Wiedziałem, że to są ludzie, którzy mają coś do powiedzenia w moim życiu i w życiu społecznym. Podobnie patrzyłem na Konferencję Episkopatu Polski – z krytyczną uwagą, ale i z dużym szacunkiem i zaufaniem. Zresztą, Pan Bóg dawał nam wielkich ludzi – kard. Stefan Wyszyński – to był uznawany autorytet mojej młodości, wyszedł z więzienia, nieugięty człowiek. Potem miałem wielkie szczęście do niezwykłych ludzi, wychowawców w seminarium. Widziałem też i słabości ludzkie wśród księży, ale mnie to nie zniechęcało, raczej mobilizowało, żeby zdawać sobie sprawę, że słabości są po to, by je pokonywać, a nie by im ulegać. Pewnie to mnie się nie udało we wszystkim, ale tak na to patrzyłem.

Natomiast jeśli chodzi o prace Konferencji Episkopatu czy jakieś zajęcie stanowiska, wiedziałem, że nie wyręczą nas w pracy na pierwszej linii, oni są drogowskazem. Jeśli pójdziemy za tym głosem, jest nadzieja, że razem gdzieś dojdziemy bezpieczniej. Łatwiej się dochodzi razem. Dlatego że tę drogę ktoś przeszedł wcześniej i widzi dalej, ostrzega, mamy więc szersze spojrzenie. Nieraz niektóre z decyzji burzyły mnie wewnętrznie, bo nie rozumiałem ich, dopiero później poznawałem, ale zawsze wiedziałem, że to nie powinno wylewać się na zewnątrz. Myślę też, że każda diecezja czy każde środowisko ma swój sposób patrzenia na lansowane autorytety czy też na przewodników w Kościele. Ja pochodziłem z diecezji, w której biskup – Czesław Falkowski, a potem Mikołaj Łasinowski – był bardzo szanowany. Zresztą to byli biskupi wybitni. Na przykład niekiedy zdawało się, że biskup jest administracyjnie niezbyt sprawny, bo to był np. profesor i rektor wileńskiego uniwersytetu, ale imponował swoją mądrością przepowiadania, swoją szlachetnością, prawością, charakterem, a myśmy wiedzieli, że trudno wymagać od naukowca, żeby umiał zbijać stołki czy żeby wiedział, jak dach zreperować. To była też jakaś wizja łącząca się z nadprzyrodzonym spojrzeniem wiarą na posługę biskupów. Pasterz ma wyznaczoną inną funkcję. Moim zadaniem powinno być wypełnić moje obowiązki, rozeznawać ludzi i czasy, ale jednocześnie pomagać w tych zadaniach, które zostały powierzone pasterzom.

 Jak Ksiądz Arcybiskup wspomina marzec 2004 r. i moment wyboru na przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski? Jakie odczucia, myśli, plany towarzyszyły wtedy Ekscelencji?

AJM: Dosyć trudne pytanie, dlatego że domaga się sięgnięcia do tych pokładów w moim wnętrzu, które są szczególnie głęboko zakorzenione i trudno o tym mówić. Wydawało mi się, że przychodząc na to miejsce, nie powinienem pamiętać o sobie czyli, że moje plany, moje programy nie są ważne, tylko ważny jest program Kościoła, program Konferencji Episkopatu Polski. To wiązało się z wewnętrznym przekonaniem, że jeśli Kościół ma pójść z przesłaniem pozytywnym nt. wierności Bogu i ludziom w duchu ewangelizacji i przewidywać jednak konieczność konfrontacji z nowymi, niebezpiecznymi dla wiary prądami, żeby je rozeznać, ale i uszanować wolność, żeby chronić człowieka z jego polską kulturą i zachować to, co najcenniejsze, najdroższe w Kościele, to trzeba troszczyć się o jedność.

Uważałem, że jedność programu duszpasterskiego, jedność biskupów, jedność prezentacji różnych myśli, programów czy odpowiedzi na współczesne pytania jest bardzo ważna. Wymagało to niejednokrotnie milczenia z mojej strony, kiedy głosy czy myśli były nieco inne niż moje wewnętrzne przekonania. Ale organizm Konferencji Episkopatu Polskiego z roku 2004 był znacznie inny niż w poprzednich latach, niż 10 czy 20 lat temu. Przywykliśmy słuchać porównań z okresem kard. Stefana Wyszyńskiego, przywykłem spokojnie znosić zarzuty czy wołania o wielki głos Kościoła w stylu Sługi Bożego Prymasa Tysiąclecia, do którego często się odwoływałem i za wstawiennictwem którego się modliłem. Natomiast uważam, że głos Kościoła w Polsce w tych ostatnich latach był i jest równie wielki i równie ważny, tylko inaczej mówiony i postrzegany, inaczej pokazywany, niż to było wtedy. Dlatego, że czasy się zupełnie zmieniły, okoliczności, w których pracujemy są inne, ale program ewangelizacji, przekazywania Ewangelii, prowadzenia ludzi do żywego kontaktu z Bogiem jest ten sam. Dlatego myślę, że to był okres, w którym próbowaliśmy razem szukać odpowiedzi na aktualne zadania, razem patrzeć na te wyzwania współczesne, razem stawać wobec problemów i mam nadzieję, że w znacznej części udało się sprostać naszemu powołaniu.

 Jakie były doświadczenia pracy z biskupami?

AJM: Jak w każdym środowisku, tak i wśród nas, są ludzie bardziej i mniej spontaniczni, ale wszyscy byli gotowi do współpracy. Dla każdego w Konferencji Episkopatu jest jakieś miejsce. Jestem wdzięczny szczególnie biskupom sekretarzom generalnym, którzy dźwigali i realizowali wspólnie ciężary odpowiedzialności w pracy przewodniczącego. Jest to ich szczególna zasługa. Cieszę się, że wiele spraw udało się rozwiązać pozytywnie czy wyprostować.

Funkcja przewodniczącego Episkopatu Polski została oddzielona od godności prymasa. Z jakimi odczuciami podchodził Ksiądz Arcybiskup do tego faktu?

AJM: Uważałem, że obowiązujące przepisy prawa kanonicznego domagają się wyboru przewodniczącego, są wyrazem zaufania do każdego z biskupów i złożenia na wszystkich wspólnej odpowiedzialności za koordynację prac. I że dla wzajemnej informacji wszystko trzeba konsultować, aby decyzje wypracować wspólnie. Prymas jest godnością honorową, przy ustalaniu nowego statutu Konferencji Episkopatu Polski byłem tym, który dążył do tego, żeby dać prymasowi właściwe miejsce honorowe. To była moja propozycja, żeby prymas był stałym członkiem Rady Stałej. Jest to podkreślenie jego godności, historycznych zasług i nadziei na skorzystanie z jego doświadczeń. A zawsze jeden głos w takim gremium, jak Rada Stała to ubogacenie. Także w nowych statutach, włączyliśmy dwóch biskupów pomocniczych do Rady Stałej czyli do tego organu, który ma wytyczać kierunki prac Konferencji Episkopatu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że biskupów pomocniczych jest więcej niż biskupów diecezjalnych i oni też dźwigają odpowiedzialność za Kościół. To jest też jakaś nadzieja na głębszą jedność. Jeśli będziemy razem wspólnie wypracowywać pewne drogi pracy dla Episkopatu, to łatwiej będzie je realizować. W Konferencji Episkopatu Polski jest aktywne miejsce dla wszystkich biskupów.

 Jakie różnice dostrzega Ksiądz Arcybiskup między pierwszą i drugą kadencji przewodniczenia polskim biskupom?

AJM: I pierwsza, i druga kadencja była dla mnie podjęciem obowiązku. Zawsze traktowałem to jako zadanie, jako trud. Byłem świadomy, że ta posługa nie wiąże się z żadnymi zaszczytami, z żadnymi nadziejami, ale z odpowiedzialnością. Podjąłem się jej, bo uważałem, że jeśli przez dziesiątki lat ktoś ten ciężar pracy dźwigał za mnie czy w moim imieniu, to skoro teraz biskupi chcą i obdarzają mnie zaufaniem, to trudno byłoby wymawiać się …  – tak patrzę na te sprawy. To jest coś takiego, jak z przyjęciem biskupstwa. Kapłaństwo wybiera się samemu, odpowiada się na powołanie wewnętrzne, a urząd biskupstwa przyjmuje się jako wybór do nowej odpowiedzialności. Podobnie tutaj, przyjmuje się, bo jest się już w Kościele, zdecydowanie służy się temu Kościołowi, a przychodzi moment, że otwiera się zaproszenie do większej współpracy we wspólnocie pasterskiej. Zaś sukcesy – to są dokonania poszczególnych diecezji i całego Kościoła w Polsce, a są one znacznie większe niż jeden człowiek mógłby zrealizować.

 Kiedy Ekscelencja patrzy na minione 10 lat przewodniczenia Konferencji Episkopatu Polski, to o jakich wydarzeniach czy działaniach mógłby Ksiądz Arcybiskup powiedzieć, że się udały?

AJM: Nie mam takich punktów, które chciałbym wymieniać, bo zawsze byłyby one subiektywne. Każdą sprawę starałem się traktować poważnie. Cieszę się, że udało mi się przetrwać kilka trudnych momentów i usłużyć Kościołowi przez te lata.

 Jakie wydarzenia odczuł Ksiądz Arcybiskup najboleśniej?

AJM: Najbardziej niebezpiecznie ranią Kościół grzechy i słabości. Niesłusznych i niesprawiedliwych oskarżeń nie powinno się także lekceważyć, trzeba je sprostować i pamiętać, że Pana Jezusa też niesłusznie oskarżano.

Dzisiaj jesteśmy świadkami oskarżeń kierowanych na Kościół i księży. Z grzechów trzeba się nawracać, a z błędów poprawiać, ale byliśmy niedawno świadkami, że biskupów i księży oskarżano o tajną współpracę. Czy było to słuszne czy uzasadnione, że ci, których komuniści najbardziej prześladowali, potem znów muszą się tłumaczyć, a prześladowcy…?  Co z innymi kategoriami ludzi? Czyżby ktoś tym wszystkim kierował? Była to nagonka prowadzona przez tych, którzy sami nie poddali się weryfikacji prawdy, a którzy manipulowali historią, tworzyli ten straszny system. A później zmienili nagle chorągiewkę i okazali się „niewinni” i to oni teraz zaczęli sądzić, oskarżać. Widzimy, że lustracja dotyczyła tylko Kościoła. Bardzo mnie niepokoi relatywizm w podejściu do prawdy. I to jest jedna z przeszkód, aby uzdrowić w Polsce atmosferę po 89. roku. To zablokowanie prawdy blokuje zdrowie moralne narodu i jest dla mnie najbardziej bolesne. Przypadek abp. Stanisława Wielgusa, jest tu bardzo wymowny. Przecież oficer, który go nachodził, później (jest na to dokument opublikowany w prasie) proponował go skreślić, bo z tych spotkań nic nie wychodziło. Nawet jeśli go wciągnęli, to potem się okazało, że był nieprzydatny, zachował swoją godność, a mimo wszystko zrobiono z niego uosobienie jakiejś zdrady czy współpracy. To nie było takie proste. Ale to jest też jakaś część ofiarnej służby Kościoła – że we wszystkich trudnych sytuacjach trzeba iść naprzód, wyciągnąć wnioski dla siebie, dla Kościoła, pracować i iść dalej.

 Jednym z wydarzeń z pierwszych lat kapłaństwa Ekscelencji był list biskupów polskich do niemieckich. W 2012 roku wraz z patriarchą Cyrylem podpisał Ksiądz Arcybiskup podobny dokument – wspólne przesłanie do narodów Polski i Rosji. Jak Ekscelencja przeżywał to wydarzenie z 1965 roku i jaki ono miało wpływ na późniejsze i obecne prace nad pojednaniem?

 AJM: Byliśmy w powojennym okresie oficjalnie „wychowywani” na pewnych przesłankach ideologicznych, które mimo że nam nie odpowiadały, to w podświadomość wchodziły, oparte o pewne wydarzenia historyczne. Jednym z nich była pookupacyjna niechęć do Niemców. Niemiec był uosobieniem tej krzywd II wojny światowej. A druga rzecz, to była sztucznie wpajana „miłość” do Rosjan, którą także odrzucaliśmy. Nasze tereny spod zaboru rosyjskiego, miały wkodowane niemałe doświadczenia. Ludzie wiedzieli, że trzeba rozróżnić Rosjanina – człowieka od rządu radzieckiego i sowieckiego, bo to zupełnie inna sprawa. Nie bardzo wierzyliśmy w miłość do Rosji, bo w podświadomości był przecież pakt Ribbentrop-Mołotow, a nasi rodzice przeżywali na własnej skórze agresję Rosjan w 1939 r. I to pomagało rozładować całą psychologię ataków na biskupów rozpętaną wokół ich listu do biskupów niemieckich. A mimo wszystko było nam trudno przyjąć słowa: „prosimy o wybaczenie”. Ale kiedy biskupi przypomnieli, że się odwołują do języka Ewangelii, że trzeba z wiarą patrzeć także na historię i na to wydarzenie, to bardzo szybko naród się odnalazł. Uznaliśmy, że jednak biskupi mają rację. I to mi niewątpliwie pomogło patrzeć głębiej na różne wydarzenia.

Wiem, że w relacjach z naszymi sąsiadami krzywdy ludzkie i osobiste mogą być duże, ale nie wolno na życie patrzeć tylko etyką Hammurabiego, oko za oko, ząb za ząb. Naród chrześcijański musi patrzeć na historię oczyma chrześcijańskimi. I wydaje mi się, że jest to bardzo ważne, byśmy uczyli się i umieli sobie przebaczać, ciągle, w małych i w wielkich sprawach. Pan Jezus przecież oddał życie za „wrogów” i uznał ich za przyjaciół. Chrześcijanin ma modlić się o to, żeby Pan dał taką moc serca, która potrafi oddawać życie za wrogów, nie tylko przebaczać. To jest ta prawdziwa wielkość chrześcijaństwa, to jest jeden z tych najpiękniejszych sztandarów chrześcijaństwa, który niesie przez wieki. W tej perspektywie nasze spotkanie i wspólny apel podpisany z patriarchą Cyrylem uważam za obowiązek wierności wobec Ewangelii i dar Opatrzności.

 Jaką rolę Konferencji Episkopatu Polski widzi Ksiądz Arcybiskup dzisiaj, kiedy sprawy duszpasterskie są przeniesione na poszczególne diecezje?

AJM: Pogłębienie wiary jako drogi do zbawienia jest celem pracy Kościoła i jest realizowane w duszpasterstwie (katecheza, sakramenty, liturgia, etc.). Wszystko inne, to drugorzędna rzecz. Biskupi nie muszą zabierać głosu we wszystkich sprawach. Są od tego specjaliści, których nie brak wśród chrześcijan. Nie powinniśmy stronić od oceny moralnej: polityki, sytuacji społecznej, gospodarczej, czy konkretnych wydarzeń, bo to jest nasz obowiązek, ale nie chcemy być liderami politycznymi, nie zamierzamy popierać żadnej partii ani się utożsamiać z jakąś partią. Nasze ambicje są inne, znacznie głębsze.

Mamy formować sumienia wszystkich chrześcijan, narodu chrześcijańskiego i wspierać w dobrych wysiłkach tych, którzy nie są chrześcijanami. Mamy mieć wpływ na sumienia. A już konkretne wybory trzeba zostawić ludziom. Nie mamy sankcji prawnych ani administracyjnych, mamy sankcje moralne i tymi sankcjami musimy się posługiwać w formowaniu sumienia, w pogłębianiu wiary. I to jest podstawowe zadanie diecezji i parafii.

Bardzo się martwię, widząc zaniżenie moralne w podejściu do różnych sytuacji życiowych. Niepokoi mnie to, że ludzie nie interesują się rozwojem dynamiki życia społecznego albo głosują na jawnie nieuczciwego człowieka. Martwi mnie, że zaniża się kultura życia codziennego, że słabną więzy rodzinne i coraz częściej patrzymy bezradnie na rozbite małżeństwa i dzieci skazane na żebraninę miłości rodzicielskiej. To jest tragedia konkretnych ludzi i całego narodu i to jest właśnie główne zadanie duszpasterskie.

Czym, po tych 10 latach posługi na stanowisku przewodniczącego polskiego Episkopatu, Ksiądz Arcybiskup mógłby podzielić się ze swoim następcą?

AJM: Nie ośmieliłbym się udzielać rad, zwłaszcza, że wszyscy uczestniczyliśmy w podejmowaniu najważniejszych decyzji. Jeśli następca zechce zapytać mnie w konkretnym przypadku o opinię, to powiem, jak widzę sprawę. Każdy człowiek ma swój sposób reagowania i wizję rozwiązywania spraw i zmiana będzie szansą na nowości. Natomiast jestem przekonany, że następca znajdzie życzliwych współpracowników, tak jak i ja ich znalazłem. A jego trud i niepokój, to nasz wspólny trud i niepokój, ale też i radość i nadzieja. Niech się nie boi przejąć trudu, będziemy mu wszyscy pomagać.

 Czy będzie Księdzu Arcybiskupowi choć trochę żal Warszawy…?

AJM: Warszawy nie da się stracić. Kontakt z Warszawą i Współpracownikami mam nadzieję utrzymać, natomiast będzie to inny kontakt. Może w niektórych wypadkach on się zmieni z formalnego na bardziej osobisty. To też jest pewna szansa.

Czego życzyłby Ksiądz Arcybiskup Kościołowi w Polsce, pasterzom, wiernym, nam wszystkim na dalszą drogę do Pana Boga?

AJM: Życzyłbym tego, żeby udało nam się dotrzeć do każdego serca z ludzkim przesłaniem bliskości oraz Ewangelii, żeby ludzie bardziej poznali, przybliżyli się i pokochali Chrystusa, żeby odnaleźli radość spotkania z Panem Bogiem. Bo chrześcijaństwo to nie jest religia smutku, to jest religia radości, religia dodatkowego oparcia, umiejętności czerpania z dodatkowego źródła. Wielu może nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak wiele traci bez wiary. Nie możemy niczego narzucać siłą, ale chrześcijaństwo to wybór czegoś pięknego, radosnego. I życzyłbym, żebyśmy wszyscy potrafili powiedzieć innym, że warto sprzedać wszystko – jak mówi Ewangelia – żeby tę perłę pozyskać.

Dziękujemy za rozmowę i za 10 lat posługi, którą mogliśmy z tak bliska obserwować.

 

Z abp. Józefem Michalikiem rozmawiały Marta Dalgiewicz i Joanna Lipka/ Biuro Prasowe KEP, 18 sierpnia 2013 r.

2017-07-10T04:25:23+00:00 18 sierpnia 2013|Wywiad|